Mój rytm pracy wyznacza sezon teatralny

rozmowa z Wojciechem Stefaniakiem

Jeszcze parę lat temu wakacje były świętością we wszystkich teatrach. Jednak rzeczywistość to weryfikuje. Teatry zaczynają pracować również w wakacje. Rzeczywiście, ciągle pracuję. W ciągu jednego sezonu robię około 20 scenografii - mówi Wojtek Stefaniak, scenograf współpracujący m.in. z warszawskim Teatrem Kwadrat, na stałe mieszkającym w Kaliszu.

Naszą rozmowę zacznijmy od ostatnich realizacji w Kaliszu, przy których miał Pan swój spory udział. Mam na myśli wielkoformatową wystawę związaną z setną rocznicą zburzenia miasta.

- Rzeczywiście, miałem współudział w tym przedsięwzięciu. Oprawę artystyczną setnej rocznicy spalenia miasta tworzy grono kilku ludzi. Idea powstała w ratuszu. Pomysłodawcą uczczenia rocznicy był Ryszard Bieniecki, który wokół siebie zgromadził zespół architektów, plastyków... Wspólnie zastanawialiśmy się, w jaki sposób uczcić tę rocznicę. Pierwszy był pomysł zorganizowania wielkiej plenerowej wystawy. Wbrew pozorom zachowała się bardzo duża ikonografia z okresu spalonego Kalisza i z okresu odbudowy miasta. To fascynujący materiał, który można przeglądać godzinami. Każde zdjęcie to osobna historia. W związku z tym mieliśmy problem z wyborem zdjęć zasługujących na pokazanie. Nie chcieliśmy robić wystawy stricte edukacyjnej, ale ekspozycję edukacyjno-artystyczną. Te zdjęcia są -może to dziwnie zabrzmi -piękne w swojej tragedii. Są tak tragiczne, że te gruzy, spalone budynki stanowią jednocześnie fantastyczną grafikę. Poszliśmy tropem myślenia obrazami. Rzeczywistość jednak wszystko zweryfikowała. Zdjęć miało być dużo więcej, również w innych punktach miasta, ale na przeszkodzie stanęły nam sprawy własnościowe, brak możliwości zasłonięcia okien i tak dalej. Miejsca wybrane przez nas w ścisłym centrum miasta są jedynymi możliwymi, w których mogliśmy ten pomysł zrealizować.

Od pomysłu do realizacji tego przedsięwzięcia wiodła długa droga...

- Pomysł to jedno. Papier przyjmie wszystko, ale potem przychodzi etap realizacji. W związku z tym Miasto ogłosiło przetarg na wykonawcę -najpierw wydruków wielkoformatowych, potem na ich powieszenie. To bardzo duża inwestycja. Musiały powstać, oprócz projektów plastycznych, projekty konstruktorskie, teczka zezwoleń itp. Jednak udało się stworzyć obecnie największą salę wystawową w Polsce, a może i na świecie.

Czy przy projekcie-widowisku zaplanowanym na początek sierpnia "I narodzę się znowu. Jak Feniks", również związanym z obchodami rocznicy zburzenia miasta, także brał Pan udział?

- Nie. Przy okazji tegorocznej rocznicy zburzenia miasta miałem współudział w trzech innych projektach. Pierwszy to wielkoformatową wystawa, o której mówiliśmy. Drugi to wystawa na Złotym Rogu, wpisująca się w projekt "Kalisz - Feniks". To odrębna ekspozycja, poświęcona odbudowie miasta. Merytorycznie to świetna wystawa. Każdy kaliszanin powinien ją obejrzeć. Zgromadzono zdjęcia, plany i projekty. Wystawę przygotowało Archiwum Państwowe na czele z dyrektor Grażyną Schlender. Pomocą jak zwykle służył Mariusz Hertmann. Trzecią rzeczą, przy której pracuję, jest plac Rozmarek. Ta idea też powstała w głowie Ryszarda Bienieckiego. Zaproponował, by zostawić ślad po uroczystościach związanych z setną rocznicą zburzenia miasta. Wystawę wielkoformatową zdejmiemy jesienią. Wystawa ze Złotego Rogu także nie będzie wieczna, skończą się konferencje. Chcieliśmy pozostawić jakiś ślad po tej rocznicy. Plac (zlokalizowany na tyłach banku WBK i II Urzędu Skarbowego) zwany Rozmarkiem, nawiązując do historycznej nazwy, był zaniedbanym miejscem w centrum miasta. Wydawało nam się, że to idealny punkt, w który warto zainwestować i który będzie godny tej rocznicy. Dodatkowo mieszkańcy zyskają nową przestrzeń w centrum miasta. We współpracy z Witkiem Stefaniakiem oraz Tadeuszem i Filipem Wiekierami, architektami, stworzyliśmy skwer historyczny. Powstanie tam stała ekspozycja, która będzie upamiętniała zburzenie Kalisza w 1914 r., a jednocześnie przez swoją formę plastyczną architektoniczną będzie miała "coś" z pomnika. Nie chcielibyśmy jednak, by był to monument, ale żywe miejsce odwiedzane przez ludzi, a jednocześnie skłaniające do refleksji.

Te projekty na pewno są czasochłonne i pracochłonne. Jednak z pewnością nie są jedynymi obecnie przez Pana realizowanymi. Nad czym, mimo wakacji, Pan jeszcze pracuje?

- Wakacje rzecz święta, ale z roku na rok się kurczą (śmiech). Jestem scenografem teatralnym. Mój rytm pracy wyznacza sezon teatralny. Jeszcze parę lat temu wakacje były świętością we wszystkich teatrach. Jednak rzeczywistość to weryfikuje. Teatry zaczynają pracować również w wakacje. Kończy im się długi czas wolny, a zatem i mnie się on kończy. Udało mi się jednak wygospodarować kilka wolnych dni. Za tydzień wyjeżdżamy na zasłużony odpoczynek. Rzeczywiście, ciągle pracuję. W ciągu jednego sezonu robię około 20 scenografii. Staram się wykonywać swoją pracę na najwyższym poziomie. Uwielbiam to, co robię. Nie wyobrażam sobie robić w życiu nic innego.

- Z jakimi teatrami współpracuje Pan na stałe?

- Przede wszystkim z teatrami warszawskimi. Współpracuję od lat z Teatrem Kwadrat, Teatrem Komedia czy Teatrem Kamienica Emiliana Kamińskiego oraz łódzkim Teatrem Powszechnym. W zasadzie w każdym z tych teatrów jestem nadwornym scenografem. To fantastyczne. Projekty, w których biorę udział, są na ogół bardzo ciekawe.

Przy pracy - nie tylko z artystami - niejednokrotnie zdarzają się kłótnie. Czy zazwyczaj reżyserzy przystają na Pana koncepcje?

- Każda twórczość wymaga kłótni i sporów, byle były one twórcze. Nie jest to walka na śmierć i życie. Wydaje mi się, że mam duży wpływ na realizacje. Na ogół sprawdza się to, co wymyślę, a jeśli reżyser podważy moją koncepcję, a ja przychylę się do jego myśli, zazwyczaj nie najlepiej się to kończy (śmiech). Jest grupa reżyserów, z którymi współpracuję od wielu lat i rozumiemy się bez słów. Są projekty, które od razu wpadają do głowy, a zdarza się, że pomysł rodzi się tydzień przed ostatecznym terminem.

Pamięta Pan sytuacje komiczne, związane z realizowanym przez Pana scenografiami?

- Wpadki zawsze są najciekawsze i najśmieszniejsze. Wszyscy czekają aż ściana się przewróci (śmiech). Nic takiego się nie wydarzyło.

Za dobrze Pan konstruuje te scenografie...

- Do każdego projektu buduję makietę, co w dzisiejszych czasach jest rzadkością. Młodzi scenografowie nie wykonują makiet, tylko wspierają się techniką komputerową. Ja zresztą też, ale nic nie zastąpi modelu, który na pierwszej próbie widzą aktorzy i reżyser. To także jest dla mnie pomocne. To takie szkicowanie przestrzeni. Wolę budować makietę, niż rysować. Dzięki niej mogę zobaczyć scenografię w skali. Sprawdzić, czy każdy widz będzie miał komfort oglądania, czy relacje są dobre. Potem makiety fotografuję, odpowiednio je podświetlając. To duży krok w realizacji przedstawienia. Ód początku wszyscy mają świadomość, jaka będzie przestrzeń, w której pracują.

Czy po zmianie dyrekcji w kaliskim teatrze także będzie Pan z nim współpracował?

- Wszędzie, gdzie jestem na świecie, mówię, że jestem z Kalisza. Nigdy tego nie ukrywam i jestem bardzo z tego dumny, że jestem kaliszaninem i mieszkam na stałe w tym mieście. W tym teatrze zaczynałem. Tutaj się uczyłem teatru. Tu w młodości widziałem największych mistrzów, z którymi zresztą niejednokrotnie dziś współpracuję. Temu teatrowi pozostaję wierny. Nie znamy się osobiście z panią dyrektor Grudzińską. Mam nadzieję, że nadejdzie taki moment, kiedy się poznamy i być może w jakimś stopniu będę pomocny.

Spędza Pan dużo czasu w Warszawie, zresztą w innych miastach także. Nie kusiło Pana, by przenieść się na stałe do stolicy?

- Skończyłem studia w Warszawie. Potem pracowałem na uczelni w Warszawie. Myślałem, że zostanę w stolicy. Potem jeździłem po świecie. Wróciłem na chwilę do Kalisza. Tak się potoczyło moje życie, że tu zostałem. W dzisiejszych czasach są samochody, autostrady, Internet. Śmieję się tylko, że mam dalej do pracy niż ludzie mieszkający w miastach, gdzie pracuję. Muszę wcześniej wstać, żeby dotrzeć na godz. 10 do Krakowa czy Warszawy. To zabiera czas i siły, ale Kalisz jest dobrym punktem. Oprócz Warszawy pracuję np. w Szczecinie, Krakowie, Łodzi, Gdyni, Olsztynie czy Rzeszowie. Ten środek Polski jest dla mnie fantastyczny. Tu odpoczywam. Kalisz i okolice sami też pomocne przy realizacji moich projektów. Mam tutaj stałych współpracowników, firmy produkujące dekoracje, sklepy, hurtownie. Tu załatwiam wszystko szybciej i -nie ukrywam - taniej.

Jest Pan obecnie chyba najpłodniejszym scenografem w Polsce. Pana prace prezentowane są także poza granicami naszego kraju.

- Od kilku lat mam teatr w Wilnie, z którym na stałe współpracuję. To największy prywatny litewski teatr. Robię tam trzy czy cztery realizacje w ciągu roku. To nowe doświadczenia i nowi ludzie. Realizuję tam lekki, komediowy repertuar. Takie jest zapotrzebowanie publiczności. Przenoszę tam doświadczenia z Polski.

Granice w ogóle się zacierają. Na przykład w tym roku realizowaliśmy sztukę w prywatnym teatrze. Sztukę reżyserował Olaf Lubaszenko. Cała sztuka wraz ze scenografią zrealizowana była w Polsce, ale premiera odbyła się w Anglii, w wielkim teatrze w samym centrum Londynu. Przetransportowana została także cała scenografia. Aktorzy zagrali dwa przedstawienia. Dwa razy udało się na widowni zgromadzić po tysiąc osób, pomimo bardzo drogich biletów. Ten przypadek pokazuje, że teatr w zasadzie nie ma granic.

Fenomenem w Pana przypadku jest dla mnie to, że jeśli już gdzieś Pana poznają, od razu nawiązuje się długotrwała współpraca.

- Nie wiem, na czym to polega. Skończyłem wzornictwo na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ale od dziecka chciałem być scenografem i nie ma w moich słowach żadnej kokieterii. Będąc w szkole podstawowej, brałem pudełka po butach i budowałem teatrzyki. Sprawdzałem, ile sztuka ma aktów, jakie rekwizyty będą potrzebne. Podświetlałem scenę. Zresztą tak, jak robię to dzisiaj. Kończąc liceum, myślałem o scenografii, ale wydawał mi się to zupełnie niedostępny, hermetyczny świat.

W zawód scenografa wszedłem przypadkiem. Kiedy wróciłem do Kalisza, za dyrekcji Jana Buchwalda, obsługiwałem teatr graficznie. Właśnie ówczesny dyrektor po raz pierwszy zaproponował mi zrobienie scenografii, co bardzo mnie ucieszyło. Potem zaprosił mnie do współpracy w Olsztynie. I tak ten Olsztyn otworzył mi okno na świat. Od 18 lat w zasadzie nie robię nic innego.

Ciągle nie mogę w to uwierzyć, że dane było mi w życiu realizować swoje marzenia.

- Dziękuję za rozmowę.

Wojtek Stefaniak

Urodził się w 1966 r. w Kaliszu. W 1991 ukończył z wyróżnieniem Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie (Wydział Wzornictwa Przemysłowego), zwyciężając w konkursie im. Z. Czermanskiego na najlepszy dyplom ASP. Stypendysta Ministerstwa Kultury i Sztuki. W roku 1995 spędził kilka miesięcy w Argentynie, co było nie tylko poszukiwaniem przygody, ale i pogłębianiem doświadczeń zawodowych. Tam na poważnie zainteresował się scenografią, której do dziś pozostaje wierny. W ciągu ostatnich 18 lat zrealizował około 250 projektów teatralnych, m.in. w rodzinnym Kaliszu, w Poznaniu, Olsztynie, Toruniu, Warszawie, Krakowie. Pracuje z najwybitniejszymi reżyserami teatralnymi i filmowymi. Zajmuje się również oprawą plastyczną koncertów i wystaw. Lubi projekty z dziedziny aranżacji wnętrz. W latach 2000 i 2003 otrzymał Nagrodę Prezydenta Miasta Kalisza za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej. Laureat łódzkiej Złotej Maski za najlepszą scenografię w sezonie 2010/2011. Na stałe mieszka w Kaliszu.

Agnieszka Burchacka
Życie Kalisza
6 sierpnia 2014

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia