Mroczna opowieść o wcieleniach zła

"Biesy" - reż: K. JasińskiTeatr Scena STU w Krakowie

Sławiące chwałę Bożą pieśni chóru cerkiewnego otwierają spektakl, obnażający najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy. "Biesy" Fiodora Dostojewskiego w adaptacji i reżyserii Krzysztofa Jasińskiego to mroczna opowieść o wcieleniach zła.




Biesy kręcą się szalone,
Jako liście w słotny dzień.
skąd ich tyle? Dokąd pędzą,
Zawodzące straszną pieśń?

(A. Puszkin, Biesy, przeł. J. Tuwim) 

Rola ukraińskiego chóru „Woskresinnia” pod dyrekcją Aleksandra Tarasenko jest w tym przedstawieniu szczególna. Pieśni pojawia się tak wiele, że wystarczyłoby na cały koncert. Nieustannie przypominają one o mistycznym wymiarze zła, stawiają pytanie o jego źródło i cel. Odsyłają też do tradycyjnej, prawosławnej duchowości narodu rosyjskiego, którego upadek moralny i duchowy stanowi tło dla działań bohaterów spektaklu.

O historiozoficznym aspekcie opowieści przypomina wiersz „Biesy” Aleksandra Puszkina – motto dzieła Dostojewskiego – w przedstawieniu recytowany w oryginale przez chłopca cerkiewnego (Nazariy Tarasenko). Występujący w wierszu motyw rozpędzonej trojki mknącej przez pustkowie znajduje swoje źródło w twórczości Gogola jako alegoria dziejów Rosji. Powóz grzęźnie w zamieci, która przybiera postać wirujących wkoło czartów. 

U Dostojewskiego tytułowe biesy to rewolucjoniści, do których pisarz czuł nieodpartą niechęć. Jasiński wiernie adaptuje powieść, koncentrując się na sylwetkach dwóch wichrzycieli – Mikołaja Stawrogina (Radosław Krzyżowski) i Piotra Wierchowieńskiego (Grzegorz Mielczarek). Pierwszy z nich to wcielenie perwersji. Czerpie satysfakcję z najohydniejszych zbrodni. Przy tym jest przystojny, elegancki, błyskotliwy i niezwykle charyzmatyczny. Trudno uwierzyć w jego nikczemność, bo z łatwością udaje szlachetnego. Świetnie nadaje się na bożyszcze tłumów.

Dostrzega to przenikliwy i szalony Piotr Weirchowieński. Oczami swej chorej wyobraźni widzi Stawrogina na czele ruchu rewolucyjnego, który pod przykrywką walki o równość ma zaprowadzić w Rosji oparty na terrorze totalitaryzm. Wierchowieński wie, że czas jeszcze nie nadszedł, więc przyczaja się, zbiera siły… W swojej zapobiegliwości sieje ferment, który ma przyspieszyć rozpad społeczeństwa. Jest układny, wręcz potulny, nikomu się nie naraża, każdemu schlebia.

Przygotowania do przewrotu splatają się z osobistymi tragediami bohaterów. Takich nieszczęść nie brakuje, bo Stawrogin sprowadza je niemalże na każdego, z kim się zada. Kobiety zakochują się w nim bez pamięci, a zagubieni kandydaci na wywrotowców obierają go na przywódcę duchowego i inspirując się jego słowami, tworzą swoje obłąkańcze idee. 

Wątek, który organizuje historie poszczególnych bohaterów, to szokujące małżeństwo Stawrogina z kaleką Marią Lebiadkin (Beata Rybotycka). Szczegóły tego ekscesu są owiane tajemnicą i odkrywane przed widzem stopniowo. Jak na rosyjską opowieść przystało, akcja toczy się niespiesznie, oddając pole zawiłościom natury duchowej. Reżyserowi udało się zachować wieloaspektowość pierwowzoru i opisując zdarzenia w skali mikro, zasugerować problemy w skali makro. 

Fragmentaryczność zdarzeń i niedomówienia potęgują napięcie wynikające ze skomplikowanych relacji między postaciami. Jest ono na tyle duże i konsekwentnie podsycane, że wystarcza go na trzyipółgodzinny spektakl. Dzięki dyscyplinie formalnej wielowątkowość przedstawienia nie powoduje przesadnej gmatwaniny. Pod koniec przedstawienia, odegrana historia staje się klarowna także dla osób niezaznajomionych z lekturą.

Trafnie dobrani aktorzy wiarygodnie odtwarzają swoje role. Zwraca uwagę sugestywna gra Grzegorza Mielczarka, która nadaje przedstawieniu demoniczny wymiar. Staranna scenografia i wysublimowane kostiumy tworzą, obok wprowadzonych do spektaklu motywów ludowych, niepowtarzalny klimat dziewiętnastowiecznej Rosji. Warto się w nim pogrążyć.

Jaśmina Puchała
Dziennik Teatralny Kraków
28 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia