Msza za miasto Berlin

"Cabaret" - reż. Ewelina Pietrowiak - Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy

Zanim wysłuchacie wszystkiego co wam tu opowiem, musicie uwierzyć mi na słowo; to było dobre miasto. Miasto w którym ludzie, tak jak gdzie indziej, rodzili, żenili się, uprawiali ziemię, i umierali. Zaprawdę, powtarzam Wam, było to dobre miasto.

Przepraszam, to nie ta sztuka. Pomyliłam Mszę z Kabaretem. Tak zaczynał się wspaniały monodram Janusza Gajos w Teatrze Narodowym, grany kilka lat temu. Cabaret w reżyserii Eweliny Pietrowiak, o którym chciałabym tu opowiedzieć, nie schodzi z afisza Teatru Dramatycznego od 2016 roku. Sam dramat, stworzony na podstawie sztuki Johna van Drutena i opowiadania Christophera Isherwooda, od 1972 roku, kiedy to ukazał się film opowiadający tę właśnie historię, nie opuszcza ludzkich wyobrażeń o tym, jak umacniał się faszyzm i jak może pojawiać się znowu.

Był raz taki kraj, nazywał się Niemcy. I było miasto, Berlin i nastąpi koniec świata.
Jak mówiłam za reżyserię odpowiedzialna jest Ewelina Pietrowiak. A trzeba powiedzieć, że reżyseria jest tu wspaniała. Przy naprawdę ograniczonej ilości środków buduje w widzach rosnące napięcie, a potem właściwie przerażenie nadchodzącą katastrofą, przez większość czasu nie dając przy tym wprost powodów do obaw. Wspaniałą scenografię i kostiumy łączące estetykę lat dwudziestych ze współczesnością stworzyła Katarzyna Nesteruk. Pod jej kierownictwem wczesno XX wieczna burleska podobna jest do XXI wiecznego klubu, tak samo jak podobne mogą być problemy społeczne. I tak na scenie widzimy zarówno orkiestrę jak i neony, mogące w sekundę przenieść fabułę z wynajętego pokoju na najważniejszą scenę w Berlinie. Choreografie stworzył Artur Żymełka, a kierownictwem muzycznym zajęła się Urszula Borkowska. Nie można zapomnieć też o wspaniałym tłumaczeniu piosenek wykonanym niegdyś przez Jego Magneficencję Wojciecha Młynarskiego, do którego dodane zostały dwa utwory przełożone na polski przez Szymona Żuchowskiego.

Sally zagrała Barbara Garstka i nie porwała mnie jej interpretacja, chociaż wspaniale zaśpiewała, że „życie kabaretem jest i tak je trzeba grać". Mateusz Grebber z kolei wcielił się we wnikającego razem z nami w nocne życie Berlina, Cliffa Bradshawa. Główne role odegrane zostały równo i wiarygodnie, ale to nie one zachwycają w tym wystawieniu Kabaretu. Modest Ruciński jako Mistrz Ceremonii i Agnieszka Wosińska jako Fräulein Schneider całkowicie kradną każdą scenę, w której się pojawiają, poprzez swoje role drugoplanowe pokazując groteskę i tragizm tej opowiadanej nam rzeczywistości Berlina lat dwudziestych.

Willkommen ! Bonjour! Привет ! Dzień dobry...
Gdyby przyjść na spektakl nie znając tej historii, przez pierwszą połowę można by zachwycać się kostiumami, rozwijającymi się romansami i wspaniałymi numerami musicalowymi. Można by spokojnie zatopić się w opowieści obyczajowej opowiadającej o mieście, w którym ludzie mogą się bawić tak wspaniale, jak w żadnym innym. Gdyby nic nie wiedzieć o tej sztuce można by oglądać ją bez elektryzującego dreszczu przerażenia.

Niemieckie 3 k – kuchnia, kościół i dzieci zamienione są w Kit kat na trójkąt miłosny w niezapomnianym numerze Two ladies and me. Wszyscy są sympatyczni i zajmują się własnymi sprawami, a interes w który zaangażowany zostaje główny bohater dla pieniędzy służy „na pewno słusznej sprawie". Tylko mistrz ceremonii, niczym chór grecki, z boku przypatruje się rozwojowi biegu wydarzeń, nieustannie obecny na scenie i niebezpiecznie uśmiechnięty, jak Kot z Cheshire. To podrzuci czerwoną wstążkę, to zaintonuje Jutro należy do nas – tylko początek pierwszej zwrotki, ale przecież wszyscy wiemy jak to się skończy.

I kończy, kończy się – sztuczny przecież – spokój Berlina, kończy się wolność od polityki, bo polityka wchodzi razem z kamieniem wybijającym okno spokojnego, wynajętego pokoju, wdziera się na przyjęcie zaręczynowe, w którym okazuje się, że nie z każdym wolno brać ślub, bo ślub ma być z obyczaju i obowiązku wobec narodu, nie z miłości, bo nagle do zaintonowanej wcześniej zwrotki dołącza refren i nagle cała scena śpiewa że Jutro należy do nich i maszeruje, maszerując wchodzi w widownię jak las z Makbeta wchodzi na zamek, jak tylko nacjonalizm umie w coś wchodzić.

A potem, proszę sobie wyobrazić, opuszczane jest lustro.
I okazuje się, że nic nas nie obroni, przed tłumem nie protestującym na widok tych samych, nacjonalistycznych haseł – chyba, że zrobimy to my sami. Co będzie jednak trudne, biorąc pod uwagę, że jak dotąd grzecznie siedzimy.

Na początku przedstawienia w Kabarecie Dramatycznym obiecywali nam, że wszystkie nasze troski znikną. Nie chcą one jednak nijak zniknąć, zdaje się że tylko ich w ciągu tych dwóch godzin przybyło, a może to te stare nie pozwalają już się ignorować. Słychać to było na korytarzu w antrakcie, w rozmowach widzów mówiących o „ciągłej aktualności niestety", w antrakcie w którym dofinansować można było Fundację W Stronę Dialogu, zajmującą się pomocą osobom doświadczonym kryzysem uchodźstwa przez wojnę w Ukrainie. Było to też widać, bo sztuka kończy się wyciągnięciem flagi Ukrainy naprzeciw bijącym brawo widzom, jak sztandaru, albo może symbol tego, że jeszcze nie siedzimy w zastanej rzeczywistości tak bardzo, żeby nijak nie dało się jej zmienić.

Nela Bocheńska
Dziennik Teatralny Warszawa
25 października 2022

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia