Muzyka przesłoniła wszystko

25. Festiwal Mozartowski w Warszawie

Wasyl Wowkun, reżyser ostatniej premiery w Warszawskiej Operze Kameralnej, przygotowując nową realizację "Wesela Figara" Mozarta, nie wyszedł poza zgraną już w teatrze operowym konwencję kostiumowej komedyjki, w której na scenie główne role grają listy, przebieranki, skrywane za wachlarzami twarze, a całe to romansowe zamieszanie zwieńczone jest obowiązkowym małżeńskim happy endem i odśpiewanym chórem ansamblem w finale.

Reżyseria jest tu można powiedzieć bardziej niż powściągliwa, by nie rzec zwyczajnie poczciwa (co może dziwić, zważywszy na iście hiszpański anturaż wykorzystany w kolorystyce przestrzeni i w kostiumach niczym z szalonej fiesty), dlatego ten martwy w sensie inscenizacyjnym spektakl mogą uratować tylko śpiewacy. A z tym jest, niestety, różnie. Jeśli już na scenie pojawiają się jakieś reżyserskie pomysły, to należy na nie od razu spuścić zasłonę milczenia. Szkoda tylko, że soliści, z samozaparciem godnym lepszej sprawy, te niczym nie umotywowane koncepty realizują. Lista takich reżyserskich sztuczek i rozwiązań sytuacyjnych "od czapy" pewnie nie byłaby taka długa, ale z racji ich miałkiej wartości artystycznej i niejasnego związku z akcją sceniczną nie warto się nad tym pochylać. Przebranie śpiewaczek w falbaniaste suknie, czy uzbrojenie panów w akcesoria rodem z corridy, jest tutaj pustą maskaradą, która ani niczego nie dopełnia w sensie rozgrywanych zdarzeń, ani nie dookreśla postaci dramatu. Szkoda, że lwowski reżyser nie potrafił uruchomić logicznego przebiegu ruchu scenicznego i scalić go z trudnymi partiami wokalnymi, nie podkreślił związku znakomitej muzyki z nie mniej znakomitym librettem Lorenza da Ponte, zainspirowanym komedią Pierre'a Beaumarchais, w którym tak jak w życiu śmiech waży tyle samo, co smutek i łzy. Być może wtedy udałoby się wszystkim artystom stworzyć pełnokrwiste postaci zbudowane z takich emocji jak samotność, zazdrość czy pragnienie odwetu.

Zatem największe wymagania wykonawcom postawił sam kompozytor, którego muzyka wymusza opanowanie techniki wokalnej znacznie wykraczające poza czysto wirtuozowskie popisy na operowej estradzie. Od razu powiedzmy szczerze, że nie wszystkim solistom udało się tym wymaganiom sprostać. Mało wyraziste są na przykład postaci Hrabiego i Hrabiny wykreowane przez Piotra Halickiego i Annę Wierzbicką. O ile Halicki jeszcze próbuje nadać swemu bohaterowi jakiś indywidualny rys, choć zupełnie pozbawiony despotyczności czy zaborczości, Wierzbicka poprzestaje na obnoszeniu swojego nieszczęścia w sposób bardziej niż posągowy. Dużo lepiej i swobodniej, z właściwym bohaterom emocjonalnym oddaniem, zaprezentowali się zarówno głosowo jak i wokalnie Grzegorz Żołyniak w partii Figara i Sylwia Krzystek w roli Zuzanny. Dotrzymywał im kroku w roli Cherubina Michał Sławecki, który wprowadził na scenę sporo figlarnego humoru słownego i sytuacyjnego, pełnego bezpretensjonalności i lekkości. I w zasadzie tylko owa trójka artystów, poza dużą swobodą wokalną, pokazała również sceniczne obycie i łatwość nawiązywania kontaktu z partnerem.

Zbigniew Graca poprowadził orkiestrę poprawnie, dając dowody sporej intuicji artystycznej. Przygotowanie muzyczne całości można określić jako stylowe i zagrane w dobrych tempach. Bardzo pięknie i dynamicznie brzmiały zwłaszcza ansamble, szczególnie ten kończący akt drugi, które autor "Czarodziejskiego fletu" ukochał sobie najbardziej.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
29 lipca 2015

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia