My nie z Czartoryskich, Potockich ani Radziwiłłów

Rozmowa z Wojciechem Kościelniakiem

„Chłopi" są genialni dlatego, że nic tu nie jest jednoznaczne. Nie możemy użyć jednego klucza: tu dobry, tu zły, tu czarny, tu biały. Jednocześnie każda postać jest jakaś. Choćby Kowal, który knuje, działa na niekorzyść głównych bohaterów, ale na końcu to on stawia sobie młyn, dochodzi do czegoś. To jest ta osoba, która w tej wsi zrobi karierę, to on będzie dalej budował Polskę. To dziwne i smutne, że wielkie, piękne państwa i miasta budowane są na krwi i ludzkiej krzywdzie, ale tak mówi historia. Choćby Wenecja, najpiękniejsze miasto na świecie, zbudowana jest z wypraw łupieżczych. To strasznie niesprawiedliwe. Często dzieci takich Kowali są już bardzo dobrymi ludźmi. Losy ludzkie są bardziej skomplikowane i nie da się palcem wskazać i ocenić: zły albo dobry. Takie wartościowanie się nie sprawdza.

Piotr Wyszomirski: Po raz kolejny otwiera pan scenę w Teatrze Muzycznym, po otwarciu Nowej Sceny przyszedł czas na Dużą. Czy jest to rodzaj jakiegoś dodatkowego obciążenia, wyróżnienia, czy w jakikolwiek sposób wpływa na pracę, czy jest to coś wyjątkowego?

Wojciech Kościelniak: Wyjątkowego na pewno tak. Jednak nie odczuwam tego jako dodatkowy stres, ale raczej jako specjalne okoliczności. Traktuję to jako rodzaj wyróżnienia i zaufania ze strony nieżyjącego już dyrektora Maćka Korwina. Pewien stres wynika z czego innego: wszyscy musimy się nauczyć nowej maszynerii, jaką dysponuje po przebudowie Teatr Muzyczny. Nie jest to najłatwiejsze, ale dajemy jakoś radę.

„Chłopi" w Teatrze Muzycznym mają dość długą historię. Proszę ją pokrótce przypomnieć.

Kiedy doznałem „oświecenia", że mamy w Polsce literaturę, którą można realizować na scenie teatru muzycznego,  zaczęły padać propozycje: „Lalka", może „Ferdydurke", może „Chłopi", ale  ten ostatni tytuł został odrzucony przez dyrektora. Jednak po „Lalce" Maciej Korwin zadecydował, że robimy „Chłopów". To mnie ogromnie ucieszyło, bo uważam, że jest to materiał absolutnie genialny.

Jak pan przygotowywał się do wystawienia? Gdzie pan szukał inspiracji: Film Rybkowskiego, to na pewno, ale co jeszcze?

Są dwa źródła, po pierwsze książka, po drugie genialny film Rybkowskiego, szczególnie serial, który pozwalał na dłuższy kontakt z postaciami. Film starał się bardzo wiernie oddać wartości zawarte w książce, jednak sama powieść Władysława Reymonta to absolutnie zasłużona Nagroda Nobla. Konstrukcja postaci, wątków, sposób w jaki losy ludzkie wiążą się z przyrodą, sposób opowiadania o wszystkim, co jest współczesne i nieprzemijające są niezwykłe. To pełny, harmonijny świat, z wszystkimi jego konsekwencjami. Tu jest człowiek w pełnym spektrum.  Styl powieści jest nośny, dialogów się po prostu słucha. Możemy się wzorować na dialogach amerykańskich,  ale one dotykają innych miejsc. Kiedy Antek złości się na Hankę, trafia bezpośrednio do serca, a nie poprzez mózg. Ten tytuł to wielka szansa i cieszę się, że mogłem go zrealizować.

W Polsce funkcjonowało kiedyś takie powiedzenie: Wszyscy panowie wyjechali do Londynu. Mit chłopski, miejsce kultury wiejskiej w kulturze polskiej jest ciągle wstydliwe chowane, a przecież większość Polaków pochodzi właśnie ze wsi... Chłop to określenie wstydliwe, to siara, paździerz, wiocha. Młodzi wstydzą się swego pochodzenia, widzimy to także na Kaszubach. Jakie chłopstwo zobaczymy u pana? Jaką polskość?

Reymont powiedział, że raczej nie pochodzimy od Czartoryskich, Potockich, czy Radziwiłłów. Polacy, zwłaszcza po II wojnie światowej, po Katyniu, po innych odsianiach naszej inteligencji,  w większości pochodzą ze wsi, do czego niechętnie się przyznajemy. Kiedy doszukujemy się naszych korzeni, chętniej znajdowalibyśmy przodków wysokiego rodu, koligacji,  ale prawda jest inna. Reymont mówił, że nie ma się czego wstydzić, bo to po prostu jesteśmy my, ani to dobre, ani złe. Postrzegam wieś Lipce, która pomimo jej brutalności ma też piękne cechy, jako po prostu tę część Europy.

Chciałbym byśmy mogli w bohaterach „Chłopów" odnaleźć istotę polskości i powód do dumy. Jednak polskość to też nasze wady, pieniactwo, porywczość, zazdrość, zawiść, brak empatii, nieoglądanie się na innych ludzi. Z drugiej strony to też współczucie, dbanie o rodzinę. To grzechy i zalety. Tacy jesteśmy. Nie jest sztuką zebrać same pozytywne cechy i zaprząc je do zrobienia musicalu, ale sztuka polega na tym, żeby wziąć pełnego człowieka z jego wadami i zbudować z tego coś ciekawego, co się udało np. Sienkiewiczowi w „Potopie", bo pijanica i obżartuch Zagłoba jest całkiem sympatyczną postacią, która możemy się pochwalić. Porywczy Kmicic też jest ciekawym bohaterem.

Reymont to słynne opisy pejzaży – piękno języka i zmora, niegdyś, uczniów i polonistów. Jak ten element przełożył pan na język sceny?

Opis przyrody może zająć pięć stron, a często można to pokazać jedną fotografią. Od razu mówię, że fotografii nie będzie, tak łatwo nie poradzimy sobie z tym problemem, ale wierzę że udało nam się zachować ducha reymontowskich opisów. Nie możemy zajmować widzów długim opisem, bo teatr i musical ma swoje prawa. Musimy też odróżnić teatr dramatyczny od teatru musicalowego. W teatrze dramatycznym wyobrażam sobie ośmiogodzinny spektakl pt. Chłopi, który trafia do naprawdę awangardowego widza, gdzie przepiękne opisy przyrody trwają 10 minut. W teatrze muzycznym robimy to środkami właściwymi dla teatru muzycznego. Nie możemy oddać wiernie tego, co jest w książce, nie możemy tak operować czasem, jak książka, ale jeśli ktoś będzie chciał odnaleźć ekwiwalent opisu,  odnajdzie go.

Cieszyłbym się, gdyby ludzie zaczęli czytać „Chłopów", to jest świetnie napisana książka i nie trzeba bać się długich opisów, bo one są właśnie piękne, bez przesadnego pudrowania, bez gnania do przodu za „fabułką". Trzeba się tylko wyluzować i zwolnić tempo. Gdyby przedstawienie stało się wstępem do przeczytania książki, bardzo bym się cieszył.

Czy będą wszystkie elementy stylu Kościelniaka? Choćby wieloznaczne postaci, tajemnica – cokolwiek z tego pasuje do „Chłopów", z czego pan zrezygnował?

Chciałem odczytać te postaci tak, jak są napisane, niejednoznacznie. Jagna nie była osobą tylko skrzywdzoną, ani też tylko złą. Była wrażliwsza pod wieloma względami, a ta wrażliwość przekładała się na jej seksualność. A że była nieprzeciętnej urody, więc  milion propozycji też i swoje zrobiło. To jeszcze nie świadczy o tym, że była zła. Jednocześnie wiele opisanych sytuacji mówi o tym, że była absolutnym samolubem w jednych kwestiach, w innych miała szczodre serce – nikt tak jak ona nie dbał o biednych. „Chłopi" są genialni dlatego, że nic tu nie jest jednoznaczne. Nie możemy użyć jednego klucza: tu dobry, tu zły, tu czarny, tu biały. Jednocześnie każda postać jest jakaś. Choćby Kowal, który knuje, działa na niekorzyść głównych bohaterów, ale na końcu to on stawia sobie młyn, dochodzi do czegoś. To jest ta osoba, która w tej wsi zrobi karierę, to on będzie dalej budował Polskę. To dziwne i smutne, że wielkie, piękne państwa i miasta budowane są na krwi i ludzkiej krzywdzie, ale tak mówi historia. Choćby Wenecja, najpiękniejsze miasto na świecie, zbudowana jest z wypraw łupieżczych. To strasznie niesprawiedliwe. Często dzieci takich Kowali są już bardzo dobrymi ludźmi. Losy ludzkie są bardziej skomplikowane i nie da się palcem wskazać i ocenić: zły albo dobry. Takie wartościowanie się nie sprawdza.

W „Chłopach" tajemnica i złożoność jest inaczej skonstruowana niż w „Lalce". I tu są zdarzenia niełatwe do zinterpretowania. Tej wieloznaczności staram się nie brać z siebie, ale z powieści. Wprowadzanie takich postaci i wątków jest jednym ze sposobów, by opowiedzieć to, co niewypowiedziane. Autor ma czas, by opowiedzieć coś na kilkuset stronicach, ja nie mam takiego czasu. Nie traktuję tego jako mój znak firmowy, ale jako chęć „dogonienia" autora, sprostania wyzwaniu. Element narracyjny, jakim jest otwarta przestrzeń,  jest podyktowany pragmatyzmem, tu chodzi o to, by zdarzenia mogły łatwo po sobie następować. Kiedy zabudujemy tę przestrzeń ciężkimi elementami scenografii, musimy już w niej tkwić. To jest możliwe w teatrze dramatycznym, gdzie aktorzy nie tańczą i nie śpiewają.Nawet najlepsza scenografia sama w sobie robi wrażenie przez minutę, później już nie, dlatego staram się zapełniać scenę ludźmi i emocjami.

Czy to ostatnia taka produkcja w Polsce?

Żyjemy w czasach, w których ma znaczenie, ile co kosztuje. Cudownie, że Maciej Korwin tak to zaplanował, by dać szansę nie tylko wszystkim aktorom, ale też najzdolniejszym studentom i że pozwolił na tak ogromną obsadę. Dzięki temu to przedstawienie nie jest tylko opisem zdarzeń, ale ma też szansę stać się spektaklem  o pewnej zbiorowości, która tworzy swój hermetyczny, własny świat.

Ciągle pan zaskakuje i oszałamia wręcz wyborami: „Frankenstein", „Halo szpicbródka", „Operetka", „Chłopi" i wreszcie „Mistrz i Małgorzata". Czy udaje się panu w każdym przypadku realizować założenia artystyczne „trzeciej drogi"? Czy są jakieś granice dla Wojciecha Kościelniaka – np. możliwe byłoby wystawienie „Stu lat samotności"? Dawno nie zrealizował pan czegoś z kanonu wystawienniczego, nie ciągnie pana do klasyki teatru muzycznego, opery? Wiem, że odrzucił pan propozycję dyrektora Weissa z Opery Bałtyckiej, ale czy opera może wrócić w planach? No i film oraz podbój świata...

Propozycja Marka Weissa padła za blisko „Lalki", później zaczęliśmy rozmawiać i nie jest tak, że absolutnie to odrzucam.

Mam takie poczucie, że kiedy biorę się za rzeczy, które nie do końca znam albo nie odnajduję ich w sobie,  one stają się w większym lub mniejszym stopniu kłamstwem. Jako zawodowiec umiem oczywiście określić kiedy i jakie emocje ma zagrać aktor. Jednak powstaje pytanie, czy potrafię amerykański musical zrobić lepiej niż Amerykanie? Chodzi mi o rozumienie amerykańskiej kultury. Jeśli Afroamerykanin wyjdzie na scenę i zaszaleje, to jest w ich kulturze, w ich krwi, to jest piękne i jest się czym fascynować. Ja mogę być tylko echem. Natomiast jeśli chodzi o „Chłopów", chętnie bym stanął w szranki. W tym przypadku nie mam, przynajmniej na wstępie, poczucia, że zrobię to na pewno gorzej. Dookoła nas są fantastyczne rzeczy, tylko my ich często nie chcemy zobaczyć, albo nie potrafimy ich zobaczyć w takim blasku, jaki one mają szansę mieć. Nie chcę powiedzieć, że to, co polskie, jest dobre, a zagraniczne złe. Próbuję tylko znaleźć taki klucz, który byłby mój, w którym mógłbym się odnaleźć w silny sposób. Gdybym miał kiedyś możność zrobić coś Tomasza Manna, chętnie bym się tego podjął, bo czuję, że to jest w jakiejś mierze moje, mimo że nie polskie, podobnie Hermanna Hessego i innych.

Nie wiem, czy to co robię łatwo sprzedałoby się na Zachodzie. W wielkich światowych realizacjach przywiązuje się większą wagę do technologii,  to bardziej show, fabuła schodzi na dalszy plan. Nie bardzo chciałbym się tego podjąć, bo  przedsięwzięcia, w których gdzie ginie człowiek, przestają mnie interesować. To już jest fabryka, zarządzanie masą. Jest pewna granica w wielkości, za którą jest już tylko zbiorowość.

Dlaczego odrzucił pan propozycję zostania dyrektorem Teatru Muzycznego w Gdyni?

Ta propozycja była dla mnie bardzo miła. Gdybym rozważał podjęcie funkcji dyrektora, byłby to właśnie ten teatr. Odmówiłem, bo pobyt we Wrocławiu jako dyrektora uzmysłowił mi, że  ja po prostu nie chcę pełnić tej funkcji. Nie umiem  być jednocześnie dyrektorem teatru i reżyserem, to są bardzo różne formy obcowania z ludźmi. Dyrektor ma bardzo smutne obowiązki,  to jest często odmawianie ludziom, bycie dla nich bardzo surowym. Reżyser też musi być czasem surowy, ale w tym jakoś funkcjonuję, natomiast nigdy się nie przyzwyczaiłem do tego, że muszę kogoś zwolnić z pracy. Zrobiłem to wielokrotnie, ale boli mnie to do dzisiaj. Wiem, że z punktu widzenia podatnika, dyrektora, taka decyzja może być rozsądna, ale też wiem, że ten ktoś mi zaufał. To są konflikty, stosy dokumentów. Reżyseria zabiera mi cały czas, siłą rzeczy coś byłoby kosztem czegoś. Nie można robić dwóch rzeczy naraz zachowując uczciwość. Przyjęcie tej propozycji byłoby bardziej zaspokojeniem próżności niż stworzeniem dobrego czasu temu teatrowi. Nie widzę siebie jako genialnego dyrektora, tam są potrzebne cechy, których ja nie mam. Ponadto jestem mocno wrośnięty rodzinnie we Wrocław. Musiałbym zostawić rodzinę i być tutaj sam, a tego bym nie chciał. Jednak samą propozycję odbieram jako wielki zaszczyt.

Dziękuje za rozmowę

Dziękuję.

Wojciech Kościelniak (ur. w 1965 r. we Wrocławiu) - reżyser, pedagog, aktor. Absolwent PWST im. L. Solskiego w Krakowie, Wydziały Zamiejscowe we Wrocławiu. Od IV roku studiów występował na scenach teatralnych (Teatr im. C.K. Norwida w Jeleniej Górze, Teatr Polski we Wrocławiu). Od 1995 r. zajmuje się reżyserią muzycznych spektakli teatralnych, koncertów piosenki aktorskiej oraz widowisk telewizyjnych.
W latach 2002-2006 dyrektor Teatru Muzycznego CAPITOL. W roku 2006 dyrektor artystyczny 27. Przeglądu Piosenki Aktorskiej.
Współpracował z Teatrem Muzycznym w Gdyni, gdzie wyreżyserował spektakle, które zyskały miano wydarzeń kulturalnych w skali kraju – musical „Hair" oraz trans-operę „Sen Nocy Letniej". Od tamtej pory identyfikuje się z niezależną inicjatywą twórczą PUB 700. Dla twórców, których ścieżki spotkały się Gdyni, PUB 700 oznacza nowe myślenie o teatrze muzycznym, poszukiwanie „trzeciej drogi", próbę wypełnienia luki pomiędzy klasyczną operą czy operetką a typowym broadwayowskim musicalem.
Razem z artystami, którzy wraz z nim przenieśli się z Gdyni do Wrocławia zrealizował widowisko „Kombinat" na podstawie utworów Republiki (Gala 23. Przeglądu Piosenki Aktorskiej, 2002), „Operę za trzy grosze" Brechta/Weilla (premiera 2002, nagroda dla najlepszego spektaklu na 2. Festiwalu Teatrów Muzycznych Gdynia 2009), show muzyczny „Gorączka" na podstawie przebojów Elvisa Presleya (na zlecenie TVP z okazji jubileuszu 40-lecia wrocławskiego ośrodka Telewizji Polskiej), „Mandarynki i pomarańcze" – poezję Juliana Tuwima z muzyką Leszka Możdżera (Gala 24.Przeglądu Piosenki Aktorskiej, 2003) – dzięki transmisjom telewizyjnym znane nie tylko publiczności wrocławskiej, „West Side Story"  Bernsteina (premiera 25. PPA, 2004) oraz „Galerię" – piosenki Jacka Kaczmarskiego (wydarzenie 25. PPA) i „Scat, czyli od pucybuta do milionera" z muzyką Leszka Możdżera (prapremiera 2005) – pierwszy na świcie musical bez słów. Wyreżyserował musical o św. Franciszku – „Francesco" – w Teatrze Muzycznym w Gdyni  (2007), „Ferdydurke" w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu (2008) oraz obsypaną nagrodami „Lalkę" w Teatrze Muzycznym w Gdyni (2010).
Wymyślił i zrealizował Koncert Galowy 30. Jubileuszowego Przeglądu Piosenki Aktorskiej, zatytułowany „Gra szklanych paciorków".

 

Piot Wyszomirski
Pomorze Kultury
9 września 2013

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski