Mruczę gdy Kleczewska szczeka

"Babel" - reż. Maja Kleczewska - Teatr Polski w Bydgoszczy

Są teatry, do których się chodzi i takie, do jakich warto jechać, a nawet znosić niewygodę i chłód miast obcych, jak Wałbrzych, Jelenia Góra czy Bydgoszcz. Moim intro do "Babla" były odgłosy z próby, serwowane przechodniom na godzinę przed spektaklem

W jednej linii spotykały się uchylone okna teatru i matki z wózkami na placu przed teatrem (dwie, plus jedno starsze małżeństwo); zionęło prowokacją. Słychać było słowa ostre i wulgarne, Jelinek przy megafonie, wstrzelona w ramy niepoprawnego mieszczaństwa i równie nieznośnej małomiasteczkowej architektury. Manifest, który pisze się sam - Kleczewska nie mogła wybrać lepszego miejsca na to przedstawienia.

„Te współczesne telefony komórkowe, nimi możesz ustrzelić samego siebie.”
Głosy z offu, duchy sumienia duszące nadzieje na zwyczajny wieczór. Ja spokój utraciłam przed teatrem, ci, którym udało się go zachować do wejścia na sale, uśmiechają się nerwowo, wyciszając telefony. Kleczewska wyciska poty z aktorów, aż niewygodnie patrzeć, tak jak niewygodnie jest czytać Jelinek. Reżyserka oprawia całość w ramkę z gadżetów i gagów, co ma posmak skóry wyprawianej przez garbarza na oficerskie buty.

Perwersja - to temat drążony przez Maję Kleczewską. Udaje jej się go uchwycić na płaszczyznach nie tylko aktor-rezyser, aktor-partner sceniczny, ale także widz-a widziane. Tworzy niesamowicie intensywny kolaż z obrazów, Google w jakości HD, na pierwszym planie dialog, na drugim samotne postaci, monady na tle zimnej metalicznej ściany o chirurgicznym zacięciu. Na tej ścianie-ekranie w oddali, wyświetlane są filmy w poetyckim rozwolnieniu. Ta wizualna kloaka to rodeo i torreadorzy, pan i pani Kennedy - aż miło patrzeć, tacy są kolorowi i uśmiechnięci. Jednak nie z życia wzięci, raczej z ściągnięci z Internetu: -wszystko możemy znaleźć na Google’ach - informuje nas aktor (genialny Sebastian Pawlak).

To na nim, czy też za jego sprawą, Kleczewska łamie swoją formułę - po formalizmie, męczącym i żrącym, acz znanym i uznanym kodzie spod znaku „Kleczewska w konstelacji polski teatr współczesny” - reżyserka serwuje nam koncert. Ale zanim to, aktorzy sie zbierają, podają sobie wodę, przerzucają manatki, mówią: -idziemy do bufetu, co?. Stopklatka, cięcie, prywatność. Czuć luz - taki, który za chwile ścieknie nam dreszczem po plecach, że się nań godzimy.

Na scenę wjeżdża DJ (czarna marynarka, odpustowe królicze uszy, słowem vivat Berlin!), a Pawlak informuje nas od niechcenia, że zaśpiewa sześć piosenek, chociaż kiedyś było osiem. I zaczyna, w dresach, z paroma koncertowymi rekwizytami (obsrana pielucha, serce, krew - aż chce się kwiczeć za Klatą, że to ci teatr, „Pot, sperma, łzy!”). Pawlak bez żadnej ściemy, otwarty i ujmujący, kompletnie tu i dla nas: -dla was jestem najczulej - jak niegdyś śpiewał w TR Warszawa. Ciśnie nam w uszy słowa i historie, które, równie jak jego głos, miłe nie są, bo źródłem ich makabra, a praźródłem real. Patrz, na jakim realu stoisz, po jakim gównie stąpasz i jak wygodnie ci patrzeć - zdaje się mówić Kleczewska i używa do tego aktora, którego żądni jesteśmy oglądać, a nawet prosimy o bis. On przyklęka i gwiżdże, przywołując pieska, chwilę później parodiuje baletnicę. Jest na nasze pstryk, na mlaśniecie załadowanych popcornem kapitalistycznych instynktów.

Kleczewska serwuje dania znakomite, równie dobre przystawki, przynosi perły do koryta, bierzcie, nie wierzcie, wieprze! Ja wierzę Kleczewskiej i umacniam swoją wiarę w teatr społecznie zaangażowany. Niech szczeka, niech wpija się w fałdy naszego pomarszczonego sumienia.

Hanna Maciąg
ksiazeizebrak.pl
29 listopada 2010

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia