Münchhausen z Torunia

"Baron Münchhausen" - reż. Wojciech Szelachowski - Teatr Baj Pomorski

Toruń, gdzie "gotyk - na dotyk", domniemany dom Kopernika i pamiętająca Jagiellonów Gospoda Pod Modrym Fartuchem, gdzie z każdego kąta wyziera tradycja rycerskości (krzyżackiej, szlacheckiej i mieszczańskiej), a w pejzażu uniwersytecko-festiwalowego miasta jawią się, co i raz, malownicze ślady fortecy, twierdzy i siedziby garnizonu, i gdzie nawet - ciągle nowy i nadal urzekający - teatr lalek wpisał się harmonijnie w linię fortyfikacji starych murów, wydaje się miejscem idealnym i wymarzonym na dłuższy popas dla zawziętego gaduły. To interesujące więc, że właśnie w Toruniu Wojciech Szelachowski wyznaczył nam spotkanie z baronem Münchhausenem - bohaterem par excellence historycznym.

Karl Friedrich Hieronimus von Münchhausen (1720-1797) był Niemcem, który kawał życia przesłużył w wojsku rosyjskim, wojując z Turcją. Na starość osiadł w Hanowerze, gdzie w winnej gospodzie, zwyczajem żołnierzy samochwałów i myśliwych o bezgranicznej fantazji, opowiadał fascynujące historie jakoby z własnego życia wzięte. Musiał czynić to w sposób niezwykły i skuteczny, a jego autokreacja werbalna okazywała się trwalsza od fizycznej formy bytu Münchhausena.

Twórczość barona należała, siłą rzeczy, do literatury mówionej, rychło jednak zaczęła być spisywana. Zapis najsłynniejszy wyszedł w roku 1786 spod pióra Gottfrieda Augusta Burgera pod tytułem "Cudowne podróże" na lądzie i morzu, kampanie i wesołe przygody barona von Münchhausena. To ten sam autor, który w 1773 roku podarował świadomości i wyobraźni europejskiej balladę Lenora (o dziewczynie porwanej przez ducha swego zmarłego kochanka). Może więc i narratora książki o przygodach Münchhausena wolno uważać za figurę gawędziarza romantycznego? Tyle że mniej podobnego do podmiotu mówiącego polskiej gawędy szlacheckiej, a bardziej do człowieka, który gawędzi u Maria Vargasa Llosy i "przynosi nie tylko aktualne wiadomości, ale również te z przeszłości" oraz "jest zarazem pamięcią wspólnoty".

W tym ostatnim porządku Münchhausen zda się funkcjonować w sposób trojaki. Po pierwsze, jako człowiek realny, malowniczy, bo dotknięty gadulstwem stanowiącym nic tylko sposób bycia, ale wręcz światopogląd. Po drugie, jako twór słowny, sam przez siebie opowiedziany, albo raczej opowiadany, kreowany i komponowany bez końca. Po trzecie, jako twór sztuki opowiedziany i przedstawiany przez innych, przeważnie starających się o respektowanie pierwotnej autorskiej metody budowania postaci i legendy jej osobowości.

W scenariuszu braci Szelachowskich (Wojciecha i Macieja) i w spektaklu Wojciecha baron Münchhausen jest całkiem zełgany i niewiele ma wspólnego z hanowerskim gadułą opowiadającym historie zgoła nieprawdopodobne. Przede wszystkim Münchhausen został "utoruniony".

Już w ramówce scenicznej opowieści serwuje się wiadomość, że kiedyś pod Toruniem spisał on wielką księgę swych przygód i nakazał ich inscenizację w teatrze. Potem niektóre przygody podlane zostają sosem kolorytu lokalnego, co przynajmniej w dniu premiery (kiedy to odbywały się wybory samorządowe) zyskiwało dodatkowy wymiar komiczny. Wybrane "kanoniczne" historie Münchhausenowskie pokazane zostały w ciągu kunsztownie i dowcipnie animowanych ilustracji Gustave\'a Dorego, które wyświetlano na wielkim ekranie do projekcji tylnej ustawionym pośrodku sceny. To kino w teatrze zostało zresztą wcale zgrabnie ożenione z działaniami aktorskimi w żywym planie. Wszystkie zaś nowe epizody z żywota Münchhausena stały się tworzywem poczynań stricte teatralnych.

Epizody owe - niepowiązane ze sobą, amorficzne, przypadkowe, niby to losowane na chybił trafił - mogą wywołać wrażenie fabułek, którymi nie należy sobie zaprzątać głowy.

Warto jednak poddać się urokowi czystego nonsensu oraz urodzie gadulstwa pokazywanego i ewentualnie zaakceptować mniemania, iż, po pierwsze, weselej żyć, śmiejąc się, niźli programowo nie śmiejąc. Po drugie, weselej żyć, przyjmując, iż istnieje logika absurdu, której można podporządkować to, co głupie i całkiem niezrozumiałe. Po trzecie, weselej żyć, doszukując się głębszego znaczenia w banale i pospolitości. Po czwarte, weselej żyć, wysławszy tak zwany zdrowy rozsądek na urlop bezterminowy. Wszystko to zdaje się wynikać i z obrazu Nadczłowieka, będącego po prostu atletą na szczudłach, i z historii cesarza Ferdynanda II, puszczającego bąki podczas oracji na bitewnym polu, i ze spotkania dwóch bufonów - Aleksandra Macedońskiego i Diogenesa, i z losów rozwydrzonego Kopciuszka, i wreszcie z wizji dokumentującej przypadkowy, ale aż siedmiominutowy taniec Immanuela Kanta - pedanta i doktrynera - z wracającym nad ranem z balu baronem Münchhausenem.

Tych nowych epizodów w spektaklu premierowym było dziesięć. Ze sceny padła obietnica, że każde przedstawienie będzie inne. Pewnie więc doczekają się prezentacji numery z udziałem hrabiego Drakuli (i jego kuzyna z Polski - obłąkanego Paszeko), scena z użyciem szesnastu kukiełek (dedykowane Sergiuszowi Obrazcowowi) i alegoria odwiecznej walki Dobra ze Złem, czyli spotkanie Dobrego ze Złym. Ciekawe tylko w jakiej konfiguracji?

Za to sceneria będzie taka sama. A więc otwarta scena teatru toruńskiego, wystawiająca samą siebie. Na jej środku ekran. W lewym kącie proscenium gabinet notariusza i stanowisko dyrygenta zarazem. Notariusz dzierży Münchhausenowską księgę, kapelmistrz prowadzi sceniczne pienia i kantaty. Kapelmajstra-Notariusza gra kierownik muzyczny Baja Pomorskiego Krzysztof Zaremba. Szelachowski znowu odkrył aktora! Zaremba robi swoją postać sylwetą, grymasem i nadwyrazistym gestem. Jest niczym istota mieszana wzięta z rycin Daniela Chodowieckiego i karykatur Honoriusza Daumiera.

Taka esencja mieszczańskości, tylko że zdolna do nieokiełznanego szaleństwa. Prawy kąt proscenium zajmuje skreczer (Sylwester Siejna) i jego aparatura DJ-a. Na oparciach ostatnich rzędów widowni, na środku, drewniana klatka, w której, z rozkazu okrutnych autorów szydełkując, siedzi zamknięty Zdrowy Rozsądek (Mirosław Szczepański) i buntuje się przeciwko bezsensom spektaklu. Boczne drzwi sali widownianej otwarte na foyer i korytarz teatralny. Tędy będą wchodzić aktorzy in gremio. Cała obsada udaje trupę barona Münchhausena. Fest osiem komediantek. Komedianci zebrali się w sześciu chłopa. Przychodzi im jeszcze w sukurs Najsilniejszy Pracownik Teatru (w scenie z Nadczłowiekiem) i "zarekwirowany" w jakimś studenckim klubie piosenkarz estradowy, ale jak to robią, że obsada sprawia wrażenie kilkudziesięcioosobowego karnawałowego tłumu, pozostaje cudowną tajemnicą sztuki. W każdym razie w finale widowiska, kiedy całą przestrzeń teatru zdaje się wypełniać zjednoczona muzyka (ta "kantatowa" Krzysztofa Dziermy i ta dyskotekowa!), kiedy fruwają i pękają baloniki, i otacza nas "niepoliczalny" tłum aktorów przedziwnie osobliwych w swoich osiemnastowiecznych kostiumach, których najwyszukańsze ozdoby i aplikacje są z pomysłu Jerzego Murawskiego, multiplikowane i po rokokowemu rozdęte, jesteśmy pewni, że po spektaklu zostaniemy uraczeni pokazem ogni sztucznych, ciesząc się z góry, że ta scena nosić będzie tytuł Oświecenie Torunia...

Przedtem jednak, z prawego korytarza, wejdzie na widownię, a potem na scenę, wyswobodzony z klatki, przebrany w mundur barona Münchhausena, Zdrowy Rozsądek. Trochę zmitrężony, wcale już nie smukły i nie cienki w talii. Przedtem postaci Münchhausena nie było, a raczej jego rolę grali po kolei prawie wszyscy, najczęściej Notariusz-Kapelmajster. Teraz Zdrowy Rozsądek w roli Münchhausena zaimprowizuje coś na kształt samokrytyki i wszem i wobec obwieści, że "zdrowy rozsądek nie wyprawi się na biegun południowy, nie wybuduje piramidy Cheopsa, nie napisze Don Kichota, nie skomponuje Requiem, nie zajrzy w najgłębszą otchłań czarnej dziury". Co powiedziawszy, wejdzie do złotej klatki ozdobionej liśćmi laurowymi (zjechała z nadscenia), aby wraz z nią wznieść się do teatralnego nieba, błogosławiąc "stare, dobre czasy".

Z powyższego wynika, iż Wojciechowi Szelachowskiemu udało się wyreżyserować cud w teatrze i prawdziwe, ekstatyczne prawie teatralne święto. Punktem wyjścia było nawiązanie do historii pewnego romantycznego (może preromantycznego?) gaduły, a potem wszystko potoczyło się wedle prawideł (czyli chaosu!) romantycznej formy otwartej. Szelachowski z mitem Münchhausena spotkał się po raz pierwszy w Białymstoku. W Toruniu była "odsłona druga". Reżyser myśli o kolejnym, trzecim spotkaniu. Żeby tylko znalazła się w nim rola dla Krzysztofa Zaremby...

Henryk Izydor Rogacki
Teatr
10 marca 2011

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia