Mroczne klimaty radomskiej Kotłowni

"Dybuk, czyli Demon z Marianpola" - reż. Janusz Wiśniewski - Teatr Powszechny im. Jana Kochanowskiego w Radomiu

Dybuk w języku hebrajskim oznacza przylgnięcie. A dokładniej – zawładnięcie ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Mało w tym romantyzmu, prawda? Jednak, co by się stało, gdyby czyjś ukochany umarł z rozpaczy, a jego pragnienie bycia z tą jedyną było tak wielkie, że postanowił przylgnąć do niej już na zawsze? Cóż, podobno w teatrze wszystko jest możliwe.

„Dybuk, czyli Demon z Marianpola" w reżyserii Janusza Wiśniewskiego jest spektaklem problematycznym. Z jednej strony mamy ciekawą i nietuzinkową opowieść o nieszczęśliwej miłości, z drugiej możemy zastanawiać się, w jaki sposób przedstawić ją tak, by nie utknąć w schematach tkliwej i sentymentalnej historyjki. Wedle założeń głównymi bohaterami są Chanan (Łukasz Stawowczyk) i Lea (Agnieszka Rose) przedstawieni jako żydowscy Romeo i Julia. Młodzi zostają okrutnie rozdzieleni, a że nie potrafią bez siebie żyć, Chanan umiera, lecz nawet po śmierci pragnienie bycia z ukochaną jest tak wielkie, że z rozpaczającego ducha staje się demonem, który wchodzi w ciało Lei, by być z nią już na zawsze. Tu historia miłosna się kończy, a zaczynają egzorcyzmy. Wraz z nimi, coraz mniej mamy romantycznej miłości, w zamian dostajemy metafizyczne i niezwykle oniryczne próby ocalenia Lei. Ale to nie wszystko. Sama historia zakochanych jest jedynie osią spektaklu, wokół której rozgrywają się inne wydarzenia. Wszystkie one mają wspólny mianownik – nieszczęśliwą miłość i nieutuloną potrzebę kochania, nawet za wszelką cenę.

Radomski spektakl powstał przede wszystkim na podstawie legendy dramatycznej żydowskiego pisarza Szymona An-skiego, tworzącego na przełomie XIX i XX wieku. Podtytuł tego utworu to: „Na pograniczu dwóch światów". I rzeczywiście, podobnie jak u An-skiego, tak i u Wiśniewskiego dostrzegamy przenikanie się świata materialnego z transcendentnym. Przekraczamy granice, by odzyskać to, co utracone. Dodatkowo, reżyser w swojej inscenizacji wykorzystał fragmenty utworów Szekspira, Marlowe'a, Achmatowej, Cwietajewej i innych. Mamy więc do czynienia z całkiem obszernym kolażem literacko-poetyckim. Są tego zarówno plusy, jak i minusy. Z jednej strony spektaklowi nie brakuje ubogaconej poetyckości i treści, z drugiej, wszystko to zostało podane w tak pociętych fragmentach, że nie dziwi, gdy widz ma problem ze zrozumieniem niektórych momentów przedstawienia. W związku z tym, łatwo niekiedy wyłączyć się na chwilę i stracić wątek. Można odnieść wrażenie, że - choć reżyser wiedział, co chce powiedzieć - nie zawsze udało mu się dobrać do tego odpowiednie środki. Chyba lepiej byłoby skoncentrować się na maksymalnie trzech historiach, zamiast lawirować w zbyt dużej ilości tekstów. To rozwiązanie sprawdziło się jedynie w przypadku przedstawiania różnych odsłon Lei. Z tej jednej tylko postaci znakomicie udało się Wiśniewskiemu wyłonić portrety nieszczęśliwych kobiet. Myślę, że kombinowanie w ten sposób z całą resztą było po prostu niepotrzebne.

Lea Porzucona, Lea Na Dnie, Lea Śniąca, Lea „Nie Ma Nadziei" oraz Lea Nieobecna – wszystkie te kobiety uosabiały różnego rodzaju nieszczęścia (najczęściej miłosne zawody) i choć były do siebie podobne, udało się im zachować własną, naznaczoną tragizmem tożsamość. Wszystkie poza jedną ubrane były w kraciaste (czerwono-czarne) obcisłe sukienki, ostatnia Lea miała sukienkę biało-czarną i była z nich wszystkich najbardziej upiorna jakby z innego, ciemnego świata. Kobiety miały krótkie, zaczesane do tyłu włosy i poruszały się w bardzo charakterystyczny sposób – niby widma, nie mogące odnaleźć się w świecie żywych. Zawsze z tymi samymi, niepokojącymi minami, w mocnym makijażu, gdy pojawiały się na scenie, skupiały na sobie uwagę publiczności. W grupie bardzo silnie oddziaływały, jednak także podczas solowych występów potrafiły magnetyzować swoją wyrazistością i sugestywnymi ruchami. Każda z nich miała do opowiedzenia smutną historię swojego życia. W pamięci pozostała mi zwłaszcza Lea, która słowami z piosenki Ewy Demarczyk („Grande valse brillante") przejmująco przedstawiła smutne dzieje swojego życia. Występy upadłych i nieszczęśliwych Lei, a nawet każde ich pojawienie się na scenie były bez wątpienia jedną z mocniejszych stron spektaklu Wiśniewskiego. Kolejną jest cała forma przedstawienia – upiorne stroje, wykrzywione bólem twarze aktorów, rozczochrane peruki, stroje o intensywnej kolorystce, szyte jakby specjalnie na bal ciemnych mocy. Ciekawą postacią była również Śmierć (Danuta Dolecka) – pojawiająca się zawsze, gdy nadchodziły Lee – zwiastun życia pozagrobowego, nęcąca słodyczą śmierci jako ucieczki, a w rzeczywistości zagarniająca dusze w otchłań – może jeszcze większego cierpienia? Równie ciekawą kreację stworzył Alan Bochnak jako Anioł. Choć pojawił się właściwie tylko na początku i końcu przedstawienia, nie pozwolił o sobie zapomnieć. Przede wszystkim dlatego, że wprowadzał na scenę potrzebne rozluźnienie i uspokojenie pośród demonicznej rzeczywistości. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o głównych bohaterach „Dybuka...", których role przeszły właściwie niezauważenie. Choć Agnieszka Rose jako Lea – Panna Młoda ucharakteryzowana została naprawdę znakomicie i konsekwentnie, zgodnie z klimatem całego przedstawienia (rozwichrzone włosy, pobladła, trupio-blada twarz, podkrążone oczy), to jej rola nie miała wiele do zaoferowania. W większości po prostu snuła się po scenie, wypowiadając jakby od niechcenia swoje kwestie. Przyciągał przede wszystkim jej wygląd, a nie to, co mówiła. Podobnie rzecz się miała z partnerującym jej Łukaszem Stawowczykiem (Dybuk). Strój, ruch sceniczny – bez zarzucenia, jednak z resztą było już gorzej. Odniosłam wrażenie, że choć Wiśniewski pomysł na te postacie bez wątpienia miał, to zginął on pośród wielobarwnej i intensywnej formy spektaklu. Zupełnie jak w przypadku egzorcyzmów, dzięki którymi dybuk opuścił miał ciało opętanego przez mały palec u nogi. Zabiegi czynione przez ojca Lei (Ryszard Mróz) i pretendenta do jej ręki, Pana Młodego (Piotr Kondrat) rozmyły się pośród ogólnego chaosu panującego na scenie.

Wspomnieć należy jeszcze o muzyce (Jerzy Satanowski), która obok kostiumów (Janusz Wiśniewski, współpraca – Romana Filipowska) przyczyniła się do zbudowania niesamowitego klimatu „Dybuka...". Oddziaływała ona na publiczność w każdym momencie spektaklu i umiejętnie potrafiła budować napięcie. Z łatwością wprowadzała w metafizyczną, niepoznaną rzeczywistość, a aktorzy bardzo dobrze potrafili się z nią zgrać. Widać to było zwłaszcza w scenach zbiorowych z Leami – ich ruch sceniczny oraz choreografia (Emil Wesołowski) doskonale odpowiadały wibrującym dźwiękom rozchodzącym się po klimatycznej Scenie Kotłownia. Niektórzy mogą przyczepić się do braku jakieś bardziej określonej scenografii (na scenie znajdowały się właściwie tylko stolik i parę krzeseł), jednak moim zdaniem było to celowy zabieg, mający na celu nieodwracanie uwagi od i tak bardzo wyrazistych kostiumów i ekspresyjnej gry aktorów.

„Dybuk, czyli Demon z Marianpola" choć trwa raptem ok. 40 minut jest spektaklem, który potrafi zapaść w pamięć niezależnie od tego, czy się komuś spodobał, czy też nie. To zasługa przede wszystkim formy przedstawienia i umiejętnego zbudowania sugestywnego świata złożonego z demonów, upiorów, ale też niewolnego od miłości i tęsknoty za nią. Januszowi Wiśniewskiemu udało się uniknąć przerostu formy nad treścią, mimo że główny wątek spektaklu nieco przybladł w konfrontacji z innymi (na pozór tylko pobocznymi) scenami. Być może „Dybuk..." to rzecz głębsza niż nieszczęśliwa miłość, ale dla mnie to przede wszystkim znakomity klimat, muzyka, kostiumy i Lee. I równie dobrze mogłabym go oglądać bez żydowskich Romea i Julii.

 

Paulina Aleksandra Grubek
Dziennik Teatralny Warszawa
10 lutego 2015

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...