Moja pierwsza podróż do Australii

Piknik pod Wiszącą Skałą - reż. Lena Frankiewicz - Teatr Narodowy w Warszawie

W 1900 roku w dzień Świętego Walentego grupa uczennic wybiera się na piknik pod Wiszącą Skałą. Skała okazuje się czymś więcej niż tylko wulkaniczną formacją. W opowieść o tajemniczych wydarzeniach w stanie Wiktoria w Australii zabierają nas aktorzy Teatru Narodowego w Warszawie.

Choć fabuła utworu obraca się wokół zniknięcia dziewczynek i śledztwa w tej sprawie to „Wisząca Skała" ma w sobie więcej z mistycyzmu, niż z kryminału. To podróż przez tajemnice świata snów oraz ludów związanych naturą od wieków.

Nie ukrywam, że zawsze idąc do Teatru Narodowego mam wygórowane oczekiwania, ponieważ niezaprzeczalnie jest to teatr o ogromnych możliwościach technicznych (takich jak zapadnie) i wielkich scenach, które można wykorzystać na wiele sposobów. W „Wiszącej Skale" każdy szczegół jest dopracowany do perfekcji.

Zaczynając od kostiumów (Katarzyna Borkowska); najbardziej urzekły mnie sukienki uczennic. Białe - jako symbol czystości i niewinności oraz przewiewne w hołdzie delikatności młodych dziewczyn. Ciekawie było porównać suknie sympatycznej Mademoiselle (Małgorzata Kożuchowska) i groźnej Pani Appleyard (Ewa Wiśniewska). Co ważne, kostiumy były wierne epoce.

Opowieść prowadzona jest przez narratora (Oskar Hamerski) i jednocześnie syna jednego z bohaterów. Albert Fitzhubert, bo tak nazywa się narrator, przeprowadza śledztwo dotyczące wydarzeń z 14 lutego 1900 roku i zagadki zniknięcia uczennic oraz ich nauczycielki. Narratorowi towarzyszy projekcja wyświetlana na kurtynie.

Nie bez powodu w „Pikniku pod Wiszącą Skałą" pojawia się temat rasizmu. Chociaż o dyskryminacji, nie tylko tej na tle rasowym, słyszymy dzisiaj stosunkowo często to w tym przypadku nie mamy do czynienia z naciąganiem czy dopowiadaniem do oryginalnej powieści Joan Lindsay. Problem jest odpowiednio wyeksponowany, co powinno cieszyć - mnie bardzo ucieszyło.

Akcja utworu toczy się na samym końcu XIX wieku, w czasach, gdy aborygeni australijscy byli klasyfikowaniu przez ludność europejską za zwierzęta. Podjęty zostaje problem tzw. skradzionych pokoleń. Sara (Ifi Ude), ciemnoskóra dziewczyna, będąca owocem związku aborygenki i białego plantatora doświadcza wykluczenia z powodu swojego pochodzenia. Jest traktowana surowiej przez nauczycieli i rówieśniczki. Właścicielka pensji nie zezwala Sarze wybrać się na wycieczkę. Gdy tylko nadarza się okazja i pod Skałą giną dziewczynki dyskryminacja zostaje przeniesiona na zupełnie wyższe płaszczyzny. Sara staje się wrogiem numer jeden całego miasta Woodend z pastorem (Adam Szczyszczaj) na czele. W tym miejscu fabuły pojawiają się najbardziej brutalne stereotypy dotyczące osób ciemnoskórych m.in.: jako symbol zła i szatana. Wartość kultury, którą reprezentuje Sara, ulega dewaluacji wobec dorobku ludzi białych.

To, co twierdzi Woodend o Sarze i jej kulturze zostaje skonfrontowane z urzekającym tańcem oraz muzyką (Cezary Duchnowski) inspirowaną sztuką aborygeńską. Choreografia, za którą odpowiada Marta Ziółek, zachwyca szczególnie wtedy, gdy występuje Ifi Ude. Na wyróżnienie zasługuje również taniec Sary z Mirandą, w którym każda desynchronizacja wypłoszyłaby magię. Ifi Ude prezentuje widzom świat etnicznych melodii spoza europejskiego kanonu. Dźwiękonaśladowcze śpiewy wprawiły mnie w zachwyt przeplatany z ogromnym uznaniem dla umiejętności wokalnych aktorki.

I w ten sposób po raz pierwszy w swoim życiu odwiedziłam australijski las... w fotelu Teatru Narodowego.

Beata Zwierzyńska
Dziennik Teatralny Warszawa
14 czerwca 2021
Portrety
Lena Frankiewicz

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...