Muzyczny wehikuł czasu

"Naprawdę nie dzieje się nic.." - reż: T. Konina - Teatr im. Kochanowskiego w Opolu

"Naprawdę nie dzieje się nic... czyli piosenki z Opola" w reżyserii Tomasza Koniny w Teatrze im. Kochanowskiego w Opolu to wydarzenie muzyczne, które ma odświeżyć pamięć odbiorcy o najważniejszych polskich przebojach ostatnich dekad. Prosto z amfiteatru na deski teatru trafiają legendarne festiwalowe utwory w interpretacjach opolskich aktorów

Platformą dla wykonania pond pięćdziesięciu (!) piosenek stała się hala główna opolskiego dworca PKP. Pieczołowicie przygotowana scenografia, odzwierciedlająca najważniejsze szczegóły tego miejsca, robi duże wrażenie. Na scenie możemy zobaczyć kasy biletowe, okienko informacji, biuro rzeczy znalezionych, stoisko prasowe, biuro dyżurnej ruchu oraz kawiarnię.. To tu, na dworcu, przy szklaneczce mocniejszego trunku znajdują schronienie mieszkańcy, poszukujący wytchnienia w mieście pełnym samotności. Na pomoc i dobrą radę zawszę mogą liczyć także zagubieni przyjezdni, którzy przez przypadek trafiają do Opola. Cała przestrzeń sceniczna jest odpowiednim miejscem ukazującym upływający czas i swoisty mikrokosmos, jaki tworzą mieszkańcy tego muzycznego miasta. Tętniąca życiem poczekalnia staje się pretekstem do opowiedzenia historii ludzi, żyjących w czasach przemian społecznych, politycznych i ekonomicznych.

Na scenie pojawia się wiele postaci. Każda z nich posiada swoją skomplikowaną historię, o której publiczność dowiaduje się wraz z rozwojem kolejnych scen. Poznajemy uciekającą pannę młodą, grajka mieszkającego i zarabiającego na dworcu, młodą kobietę w ciąży, która szuka ojca dla swego dziecka, zakochanego chłopaka z bukietem kwiatów poszukującego anioła, który podobno ukazał mu się właśnie w Opolu, pracowników stacji, salonu prasowego i kawiarni. Ta różnorodność postaci ożywia fabułę, więc na scenie bezustannie sporo się dzieje. 

Reżyser i aktorzy stanęli przed nie lada wyzwaniem. Krótka forma teatralna, jaką jest piosenka i zmierzenie się z festiwalowymi przebojami niestety przerosła część aktorów. W spektakl zaangażowana była prawie całe ekipa teatru opolskiego i tu pojawia się pierwszy problem. Większość z nich nie posiada odpowiednich warunków głosowych, by sprostać poziomowi hitów polskiej muzyki rozrywkowej. Widoczna była ciężka praca, którą aktorzy włożyli w role, jednak bez umiejętności wokalnych trudno jest sprostać utworom, m. in. Agnieszki Osieckiej, Marka Grechuty, Wojciecha Młynarskiego, Jeremiego Przybory czy Grzegorza Ciechowskiego. Obronili się tylko wokalnie uzdolnieni aktorzy, którzy autorsko zinterpretowali utwory. 

Ratunkiem na niedociągnięcia wokalne części aktorów mogła być także ciekawa i spójna fabuła, która pomogłaby spojrzeć na wykonania utworów z większym dystansem. Jednak chęć stworzenia monumentalnego widowiska zemściła się na wszystkich twórcach. Blisko trzygodzinny spektakl razi brakiem logiki w wyborze utworów, niespójnymi dialogami i choreografią, która mogła być o wiele lepiej dopracowana. Dobór utworów w poszczególnych momentach był wręcz zaskakujący. Dialogi rzadko miały coś wspólnego z tekstami wykonywanych piosenek, na których przecież miał opierać się cały spektakl. Celem reżysera było stworzenie \'grającej przestrzeni\', która tętni życiem anonimowych podróżnych oraz opowiedzenie zwykłych historii w niezwykle muzyczny sposób. Jednak chęć pokazania wszystkiego sprawiła, że zamiast muzycznego widowiska powstał nieporadnie zszyty zlepek piosenek i niepasujących do siebie sytuacji. 

Jeżeli spojrzeć na cały spektakl fragmentarycznie, to odnajdujemy kilka ról, które warte są wyróżnienia. Należy na początku wymienić wspaniałą Grażyna Misiorowską, grającą Panią bufetową \'do tańca i do różańca\', która zgrabnie kokietuje swych klientów. Plusem był widoczny dystans aktorki do swojej roli i zabawa graną postacią. To samo można powiedzieć o Judycie Paradzińskiej. Swoim cudownym, zachrypniętym chwilami głosem dodała w uroczy sposób polotu wyśpiewanym przez siebie piosenkom. Pojawia się też nestorka opolskiej sceny, Zofia Bielewicz w poruszającej roli Pani Basi obsługującej toalety. Jej wykonanie „Ech Mała” Maryli Rodowicz oraz „Tomaszów” Ewy Demarczyk zabiera widzów w podróż po torach jakże skomplikowanego życia. Energia i pasja, jaką wkłada w każdą swoją rolę, jest godna podziwu. Oczywiście nie można także pominąć finałowej piosenki w wykonaniu Grażyny Rogowskiej, która zaśpiewała utwór Edyty Gepert „Jaka róża, taki cierń”. Zniewalający głos aktorki oraz wielka siła i ekspresja wykonania poraziła wszystkich widzów. Rogowska, królowa emocji, znów powaliła na kolana. Zdecydowanie jej występ stał się niekwestionowaną perełką spektaklu. 

Zorganizowany z dużym rozmachem, wymagający od zespołu ogromnego zaangażowania spektakl Koniny, niestety, nie jest satysfakcjonujący. Owszem, ogrom pracy włożonej w przygotowanie tego wydarzenia jest bardzo widoczny i godny podziwu, lecz nie odbija się to na jakości całego przedsięwzięcia. Zabrakło dopracowania szczegółów fabuły, dokładniejszej selekcji utworów i troszkę innego podejścia do samego wydarzenia.

Katarzyna Majewska
Dziennik Teatralny Opole
31 grudnia 2011

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...