Możliwość kurtyny

"Kartoteka" - reż. Michał Zadara - Teatr Współczesny we Wrocławiu

Eleganckie czarne buty, długi szary płaszcz i szalik dookoła szczupłej szyi - tak oto, w postaci starszego znużonego pana, widzę go, ten wiek dwudziesty. Widzę jak wolnym krokiem, nie zwracając uwagi na zimny jesienny wiatr, wraca z kolejnego pogrzebu. W ślad za Narracją przez duże "N" odszedł z tego świata Bohater przez nie mniejszą literę pisany

 Co pozostało? Bezład i chaos, których nie da się już scalić w linearną czy jakąkolwiek inną całość. Historia stała się spisem luźno powiązanych ze sobą wydarzeń, a człowiek – katalogiem stanów psychofizycznych. Czy można  od tego wszystkiego uciec? Odpowiedzi na to pytanie szukałem w „Karotece” Michała Zadary.

Rób coś, ruszaj się, myśl.
On sobie leży, a czas leci.
Mów coś, rób coś.
posuwaj akcję,
w uchu chociaż dłub!
[Tadeusz Różewicz „Kartoteka”]

Wiele zdań tej recenzji, jak postacie ze sztuki Różewicza, pojawia się, ale nie odgrywa w niej większej roli. Można podnieść kurtynę, można nie podnosić kurtyny  – powtarzają aktorzy, a ja powtarzam, że można opisywać pewne fragmenty przedstawienia, a można i nie opisywać. Spektakl zaczyna się zanim widzowie zajmą swoje miejsca. Trzeba powiedzieć, że już na tym etapie spotyka ich pierwsze zakłopotanie – niełatwo bowiem zorientować się gdzie te miejsca są. Po bokach znajdziemy ciągnące się przez salę metalowe „perony”. Puste miejsca, między którymi przebywa znany ze sztuki, „zwykły, przeciętny pokój” to coś na kształt metra. Wydaje się, że za chwilę z hukiem, trzaskiem, rykiem nadejdzie zapchany ludźmi pociąg, ale zamiast niego w towarzystwie rozmaitych dźwięków nadchodzą aktorzy, ubrani w prywatne stroje. Wszyscy na raz zaczynają wyjmować coś z kartoteki swoich, a czasami i cudzych, zachowań. Wśród nich możemy wyróżnić: 1. Bezcelowe chodzenie tam i z powrotem 2. Tak samo bezcelowe bieganie 3. Krzyk 4. Jęk 5. Nucenie i śpiewanie piosenek 6. Wypowiadanie (bez)sensownych zdań 7. Układanie segregatorów jak kostek domina 8. Rozdawanie i zbieranie zdjęć 9. Mierzenie sali 10. Czytanie gazet 11. Wdrapywanie się na ścianę 12. Wygłupianie się 13. Odpalanie petard 14. Skakanie 15, 16, 17… 

To jest moja ręka! Moja ręka robi wszystko to, co myśli głowa!

Zdezorientowaniu widzów, którzy nie wiedzą, na którym z wycinków tego chaosu należałoby skupić uwagę, odpowiada zdezorientowanie głównego bohatera. Jest to człowiek bez określonego wieku i zajęcia. Bezsilny, zmęczony, rozczarowany życiem. Niemal fizycznie, razem ze światem w którym żyje, rozsypuje się na kawałki. Nie ma idei, nie ma wartości, tradycji, która mogłaby zatrzymać ten nieunikniony wszechogarniający proces dezintegracji i rozpadu. Ma za to wiele imion: Henryk, Dzidek, Staś. Jest symbolem swych czasów, głosem (czy milczeniem) całego pokolenia, które dorastało pośród okrucieństwa wojny i bezwzględności śmierci. Do tego pokolenia należy sam Różewicz i jak inni zmuszony był do odpowiedzi na pytanie: czy można się „pozbierać” po katastrofie II wojny światowej?

Z powyższego opisu może wynikać, że wymiar tragiczny musiał całkowicie zdominować przedstawienie. Jednak tragedia w świecie bez Bohatera i Historii jest również niemożliwa. W sztuce uwypukla to karykaturalny Chór Starców, śmiało zapożyczony z twórczości wielkich greków. W spektaklu zaś – ciepły klimat niekończącej się, nieprzewidywalnej gry. Kiedy wszystko odwrócone zostaje do góry nogami, krzywe wydaje się być prostym, a proste – krzywym. Przypomina mi to  dowcip. Co mówi Batman do Robina gdy wsiadają do Batmobilu? -"Robin, wsiadaj do Batmobilu”. I nic więcej. Oczywistość absurdu i absurdalność oczywistości. Dlatego poznanie kolejnych fragmentów życia bohatera, jego dzieciństwa czy młodości w żaden sposób nie przybliża nam tej postaci. Zmiłujcie się, to nie bohater, to jakiś śmieć. Rozpuszcza się we własnej bierności jak kostka lodu w ciepłej wodzie. Zmiłujcie się, to nie bohater, to jakiś śmieć. A widzowie rozpuszczają się wśród szarych, nie słuchających siebie nawzajem, nie wnoszących nic do akcji, biegających i krzyczących bez celu aktorów.

To jest teatr na miarę naszych wielkich czasów

Można by długo analizować, interpretować, badać. Lecz spektakl ten, nie mający początku, ani zakończenia, balansujący na pograniczu performansu, w którym aktorzy bawią się na równi z widzami, zasługuję na uwagę przede wszystkim ze względu na swoją oryginalną energetykę. Doszukać się w nim wad nie jest rzeczą szczególnie trudną. Lecz brak, czy w tym przypadku pustka, nie przeszkadza, podobnie jak nie przeszkadza nietypowe, luźne zachowanie wciągniętych w zabawę widzów. I jeżeli jest w tym wszystkim jakieś spłaszczenie świetnego anty-dramatu Różewicza, no cóż… jak prostodusznie donosił jeden z policyjnych raportów: „Po oględzinach stwierdzono, ze worek był pusty, ponieważ był dziurawy.”

Henryk Mazurkiewicz
G-punkt
18 listopada 2011

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...