Mrocznym mrocznym wersem

"W mrocznym mrocznym domu" - 15. Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej INTERPRETACJE

Kraj lat dziecinnych – święty i czysty? Nie w reżyserii Grażyny Kani. Drew i jego 'brother' są dziećmi mroku – rodzinnych burd i gwałtu. „W mrocznym mrocznym domu" nie jest jednak zwykłą psychodramą. Tekst LaBute'a, w świetnym przekładzie Kani i interpretacji zespołu, odwraca kota psychoanalizy ogonem – granica między ofiarą a sprawcą zaciera się. Krok po kroku, słowo po słowie, wkraczamy w obszar tabu – szatańskich wersetów LaBute'a. Bo dramat w spektaklu Kani kryje się w słowach – słowach nie do pomyślenia. A za jego rozwój i ilustrację odpowiada widz. Kania tu 'tylko' asystuje – jak terapeuta z piekła rodem.

W mrocznym domu nie może być – i u Kani nie ma – tancerek, projekcji video, koncertu na żywo i słownej papki (fundament współczesnych przedstawień). Są aktorzy i jest dyscyplina. A palmę pierwszeństwa dzierży spójny tekst. Resztę Kania ogranicza do minimum. Nie ma mowy o szarżowaniu (za wyjątkiem Mileny Suszyńskiej w roli nastolatki – kolorowego ptaka nie do usidlenia, ale tylko do czasu). I nie ma mowy o nudzie – nie u odsądzanego od czci i wiary  LaBute'a. Żeby palące słowa mogły faktycznie zapiec, Kania podsyca je chłodem i ascezą sceny.

Scenograf (Stephan Testi) nie idzie w konkury z tekstem. Stawia na scenie mur z bluszczu, w który na przemian wczepiają się postaci. I tak, blokada, trauma i przemoc werbalna odbijają się niespodziewanie głośnym echem w ścianie i od 'ścian', prostego w konstrukcji, domu Kani. Zwyczajna cisza i białe światło równie skutecznie wzmagają mrok w potoku słów. Przy zmianie scen, Mirosław Poznański kontrapunktuje je chwilowym zaciemnieniem, a Dominik Strycharski – psychodelią ogłuszających dźwięków. Słowem, napięcie łańcuchowe – ale początek łańcucha to Drew i jego 'brother'.

Gdyby nie Grzegorz Małecki i Marcin Przybylski, nie byłoby mowy – nie tylko w przenośni – o jakiejkolwiek psychodramie czy dramie.  „Człeniu", „brother" i „rozkminiać" brzmią (sic!) naturalnie w ustach Marcina Przybylskiego, trzydziestoparolatka z syndromem Piotrusia Pana, wyglądem uciśnionej niewinności i... Machiavellim w małym paluszku. Widz, jak brother, łyka wszystko... I nadal go lubi. Grzegorz Małecki, jako ten starszy, ma w sobie więcej mroku niż uroku, ale nie mniej twarzy. Co więcej, ich odsłony zestrajają się z gradacją napięcia w całym spektaklu, czy wręcz nią dyrygują. Brother jest jak balon napompowany mrokiem. „Mroczny, mroczny dom" uchodzi z niego, jak powietrze, najpierw wolniutko i po cichu – prawie bezszelestnie. Prawie. A potem coraz szybciej i głośniej, aż do eksplozji w finale.

Grażyna Kania widzi w swoim spektaklu wpływ antyku. Bo, jak twierdzi, „W mrocznym mrocznym domu" obala „mit katharsis". Faktycznie, przed braćmi jeszcze sporo słów do odczynienia mroku. Ale przed widzem, przepuszczonym przez magiel Kani, jakby mniej.  Terapia powiodła się. I pacjent przeżył.

Monika Gorzelak
Dziennik Teatralny
15 marca 2013
Portrety
Grażyna Kania

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia