Muzyka, emocje – i co dalej?

„Schubert. Romantyczna kompozycja ..." - reż. Magda Szpecht - Teatr im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu

Na koniec dziwnego, grudniowego dnia docieramy na dużą scenę Teatru Łaźnia Nowa. Boska Komedia trwa, na dworze taki mróz, że paruje oddech, a kiedy wchodzimy na widownię, miejsc szukamy w oparach dymu. Aktorzy są już na scenie i siedzą w rogach sceny. Reżyserka Magda Szpecht za chwilę opowie coś o Schubercie i coś o muzyce. Za chwilę przed nami „Schubert. Romantyczna kompozycja na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy".

Siadamy na miejscach wokół wielkiej przestrzeni, która ograniczona jest jasnobrązowymi bryłami, różnej wysokości. Są też trzy, długie, niskie konstrukcje, wypełnione wodą. W lewym rogu kwadratowy domek z nutami na stojakach, pełen światła. W przeciwległej części sceny, na dwóch bryłach, leżą dwie wiolonczele. Dym powoli zaczyna znikać i odsłania wszelkie „techniczne" elementy ścian sali teatralnej. Po chwili – niemal niezauważalnie – zaczyna się ruch.

Rozproszeni aktorzy podchodzą w różny, nieoczywisty sposób do wyeksponowanych instrumentów. Poruszają się parami, są skupieni, ale mają w sobie pewną lekkość. Ich stroje tworzą kolorowe, głównie sportowe ubrania. Postaci wyraźnie odróżniają się też od siebie wiekiem i budową ciała. Kiedy cała grupa dociera, aktor grający Schuberta zapowiada utwór. Wtedy czwórka aktorów (ubrana w fartuchy w stalowym kolorze) wstaje i podchodzi do instrumentów. Zaczynają grać utwór, który złożony jest właściwie z dźwięków, wydobywanych nie tylko za pomocą smyczków, ale poprzez np. obstukiwanie instrumentów. Fascynujące jest to, ile dźwięków można wydobyć z jednej wiolonczeli.

Spektakl jest bardzo „teatralny" – wiele jest tu ruchu, który obejmuje całą przestrzeń, elementów tanecznych, działania ciałem. Nie wiadomo jednak do końca, co to wszystko ma oznaczać. Jest to swego rodzaju „impresja na temat" Schuberta i emocji, zawartych w muzyce oraz opisywanych na kartach dziennika. Wyświetlane na ekranach fragmenty dziennika są jednak tylko pewną wskazówką. Głównym wyznacznikiem poziomu emocji jest muzyka. Aktorzy dają się jej ponieść, niezależnie od wieku. Tym samym symbolicznie splatają się na scenie życie i śmierć, radość i smutek, miłość i rozstanie, pożądanie i odrzucenie.

Rola muzyki jest tutaj nie do przecenienia i momentami można nawet zapomnieć, że na scenie są aktorzy. Kwartet smyczkowy zabiera nas w daleką podróż do wnętrza kompozytorów (Schuberta i Blecharza). Muzyka gra tu (dosłownie!) pierwsze skrzypce i nie wiadomo, czy jest to koncert, spektakl, a może swego rodzaju performens? Kolorowo ubrani aktorzy nie mówią prawie nic. Grają świetnie, ich ruchy są dopracowane – nie ma tu nic niepotrzebnego.

Szpecht sprawia, że widz jest jednocześnie zafascynowany i zagubiony. Nie wiadomo, jak potraktować „Schuberta...". Niejasne jest, jaki był zamysł całości i czy ta czteroczęściowa opowieść odnosi się do tego, że sztuka nas bawi, cieszy, ale też pomaga przetrwać trudne chwile? Może też o tym, że muzyka łączy i znosi podziały, ponieważ przenosi nas na pewien poziom abstrakcji? Kiedy siedziałam w foie, czekając na spektakl, jeden z obcokrajowców zapytał drugiego o opinię na temat jakiegoś spektaklu festiwalowego, z którego właśnie wracają. Ten drugi odpowiedział mu: „Actually... it was very interesting". I dokładnie to można powiedzieć o dziele młodej reżyserki.

Spektakl pokazywany w ramach 9. Festiwalu Boska Komedia w Krakowie

 

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
22 grudnia 2016
Portrety
Magda Szpecht

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia