Moja Turandot nie jest powierzchowna - ona cierpi

rozmowa z Lillą Lee

Lilla Lee to koreańska sopranistka. Obecnie mieszka w Mediolanie. W Polsce można było ją zobaczyć w inscenizacji "Turandot" Pucciniego w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w reżyserii Mariusza Trelińskiego, gdzie śpiewała główną rolę

Cezary Łasiczka: Urodziłaś się w Korei Południowej w Yeongcheon, ale dorastałaś w Seulu. A jak to się stało, że znalazłaś się we Włoszech?

Lilla Lee: Myślę, że to przeznaczenie. W Korei dorastałam w bardzo zamkniętej kulturze. Dusznej. A ja chciałam rozmawiać z ludźmi, dzielić się z nimi radościami, ale także bólem. Jestem osobą, która ma wielką ciekawość obserwacji przy przyswajaniu, "wdychaniu" wielu rzeczy. Już jako mała dziewczynka byłam znana z tego, że witam się i rozmawiam z nieznajomymi ludźmi. W moim kraju to coś niezwykłego! Dostałam się na uniwersytet. Oferował wiele świetnych rzeczy, ale mnie czegoś brakowało. Porozmawiałam o tym z pewnym wykładowcą, bardzo dla mnie ważnym. Powiedział mi, że widzi we mnie osobę "międzynarodową": zarówno pod względem osobowości, jak i fizycznych możliwości mojego głosu. Zatem wyruszyliśmy - razem z nim i grupką studentów takich jak ja - w dwutygodniową podróż po Europie. Francja, Austria, Niemcy, Włochy, także Szwajcaria. Miałam dylemat, bo najbardziej spodobały mi się Wiedeń i Mediolan. Jednak tenże wykładowca przekonywał mnie, że powinnam nauczyć się techniki włoskiej. Uważał, że to bardzo ważne. Wybrałam więc: Mediolan.

Kiedy byłaś mała - kim chciałaś zostać?

Właściwie jedną z dwóch rzeczy: albo śpiewać, albo być weterynarzem!

Albo śpiewającym weterynarzem...

(śmiech) Tak, w chórze z psami! W szkole średniej mieliśmy zajęcia z biologii, na których musieliśmy otworzyć brzuch małej czerwonej rybki. Nikt nie miał odwagi, a nauczyciel nalegał. Chciałam przemóc to nieprzyjemne napięcie, więc wzięłam nóż i zrobiłam to. To było okropne! Wtedy zrozumiałam, że nie chcę być weterynarzem. Bardzo cierpiałam....

Słychać ten smutek w Twoim głosie...


(śmiech) No widzisz!

Porozmawiajmy o operze. W 2008 zaśpiewałaś rolę Turandot po raz pierwszy. Jak ci się podoba produkcja Mariusza Trelińskiego? Jest bardzo nowoczesna, zagłębia się w psychikę, w doświadczenia wewnętrzne bohaterów...

Moje współpraca z Mariuszem Trelińskim była szczególna. On jest wielkim reżyserem filmowym. Zależało mu na pokazaniu wszystkich detali; każdy szczegół musiał być doskonały. To trudne dla śpiewaka. Przede wszystkim musi przecież myśleć o śpiewie, relacji z orkiestrą, z publicznością. Dodatkowe wejście w psychikę postaci, którą się interpretuje wymaga olbrzymiej koncentracji. Moja Turandot nie jest powierzchowna - ona cierpi. Pokazuje swoją zaangażowanie, ale i słabość. Na końcu staje się nową osobą - dzięki poświęceniu Liu. Treliński starał się przekazać to wszystko publiczności. W krótkim czasie trwania opery, wszystko musiało być głębokie i prawdziwe. Na początku nie było mi łatwo. Przyszedł jednak ten moment, kiedy zrozumiałam, a raczej poczułam, zamysł reżysera. Wtedy kwestii Turandot połączyliśmy się mentalnie i od tego czasu szliśmy razem. To była to dla mnie olbrzymia przyjemność. Bardzo dojrzałam jako śpiewaczka. Kocham tradycję. Nie było to łatwe widzieć całą tę - bardzo nowoczesną - dekorację, ale rezultat był niesamowity.

Widziałem cię w bardzo klasycznym przedstawieniu Turandot. Inne przedstawienie, w którym śpiewałaś było takie na wpół klasyczne - występowała tam nawet komunistyczna armia Chin. No i to ostatnie...

Maksymalnie nowoczesne! Myślę, że dla publiczności było to coś szokującego. Z drugiej strony, może właśnie dzięki temu osobowość Turandot była im bliska, bo żyjąca współcześnie.

Ponieważ to nie była tylko historia chińskiej księżniczki, a raczej historia cierpiącej dziewczyny, kobiety...

Więcej - dziewczyny, która jest ofiarą wojny. Wierzę, że część osób, które oglądała tę inscenizację miała podobne przeżycia - widziały to cierpienie. Początkowo nie rozumiałam sceny, kiedy w połowie II aktu pojawia się księżniczka Turandot z czarnym welonem i kwiatami na pogrzeb. Potem jednak się poczułam to i... chciałam niejako pocieszyć publiczność. Starałam się ukoić ich swoim głosem. Tym darem, który dostałam z nieba. Chciałam go przelać na publiczność. To był niezapomniany czas. Nie zastanawiałam się, czy zaśpiewać coś technicznie tak czy owak. Myślałam tylko o tej biednej Turandot. To prawda, że ona krzyczała, odpychała innych. Chciała pokazać, że to ona rządzi. Ale tak naprawdę ja byłam Turandot, która jest o f i a r ą całej tej historii. Ona atakowała, bo broniła się przed atakiem. Myślę, że publiczność doceniła taką interpretację, bo czułam, że śpiewa razem ze mną. Oni zrozumieli moją Turandot.

Mój znajomy zauważył, że niby jest to produkcja nowoczesna, ale widać jak artyści śpiewają w sposób klasyczny, posługują się gestami klasycznymi. Kiedy dotykają serca to w ten sposób topornie dają nam znać, że cierpią.

Ta produkcja to połączenie epoki antycznej i współczesnej. Może komuś wydawać bardzo dziwna, jeśli przywykł do bardziej klasycznej inscenizacji. Dla innego będzie to powód do zachwytu, że oto właśnie doszło do połączenia muzyki klasycznej i nowoczesnej reżyserii. To trochę kwestia mody, różne pomysły co chwila wracają. Niby zawsze wystawiamy dzieło "Turandot" Pucciniego, ale zawsze jest ono trochę inna. Myślę, że jest tak: jeśli ktoś cierpi - to cierpi. Nie ma znaczenia, czy to rok 1200 czy 1700. Kiedy dziecko płacze z głodu, to jest to zawsze ten sam płacz. Nieważne, jaka to epoka. Kiedy artysta pokazuje ból, to jest to poprzez wszystkie wieki. Jeśli coś jest prawdziwe to się to czuje.

No dobrze, ale czy to nie jest zbyt oczywiste kiedy się używa takich przerysowanych gestów. W operze współczesnej, być może przekazywanie emocji powinno być bardziej współczesne.

Tak, to prawda... Na przykład, kiedy widzisz stary dom z meblami zbyt antycznymi, co pomyślisz? Banalne! Przytłaczające. To szczypta czegoś nadaje wszystkiemu smak. Pewnie, że kiedy mam do czynienia z muzyką klasyczną, a współczesną reżyserią to już mamy pewien dysonans. Do tego jeszcze we współczesnej inscenizacji, ktoś interpretuje rolę w sposób antyczny. Ale zawodowiec wie czego oczekiwać od gestu. Gest, który płynie prosto z serca jest ponadczasowy. W takim momencie nie jestem już Lilla Lee. Jestem księżniczką Turandot, która cierpi! Nieważne są gesty. Ważne jest to, co mam w sercu. To emocje czuję w sobie aż po koniuszki palców. To wtedy zaczyna się magia, bo publiczność łączy się ze mną.

Jeden z moich gości, śpiewak operowy, mówił, że śpiewanie w operze jest próbą bycia wolnym w więzieniu. Tym więzieniem jest oczywiście libretto, muzyka, coś co już zostało dla ciebie stworzone. A ty musisz być w tym wszystkim wolny.

Według mnie profesjonalista powinien przede wszystkim znać język, w którym śpiewa. Tylko w ten sposób będzie mógł się zagłębić w postać, którą odtwarza. Jeśli ktoś nie wie, co śpiewa - to w tym umownym więzieniu wolnym być nie może. Dodatkowo ważna jest technika śpiewu, tak żeby nie męczyć publiczności. Trzeba pamiętać o pewnym wyczuciu orkiestry i innych śpiewaków. W operze oprócz mnie są przecież także inni, a wszyscy jedziemy na jednym wózku.

Jak podoba ci się Polska? Ten dziwny kraj...

Hm...interesujący. Dużo podróżowałam po Europie, ale w Polsce jestem pierwszy raz. Tutaj ludzie są bardzo skromni. Ciągle się mną opiekują. W innych krajach to ja muszę mówić, czego potrzebuję, a tutaj co chwilę ktoś mnie pyta, czy wszystko jest w porządku. Kiedy pytam o drogę, to ja nie rozumiem polskiego, a oni czasem mojego angielskiego albo włoskiego. Mimo to zawsze perorują, długo tłumaczą! Polacy są bardzo otwarci.

Kiedy poproszono cię, abyś zaśpiewała Turandot, zostałaś zaproszona na casting. Co pomyślałaś? Gdzie do cholery jest Polska?

Szczerze mówiąc, byłam bardzo ciekawa. Myślę, że w pewnym sensie jesteśmy podobni. Korea była pod japońską okupacją przez 40 długich lat. Jesteśmy narodami, które dużo wycierpiały, mamy jakby równoległe historie. Rozmawiałam także z moimi rodakami, którzy mieszkają w Polsce. Wszyscy mówili, że świetnie się tu mieszka i pracuje. Mam wrażenie, że Polacy są bardzo delikatni. Kiedy otwierają serce dają z siebie wszystko, dają całą duszę...

Chyba przemawia przez ciebie wódka...

(śmiech) Kocham krupnik! A Polacy są trochę jak Turandot. Zakładają sobie taki welon, który ich zakrywa. Ale gdy go zdejmą... dają wszystko.

Jaką rolę chciałabyś jeszcze zaśpiewać?


W przyszłość i bardzo chciałabym zaśpiewać rolę Amelii w "Balu maskowym", potem Aidę Verdiego oraz Toscę Pucciniego. To moje ulubione, mam nadzieję, że się kiedyś uda...

Już dzwonię do Metropolitan Opera

(śmiech) Świetnie!

Bardzo dziękuję. Jeśli chcesz możesz jakąś malutką arię zaśpiewać dla naszych słuchaczy


Coś krótkiego.. niech pomyślę. A może być piosenka koreańska?

Znakomicie.


Nasi przodkowie śpiewali tę piosenkę. Nazywa się Arirang. To lament ludu, któremu wydaje się, że król go opuścił. Ludzie błagają, aby tego nie robił. Jeśli nas zostawisz - śpiewają - nigdy już nie wrócisz. To smutny utwór, ale nasi przodkowie często go śpiewali. Zaśpiewam teraz fragmencik.... To nie jest to, co zwykle wykonuję w operze. Kiedy usłyszycie mnie na scenie będzie zupełnie inaczej.

(...)

Wywiad pochodzi programu kulturalno-literackiego "Spis treści" (każdy czwartek po godz. 22).

Cezary Łasiczka
Tokfm.pl
1 czerwca 2011
Portrety
Mojca Jan

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia