Mur fredrowski

"Zemsta" - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

„Zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda", ale Rejent ręki nie podał, więc Bóg chyba też cofnie swoją dłoń. Wyjątkowo rozpoczynam od końca, bo jest on najciekawszym i najbardziej zaskakującym elementem całego przedsięwzięcia Sceny STU. Pojawia się pytanie, dlaczego Krzysztof Jasiński dokonał aż takiej modyfikacji treści, przeciwstawiając się Aleksandrowi Fredrze. Czyżby chciał toczyć spór z Fredrą o przysłowiowy mur?

Zakończenie tym bardziej zaskakuje, gdyż sztuka wyreżyserowana została w duchu fredrowskim – rewelacyjne kostiumy prosto z epoki, mur pośrodku sceny, scenografia, zawierająca atrybuty szlacheckie i symbole (np. stół – będący punktem, przy którym, bądź też na którym, rozgrywa się większa część akcji). Jasiński nie ingeruje również w tekst, podając widzom klasyczny ośmiozgłoskowiec. Akcja prowadzona dynamicznie, wartko z ogromnym ładunkiem komizmu, jak na wybitną komedię przystało. Wszystko jest poprawne, na miejscu, nie wykraczające poza ramy, generalnie nie ma się do czego przyczepić.

A jednak – zakończenie przynosi dezorientację i „zgrzyta" w perspektywie tego, co dostaliśmy do strawienia w ciągu dwóch godzin. Na twarzach widzów zamiera uśmiech, kiedy Rejent nie podaje dłoni Cześnikowi, czekamy w napięciu na happy end, ale nic takiego nie następuje, światła gasną, oklaski i nie mamy wątpliwości, że to na pewno jest „the end".

Nie potrzeba wielkiej filozofii, żeby skojarzyć to z polskimi realiami, gdzie zgoda jest towarem deficytowym. Zatem Jasiński świetnie przeniósł na scenę czasy szlacheckie i wszelkie przywary owego stanu, ale zakończeniem dramatu podkreśla zaczepienie sztuki w teraźniejszości, zostawia nas jednak z przygnębiającą refleksją, mimo komediowego gatunku.

Jednakże ta zakurzona lektura szkolna nie byłaby tak przystępna w odbiorze, gdyby nie praca wykonana przez ekipę aktorów Sceny STU – perfekcyjną, świetnie przygotowaną do ról, zgraną jako całość, bawiącą do łez. Postaci przez nich zbudowane są dalekie od kiczu i sztucznego przerysowania. Można odnieść wrażenie, że Jasiński dodał od siebie fredrowskim postaciom o wiele więcej pikanterii, erotyzmu, śmiałości, dwuznacznych gestów, spojrzeń. Rysuje się to wyraźnie w scenie, kiedy Klara leżąc na stole „uwodzi" i dręczy Papkina, czy oplata lubieżnie nogami Wacława. U Fredry przedstawiona jest jako niewinna niewiasta, u Jasińskiego – drapieżny kociak.

Z całej barwnej galerii zdecydowanie wyróżnia się postać Papkina i świetny w tej roli Łukasz Rybarski. Jego wykonanie, że się tak wyrażę, wokalno-instrumentalne utworu „Oj kot, Pani Matko, oj kot" – genialne bez dwóch zdań, czego nie można powiedzieć o aranżacji tego utworu przez Piotra Rubika, a którego to właśnie aranżacja stanowi całą oprawę muzyczną spektaklu. Natrętna melodia brzęczy jeszcze długo w głowie po wyjściu z teatru. Oglądam pana Rybarskiego w kolejnej z rzędu sztuce i muszę stwierdzić, że jeśli o role komediowe chodzi – na deskach teatru STU nie ma sobie równych.

Spektakl godny polecenia, dobra zabawa gwarantowana, generalnie jedna z nielicznych komedii jakie jestem w stanie przetrawić, a przy tej – wypada mi się uczciwie przyznać – bardzo dobrze się bawiłam. Gdyby tylko wyciąć ten „rubikowy" jazgot. „Oj Piotr, oj Piotr narobił mi w spektaklu tylko łoskot..." 

Monika Sobieraj
Dziennik Teatralny Kraków
25 marca 2015

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...