Musicalu nie da się zamordować

Rozmowa z Wojciechem Kościelniakiem

Podążając własną drogą, stworzyłem coś pomiędzy europejską operą i operetką a amerykańskim musicalem - mówi WOJCIECH KOŚCIELNIAK, reżyser, który przygotował premierę spektaklu "Bracia Dalcz i S-ka" w Teatrze im. J. Słowackiego.

Proszę się pochwalić, jak Panu poszła przed kilkoma dniami warszawska premiera "Kariery Nikodema Dyzmy"?

- Tfu, tfu, odpukać, chyba dobrze, skoro publiczność zgotowała nam owację na stojąco. Były uśmiechy i gratulacje.

Czyli znowu sukces?

- Nie mnie to oceniać, ale mam wrażenie, że się udało.

W Teatrze "Syrena" zrobił Pan musical wg Tadeusza Dołęgi -Mostowicza, dzisiaj [11.10] w Krakowie pokaże Pan premierę wg jego zapomnianej powieści "Bracia Dalcz i S-ka". Co spowodowało miłość do tej literatury?

- Przede wszystkim uważam, że proza Dołęgi-Mostowicza jest świetnym materiałem na scenariusz spektaklu muzycznego, bo jest to literatura przyjazna czytelnikowi, lekka, a jednocześnie mądra. Ten nośny tekst obliczony był na dużą liczbę czytelników, podobnie jak musical adresowany jest do większej ilości widzów. Tak jak "Kariera Nikodema Dyzmy" wydaje się materiałem oczywistym do przeniesienia na scenę muzyczną, bo też i Dyzmów nam nie brakuje, tak "Bracia Dalcz" idealnie wpisują się zarówno w formę musicalową, jak i w nasz świat zawładnięty przez pieniądze, szwindle ipo-dejrzane kariery.

Czy ta powieść brzmi aż tak współcześnie, że zechciał ją Pan przenieść na scenę?

- Niestety, tak. Mówię, niestety, bo sporo w niej bezpardonowej walki o schedę w rodzinnym biznesie, sporo malwersacji, nieuczciwości. Jak już kiedyś powiedziałem, w tej historii można się dopatrzyć historii o współczesnym człowieku. Człowieku, który zdecydował się na świat bez Boga, unieważniając dawne wartości w myśl zasady, że cel uświęca środki. Bohaterowie nowych czasów walczą o władzę bez skrupułów. Jednocześnie Dołęga-Mostowicz przełamuje schemat polskich bohaterów, którzy są szlachetni, ajed-nak na dłuższą metę nieskuteczni. Leczy polskie kompleksy i zaspokaja apetyt na krajowego supermana w światowej skali. Leczy, bo choć Dalcz jest gangsterem, to jednak trochę lepszym niż zagraniczni. Z jednej strony robi rzeczy, które każą stanąć przeciwko niemu, ale z drugiej - zaskarbia sobie sympatię in-teligencją, błyskotliwością i wdziękiem. Uwodzi też swoim tłumaczeniem mechanizmów rządzących światem. Myślę, że czas międzywojenny w polskiej literaturze jest niezwykle nośny, bo bardzo koresponduje z czasami współczesnymi.

Dlaczego?

- Wówczas odzyskaliśmy niepodległość, uwolniona została gospodarka, ale jednocześnie nadchodziło zagrożenie ze strony faszyzmu i komunizmu. My, dziś, też jesteśmy po odzyskaniu niepodległości po PRL-u, mamy rozmaite kryzysy gospodarcze i polityczne, a przyszłość nie jest taka bezpieczna, jak byśmy chcieli. Przemysłowiec tamtego czasu Paweł Dalcz rządzący się prawem brutalnego kapitalizmu odrzuca moralność jako sposób funkcjonowania we współczesnym świecie. Dalcz, podobnie jak Dyzma, obnaża brutalne mechanizmy światowej ekonomii i walki o władzę.

I już jesteśmy w domu.

- Motto naszego bohatera brzmi przewrotnie: "Świat chce być oszukiwany, niechże więc będzie, niech się łudzi".

Czy jest to także motto Pańskiego spektaklu?

- Zdecydowanie tak. To jest wręcz oś naszego przedstawienia. Bez zaufania do ludzi trudno byłoby żyć. Kiedy tracimy zaufanie, świat zaczyna nam się walić. Niedawnym przykładem jest choćby afera z Amber Gold. Ale ktoś, kto uderza w społeczne zaufanie, może też zrobić na tym karierę. Bycie imitacją doskonałości i perfekcji jest pomysłem na życie Pawła Dalcza. Niemal diabelską imitacją. A świat bez zaufania nie jest w stanie funkcjonować. I o tym jest między innymi opowieść Dołęgi-Mostowicza.

Ponoć zapowiada się wielki muzyczny fajerwerk?

- Oby tak było. Teksty piosenek napisał Rafał Dziwisz, muzykę skomponował znany krakowianom z "Ziemi obiecanej" Piotr Dziubek, choreografię przygotował Jarosław Staniek a scenografię i kostiumy Damian Styrna i Katarzyna Paciorek. Mam nadzieję, że publiczność dostrzeże w tym spektaklu i mroczne i jasne kolory. Że usłyszy znakomitą muzykę i zobaczy wspaniałe tańce.

Zamienił Pan Reymontowskich "Chłopów" w brawurowy musical, rozśpiewaną "Lalką" przypomniał, że żyjemy w świecie marionetek, a krakowską "Ziemię obiecaną" roztańczył i rozśpiewał, aż tchu brakowało - wciąż po głowie snuje się Panu musical, a nie dramat?

- To jest mój żywioł. Zostałem wychowany przez piosenkę aktorską - przez te drzwi wchodziłem. Nigdy jako aktor nie występowałem w prawdziwym musicalu, gdzie chociażby sposób śpiewu jest bardzo amerykański, inne jest podejście do muzyki.

Otrzymał Pan niedawno nagrodę specjalną miesięcznika "Teatr" w uznaniu dla stworzenia w Polsce nowej formuły musicalu. Czyżby zrewolucjonizował Pan musical?

- Nie, absolutnie nie czuję się rewolucjonistą, natomiast mam świadomość, że podążając własną drogą, stworzyłem coś pomiędzy europejską operą i operetką a amerykańskim musicalem. Formę, która jest oryginalna, polska.

Każdym spektaklem odnosi Pan sukces, czyli zna Pan przepis na dobry musical?

- Nie, nie znam. Na szczęście. Natomiast wiem, że na każdym materiale pracuje się inaczej i wciąż trzeba zaczynać odnowa. Rutyna w tej materii jest naszym wrogiem. Moje korzenie, z których wyrosłem, to teatr muzyczny i dramatyczny - staram się uczciwie robić to, co choć trochę potrafię i czego choć trochę się nauczyłem.

Nie tak trochę, Szanowny Panie, bo 15 lat bycia amantem wrocławskich scen, współpraca z Grzegorzewskim, Wajdą, Lupą czy Jarockim to było duże wyróżnienie...

- Czy ja aby na pewno byłem amantem? A mówiąc serio: od mistrzów brałem, ile się da i podglądając ich, zawsze chciałem być reżyserem. Zadebiutowałem "Hair" w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Do naszej debiutanckiej trójki należał też Leszek Możdżer i Jarek Staniek. Praca była mordercza, ale my byliśmy jej zgłodniali.

Reżyser, który nawet z książki telefonicznej zrobi musical - tak mówią o Panu życzliwi, nie zawistni...

- Jeśli człowiek kocha to, co robi, robi to nie najgorzej. W aktorstwie nie czułem się spełniony, choć grałem bardzo interesujące role. Kiedy oglądałem kolegów na scenie, zawsze podobali mi się bardziej od tego, co ja na tejże scenie robiłem. Od kiedy pojawiła się szansa reżyserowania, poczułem, że to jest mój świat, że tak chcę czytać jego barwy poprzez własny reżyserski charakter pisma. Teatr muzyczny to moje zabawki, moje klocki.

Mógł Pan mieć "własny" teatr, gdyby nie odrzucił Pan niedawnej propozycji objęcia dyrekcji Teatru Muzycznego w Gdyni...

- To prawda. Przez kilka lat byłem dyrektorem Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu, a więc znam smak sukcesu i porażki. Znam swoje zalety, ale też wady. Noszono mnie na rękach i dostawałem tęgie lanie. Jedno i drugie mnie wzbogaciło, ale sądzę, że porażki uczą więcej, szybciej się po nich dojrzewa. I łatwiej zobaczyć u siebie pychę czy butę. Wierzę, że mam jej zdecydowanie mniej. Krótko mówiąc: nie sądzę, by dyrektorowanie było tym, co lubię i potrafię robić najlepiej.

Na szczęście nie sprawdziło się podejrzenie, że jest Pan mordercą musicalu!

- Nie byłem, nie jestem i nie będę. Mam nadzieję. Musicalu nie da się zamordować, jest zbyt wielkim, wspaniałym zjawiskiem, a ja jedynie szukam jego polskiej drogi.

Którą powieść rozśpiewa Pan w najbliższym czasie?

- Po odpoczynku szykuje się moja krótka przygoda z łódzką "filmówką", a dużym projektem będzie "Zły" wg Tyrmanda i być może "Zaklęte rewiry". Najbliższe dwa sezony mam zaplanowane.

Za co Pan kocha teatr, w którym z taką miłością Pan pracuje?

- Poprzez teatr najłatwiej komunikuję się ze światem: bardziej wnikliwie. Ale to, co jest w nim najbardziej fascynujące, to fakt, że nigdy się go nie nauczę. Powiedzieć, że nauczyłem się teatru, to powiedzieć: nauczyłem się żyć. Magia życia i magia teatru są nie do nauczenia.

***

"BRACIA DALCZ I S-KA"

 Premiera spektaklu "Bracia Dalcz i S-ka" odbędzie się dzisiaj (11 października) o godz. 19 w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

 Wojciech Kościelniak-reżyser, pedagog, aktor. Absolwent PWST im. L. Solskiego w Krakowie -wydziały zamiejscowe we Wrocławiu. Od IV roku studiów występował na scenach teatralnych. Od 1995 roku zajmuje się reżyserią muzycznych spektakli teatralnych, koncertów piosenki aktorskiej oraz widowisk telewizyjnych. W latach 2002-2006 dyrektor Teatru Muzycznego Capitol, w roku 2006 dyrektor artystyczny 27. Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Wielokrotnie nagradzany za nowatorstwo w spektaklach muzycznych opartych na literaturze klasycznej. Nazywany Warlikowskim i Lupą teatru muzycznego, co nie przewróciło mu w głowie.

Jolanta Ciosek
Dziennik Polski
14 października 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia