Moja miłość nie ogranicza się do rosyjskiej klasyki

Rozmowa z Grigorijem Lifanovem

Reżyser jest pośrednikiem pomiędzy dramaturgiem a widzem i powinien zrobić wszystko, by widz z maksymalną uwagą mógł odnieść się do jego przedstawienia. Żeby nie zasypiał co dwadzieścia minut, nie uciekał do swoich myśli nie mających nic wspólnego z przedstawieniem. Chodzi o to, by cały czas skupić uwagę widza na tym co on, reżyser, słowami dramaturga mówi ze sceny.

Z Grigorijem Lifanovem reżyserem spektaklu "Anna Karenina" realizowanym w Teatrze Powszechnym w Radomiu rozmawia Paulina Aleksandra Grubek.

Paulina Aleksandra Grubek: „Anna Karenina", która swą premierę będzie miała już w najbliższy piątek zapowiadana jest jako wielka produkcja. Muzyka przygotowana przez Grzegorza Jabłońskiego, kostiumy będące dziełem Zofii de Ines, choreografia Tomasza Tworkowskiego. Zebrał pan wokół siebie pierwszą ligę realizatorów polskiego teatru. Jak wyglądała współpraca?


Grigorij Lifanov: Teraz zbliżamy się do ostatniego etapu realizacji spektaklu. Wszystko się sprawdzi i dokona w momencie, kiedy pojawi się widz. Wtedy dopiero okaże się, czego dokonaliśmy naprawdę. Pierwsza liga to znaczy tylko tyle, że mamy świadomość naszych dotychczasowych osiągnięć, ale każda nowa produkcja jest jakby egzaminem potwierdzającym tę naszą pozycję. Dlatego na wszystkie pytania odpowie widz.

To nie jest pierwsza sztuka, którą wyreżyserował pan w Polsce. Wcześniej były: „Mistrz i Małgorzata", „Gąska", „Ożenek", Samobójca, „Zbrodnia i kara", również dla Teatru Powszechnego w Radomiu. Ma pan też na swoim koncie sztukę „Bobok" zrealizowaną jako dyplom w łódzkiej szkole filmowej w 2007 roku.  I rok później w Teatrze Polskim  w Poznaniu. Zadomowił się pan w Polsce?

Absolutnie. Bardzo kocham Polskę, mam tutaj wielu przyjaciół. Nie czuję się tu gościem. Podoba mi się życie teatralne w Polsce i jego organizacja. Teatr repertuarowy na całym świecie umiera. Jego miejsce zajmuje teatr komercyjny. Polska wyróżnia się tym właśnie, że wciąż zachowuje swoją charakterystyczną przestrzeń teatralną. To jest bardzo ważne, ponieważ teatr jest tą częścią kultury, bez której człowiek się gubi. Kino nie jest w stanie zastąpić teatru, bo - odmiennie niż w kinie - w teatrze widz spotyka się z żywymi emocjami.

Czy ma pan na myśli tę wyjątkową więź, która podczas spektaklu tworzy się między aktorem a publicznością, czy jest jeszcze coś więcej dla czego warto walczyć o teatr bardziej niż o kino?

Przede wszystkim to jest zupełnie inny język przekazu. Inaczej z widzem komunikuje się aktor teatralny, a zupełnie inaczej - filmowy.

Powiedział pan kiedyś, że zauważa jak młodzież tłumnie zmierza do Galerii Słonecznej, a chciałby pan, by młodzi ludzie tak tłumnie chodzili oni do teatru. Co zrobić, żeby przychodzili tutaj, a nie do galerii?

Oczywiście nie chciałem powiedzieć, że źle się odnoszę do galerii handlowych, sam tam od czasu do czasu bywam. Kiedyś jednak słowo „galeria" nierozerwalnie wiązało się z miejscem, w którym pokazywano dzieła sztuki malarskiej. Nie ukrywam, że bardzo by mi się podobało, gdyby młodzi takimi gromadami chodzili do galerii sztuki, a nie do centrów handlowych. A jeśli chodzi o to, jak przekierować, przekonać młodzież do teatru, rzecz jest złożona. Moim zdaniem to „przekierowanie" może się zdarzyć tylko wtedy, gdy ci młodzi ludzie od dziecka, ucząc się na przykładzie rodziców, spotykać się będą z teatrem. Albo, gdy sami przyjdą do teatru i tak się im spodoba, że będą chcieli przyjść znowu.

Dzieła dziewiętnastowiecznych rosyjskich pisarzy odradzają się w polskim teatrze na nowo, zyskując coraz większą popularność. Pozycje takich klasyków jak Dostojewski, Gogol, Tołstoj, Czechow czy Gorki, a ostatnio Lermontow, którego „Maskaradę" w reżyserii Kolady widzieliśmy niedawno w Krakowie, chętnie są wykorzystywane przez współczesnych reżyserów teatralnych. Na czym polega dzisiejsza atrakcyjność tych dzieł?

W XIX wieku pisarze zadawali odwieczne, istotne pytania, a one nie znikają niezależnie od upływającego czasu. Jednym z takich pytań jest relacja między kobietą a mężczyzną. A jeżeli mówimy o miłości, to nie chodzi o banalne pojęcie, tylko o takie uczucie, które prowadzi albo może prowadzić do ofiary.

Również i pan ma chyba słabość do rosyjskich mistrzów prozy psychologicznej. Najpierw Dostojewski, teraz Tołstoj. Dlaczego akurat „Anna Karenina"?

O to należy zapytać pana dyrektora. Gdy przyjeżdżam do jakiegoś teatru, biorę pod uwagę, czego ten teatr potrzebuje. To dyrektor jest odpowiedzialny za repertuar, to on wie, co jest potrzebne jego aktorom, jego miastu, publiczności. Z dyrektorem Rybką długo rozmawialiśmy o tym, co on chciałby mieć w repertuarze i co ja chciałbym przygotować. Szukaliśmy wspólnego, interesującego nas obu punktu. Tak właśnie było z „Anną Kareniną".

Początkowo treścią utworu Tołstoja były dzieje kobiety „upadłej", która dla kochanka porzuca męża i ukochane dziecko. Ostatecznie pisarz zrezygnował z tej koncepcji i przeobraził główną bohaterkę w kobietę niewinną, moralnie czystą i przede wszystkim nieszczęśliwą. Jaka będzie Anna Karenina w Pańskim wydaniu?

Po pierwsze, moim zdaniem wszyscy główni bohaterowie tego utworu są po prostu dobrymi ludźmi, którzy w trudnych sytuacjach podejmują takie a nie inne decyzje. Według nich najwłaściwsze. A potem ponoszą ich konsekwencje. Pozostają jednak nadal na swój sposób wspaniali i szlachetni. To dlatego właśnie kochamy Annę Kareninę i tak samo kochamy Wrońskiego czy Aleksego Karenina. Sympatię budzą również inne postaci, jak choćby matka Wrońskiego, której postępowanie podyktowane jest miłością do syna. Najkrócej rzecz ujmując, „Anna Karenina" to spektakl o pięknych ludziach, którzy znaleźli się w bardzo złożonej sytuacji.

Każdego człowieka można usprawiedliwić?

Ja wierzę, że tak. W „Mistrzu i Małgorzacie" Poncjusz Piłat mówi, że nie ma złych ludzi. Są sytuacje, w których chroniąc swoje dziecko, możemy zrobić coś bardzo głupiego, a nawet złego. Ale przecież w życiu bywają i takie sytuacje bez wyjścia.

Tołstoj wiązał dramat Anny z załamaniem się porządku moralnego i obyczajowego ówczesnej Rosji. W dzisiejszym świecie, w którym hołduje się hedonizmowi, a bycie atrakcyjnym stanowi klucz do sukcesu, sytuacja ma się podobnie. Czy dramat Anny Kareniny można zaobserwować również dzisiaj?

Dziś są tysiące kobiet, takich jak Anna Karenina. Tysiące kobiet, które nie otrzymują od życia tej miłości, o jakiej marzyły, jakiej pragnęły (być może niektóre z nich  czytały nawet powieść Tołstoja). Nie dostając tej uwagi i czułości od swojego męża, partnera, przesuwają swoje uczucia na inną płaszczyznę, a czasem wchodzą w trudne sytuacje, aby tylko choć na moment zaznać upragnionej miłości.

Życie dało Annie Kareninie jedynie wielką gorycz. A co pozostanie w widzach po obejrzeniu spektaklu na podstawie jej losów?

Chciałbym, aby w widzach pozostało przeświadczenie, że miłość jest lepsza od braku miłości. Miłość czyni nas bogatszymi, uskrzydla, uduchowia. To najważniejsze, co może nam się w życiu przydarzyć. Anna pozornie wszystko miała, mogła przeżyć swoje życie spokojnie. Podobnie jak Małgorzata u Bułhakowa. Myślę, że Bułhakow czytał „Annę Kareninę" i coś z jej życiorysu dał swojej bohaterce. Ludzie sami podejmują decyzję - wybierają albo spokojne życie bez wzlotów, ale i bez upadków, albo ryzykują, wybierając mocne i ważne przeżycia.

W tym wypadku miłość zawsze wymaga ofiar i to bardzo konkretnych ofiar.

W trójkącie Anna – Wroński – Karenin każdy ponosi swoją ofiarę. We wszystkich wersjach „Anny Kareniny", jakie oglądałem, nie wiadomo dlaczego zawsze Anna była jedyną ofiarą sytuacji. A przecież Wroński jej nie rozkochał. Przecież Karenin także przeżywa dramat jako odrzucony mąż. I powieść nie kończy się tak jak wszyscy pamiętają, że Anna rzuca się pod pociąg, a Wroński idzie na wojnę, w której szuka śmierci nie mogąc pogodzić się ze śmiercią Anny. W tym trójkącie wszyscy zostają unieszczęśliwieni i wszyscy ponoszą ofiarę.

Drugim głównym bohaterem „Anny Kareniny" jest Konstanty Lewin, którego historia stanowi zupełnie inny wątek fabularny powieści. Czy znajdzie się dla niego miejsce w Pańskim spektaklu?

Tak, ponieważ jest to w powieści druga ważna historia miłości. Oczywiście będzie pokazana bardziej skrótowo, trochę na marginesie głównej opowieści, ale takie są niestety prawa teatru – dokonując adaptacji, z czegoś trzeba zrezygnować. Żeby móc dokładniej pokazać na scenie wszystkie wątki tysiącstronicowego dzieła, trzeba by przygotować przynajmniej kilkunastogodzinny spektakl, podzielony na kilka wieczorów. Nie wiem, kto by to wytrzymał (śmiech).

Jest też w „Annie Kareninie" bardzo ciekawy motyw, często pomijany. Motyw brata Konstantego Lewina. Jest on klasycznym motywem „człowieka zbędnego".

Całkowicie się zgadzam – postać Lewina, najbliższa światopoglądowo samemu Tołstojowi,  to bardzo interesujący wątek. Ale tak jak mówiłem, z konieczności został on w naszym spektaklu mocno zredukowany.

Jak ukazać specyfikę „rosyjskiej duszy" w polskim teatrze? Jest to w ogóle możliwe?

Często pracuję w Polsce nad rosyjskimi klasykami i nie widzę większej różnicy. Płynie w mnie krew rosyjska, tatarska, cygańska, ukraińska i nie dostrzegam takich różnic. Może Rosjanie są ludźmi bardziej emocjonalnymi.

Według klasycznej definicji „dusza rosyjska" ma określać typowe dla Rosjanina cechy charakteru: bezgraniczną odwagę, serdeczność, bezkompromisowość, maksymalizm moralny (słynne „wszystko albo nic"), towarzyskość, gościnność, spontaniczność, prymat serca nad rozsądkiem, skłonność do wpadania w rozpacz i melancholię, a także pogardę dla rzeczy małych, pragmatyzm i wyrachowanie.

(śmiech) To wszystko o mnie i to wszystko jest, ale wydaje mi się, że można tak powiedzieć również o Polakach.

Z jakich scen w książce było panu najtrudniej zrezygnować?

Ze wszystkich. Pisanie adaptacji jest bardzo wymagającym zajęciem. Jeszcze teraz na próbach okazuje się, że spektakl ciągle za długo trwa i nadal muszę dokonywać skrótów, by osiągnąć zwartą kompozycję przedstawienia. Przyznam szczerze, że to jest jeszcze trudniejsze niż samo pisanie adaptacji. Gdy pracujesz nad adaptacją, to świadomie pozostawiasz obok całe obrazy, a jeżeli z czegoś rezygnujesz już na ostatnim etapie pracy, to musisz rezygnować z aktorskich odkryć, intonacji, obrazów i to jest bardzo trudne. Ale czasem trzeba to zrobić, jeżeli masz świadomość, że dzięki tej decyzji końcowa myśl stanie się lżejsza, a spektakl bardziej spójny.

Niemniej są spektakle, które trwają po 5-6 godzin i ludzie na nie przychodzą. Nie kusiło pana, by kiedyś zrobić coś podobnego?

Mam doświadczenie z obcowaniem z takimi przedstawieniami i nie mam nic przeciwko nim. Ale ja, nawet jako człowiek obyty z teatrem, podczas tak długiego spektaklu, po jakimś czasie uciekam myślami do swoich spraw i nie zwracam uwagi na to, co dzieje się na scenie. Reżyser jest pośrednikiem pomiędzy dramaturgiem a widzem i powinien zrobić wszystko, by widz z maksymalną uwagą mógł odnieść się do jego przedstawienia. Żeby nie zasypiał co dwadzieścia minut, nie uciekał do swoich myśli nie mających nic wspólnego z przedstawieniem. Chodzi o to, by cały czas skupić uwagę widza na tym co on, reżyser, słowami dramaturga mówi ze sceny. Oczywiście widziałem dużo ciekawych długich przedstawień, ale to nie dla mnie.

Kilka lat pracował pan w Wietnamie. Przyznał pan wtedy, że na początku trudno było się dogadać z wietnamskimi aktorami, którzy grali przede wszystkim mimiką. Jakie to było doświadczenie?

Wietnamczycy żyją w zupełnie innej kulturze teatralnej. Jest u nich inna tradycja mimiki i ruchu. A ja w tym wszystkim musiałem się odnaleźć i zrobić premierę klasycznego rosyjskiego utworu. Na tym polegała trudność. Chodziło o to, by ubrać klasyczny rosyjski utwór w kolory i specyfikę tamtejszej kultury.

Jak udało się panu stworzyć więź między panem a tamtejszymi kulturami?

To już dłuższa historia. Miałem tam wykłady teatralne i przez cztery lata pracowałem ze studentami, a wszystko to kończyło się przedstawieniem dyplomowym dla teatru. Jestem pewien, że przez dwa miesiące pracy nic nie udałoby mi się tego zrobić, ale cztery lata to już inna sprawa. Udało się.

Jakie różnice dostrzega pan w pracy z polskimi i rosyjskimi aktorami?

Nie szukałbym różnic między aktorami. Najlepszych rosyjskich i polskich aktorów wyróżnia to, że dla nich aktorstwo nie jest zawodem tylko sensem życia. Z takimi aktorami można pracować wszędzie. Wydaje mi się poza tym, że w Polsce jest dużo lepiej zorganizowana praca w teatrze.

Jak pan ocenia zespół aktorski Teatru Powszechnego w Radomiu?

Radomski zespół nie jest duży, ale bardzo dobrze się z nimi pracuje. Ponieważ jest mały, aktorzy grają wiele ról, ale mimo tego wszyscy dobrze się odnajdują, każdy jest na swoim miejscu. Wszyscy są profesjonalistami. Nie miałem takiej sytuacji, w której musiałbym powiedzieć, że ten aktor nie daje rady i potrzebuję innego. Przeciwnie, wzbudziła się we mnie wielka, „rosyjska" miłość do niektórych aktorów.

Co stanowi dla pana, jako reżysera „Anny Kareniny", największe wyzwanie zawodowe?

Bardzo trudno pisało mi się adaptację i bardzo trudno rozpoczynało analizę z aktorami. Teraz jest bardzo trudno zrobić jedno dzieło z tego wszystkiego, co do tej pory wypracowaliśmy. Nie jest łatwo to wszystko połączyć w zwartą, konsekwentną całość, ale znacznie ciężej jest z czegoś zrezygnować. I to nie dotyczy tylko realizacji „Anny Kareniny", tak jest zawsze.

Pana Anna Karenina, którą zagra Katarzyna Dorosińska, jest kobietą bardzo delikatną, filigranową. Niemniej, obraz Kareniny Tołstoja jest nieco inny od tego, który możemy zobaczyć w większości adaptacji.

Tołstoj wprost napisał, że Anna Karenina nie była chuda. Ale ona jest w każdej realizacji inna, indywidualna. Kiedy poznałem Katarzynę Dorosińską, przez chwilę porozmawialiśmy i od razu zrozumiałem, że ona jest Anną Kareniną. Gdyby była troszkę tęższa, nie martwiłbym się tym. Gdyby była trochę starsza – też by to nie miało dla mnie większego znaczenia. Dla mnie najważniejsze jest to, co jest w samej aktorce. Jeśli jest w niej siła, wewnętrzna moc, to jest wystarczające. Zewnętrznie może być bardzo chudziutka, ale jednocześnie wewnątrz będzie wulkanem, który zniszczy połowę miasta. I o to chodzi.

Jakie będę pana następne projekty? Czy jakaś konkretna myśl odnośnie do przyszłych przedstawień zrodziła się już w pana głowie?

Oczywiście zawsze są jakieś projekty. Ale teraz jest przede mną jeden – odpocząć. Tak, aby nie myśleć o Tołstoju i o niczym w ogóle.

A co po odpoczynku? Ma pan jakieś wielkie marzenie do zrealizowania w teatrze?

Bardzo chciałbym wyreżyserować „Damę Pikową". Są też plany, by powrócić do „Wysypy Pokoju", którą robiłem już w Jekaterynburgu. Myślę też o „Wiśniowym sadzie", ale na razie nie mam czasu. Wyzwań zawsze jest dużo. I to nie tylko rosyjska klasyka. Bardzo lubię Williamsa, Albee'go, Szekspira, dramaturgię paradoksalną – Mrożka, Becketta, Ionescę. Moja miłość nie ogranicza się do rosyjskiej klasyki.

 Grigorij Lifanov - urodził się 8 czerwca 1966 - aktor, reżyser, wykładowca sztuki aktorskiej.
Absolwent Rosyjskiej Akademii Sztuki Teatralnej w Moskwie i Teatralnej Wyższej Szkoły im. Szczukina (przy Państwowym Teatrze Akademickim im. E. Wachtangowa). Od 2002 r. Jest wykładowcą sztuki aktorskiej Rosyjskiego Państwowego Instytutu kinematografii im. S.A. Gerasimowa – VGIK, a od 2005 zastępcą kierownika katedry zagadnień twórczych.
W latach 1997-1999 sprawował funkcję dyrektora naczelnego i artystycznego a także głównego reżysera w teatrze w Jekaterynburgu. Współpracuje ze szkołą aktorską JAMU w Brnie, szkołą aktorską w Wietnamie, Teatrem im. Łunaczarskiego w Sewastopolu (Ukraina) oraz PWSFTviT im. L. Schillera w Łodzi. Reżyserował w teatrach Rosji, Ukrainy, Niemiec, Czech, Wietnamu i Polski.

Paulina Aleksandra Grubek
Dziennik Teatralny
27 września 2013
Portrety
Grigorij Lifanov

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia