Mycie krocza?

Pogarda do siebie nie jest moim ulubionym stanem.

Oczom nie wierzyłem, kiedy w trzech relacjach z mojego "Otella" wyczytałem, że Desdemona została pokazana w upokarzającej scenie mycia krocza. Jedna z recenzentek stwierdziła nawet, że to nie tylko postać, ale i wykonującą jej partie śpiewaczkę poddałem owemu upokorzeniu.

Widziałem w teatrach dramatycznych różne drastyczne sceny, a i w operach, szczególnie niemieckich, reżyserzy posługują się skandalem obyczajowym, by podkreślić jakąś bulwersującą sytuację, lub wyrazić swoje emocje w danej scenie dosadniej, niż to kompozytorowi w zamierzchłych czasach się śniło. Często stosuje się skandalizujące zagrania bez wyraźnego powodu artystycznego. Chodzi wtedy tylko o epatowanie publiczności i zwrócenie na siebie uwagi. Kilka lat temu mój czeski kolega reżyserując w Warszawie "Salome" wyznał mi, że chciałby zrobić taki piękny spektakl, jaki oglądał na tej scenie dekadę wcześniej, że podziwia moją realizację w scenografii Andrzeja Majewskiego i zazdrości nam eleganckiej precyzji jaką odznaczało się to przedstawienie. "To dlaczego w swoim stosujesz takie idiotyczne efekty, jak sikanie żołnierza do cysterny, w której uwięziony jest święty Jan?" - zapytałem naiwnie. "Dlatego - odpowiedział - że tak się teraz robi teatr na świecie i muszę się dostosować, chociaż sobą za to pogardzam".

Ponieważ unikam pogardzania sobą, udało mi się przez trzydzieści lat nie stosować skandalizujących, bez potrzeby, rozwiązań i, poza jedną sceną w warszawskim "Don Giovannim", nie było w moich spektaklach gołych genitaliów, fekaliów, czy wulgarnego seksu, jaki stosuje się "na świecie". Zresztą "świat" jest pojęciem względnym, a jego obszar wyznaczają wielkie pieniądze, a nie sztuka. Nauczyłem się od moich mistrzów, że "świat" tak naprawdę jest tam, gdzie artysta tworzy swoje dzieła. Mój świat jest teraz w Gdańsku i nie dbam o trendy w innych miastach. Moje spektakle są więc w warstwie obyczajowej dość łagodne w porównaniu z teatrami w tym samym mieście, a cóż dopiero z filmami, które moja publiczność ogląda sobie w domu po powrocie z opery. Jednak wiele dzieł wymaga pokazywania relacji seksualnych. Staram się stosować w takich wypadkach rozwiązania symboliczne, bo wierzę, że potęga muzyki zwykle wystarcza do wyrażenia drastycznych emocji. Za każdym razem szukamy w naszych spektaklach kompromisu pomiędzy teatralną potrzebą ilustrowania seksualnych zachowań partnerów, a pozostawieniem ich w sytuacji koncertowej, kiedy jedynie wyśpiewują te emocje, jakie towarzyszą postaciom w miłosnych uniesieniach.

Namiętność Otella w moim spektaklu nie jest lirycznym trylem, tylko pełnym bólu i rozpaczy uczuciem do doskonałej i w jakimś tajemniczym sensie niedostępnej kobiety, która tej namiętności nie jest w stanie odwzajemnić, chociaż uczciwie bardzo się o to stara. Ta dysproporcja budzi chorobliwą zazdrość i cała intryga Jagona jest tylko iskrą na prochy gromadzone od dłuższego czasu. Taka jest moja interpretacja dramatu Szekspira i na taką usłyszałem przyzwolenie w muzyce Verdiego. Miłosne sceny głównych bohaterów nie są więc scenami pogodnymi i szczęśliwymi, a kończą się, jak wiadomo, tragicznie. Feralna chusteczka jest tu tylko pretekstem, a nie powodem zbrodni. Można się z taką interpretacją zgodzić, lub nie, ale to długa historia sporów o istotę interpretacji reżyserskich w ogóle. Dla mnie w tym sporze istotny jest zarzut o zbyt wulgarne traktowanie Desdemony przez zazdrosnego męża. Ale co to znaczy "zbyt"? Otello przywozi żonie w prezencie czarną suknię zapinaną pod szyję. Sam jest jedyną, prócz niej, na czarno ubraną postacią w cypryjskim upale. W dzisiejszym świecie znamy tę część płci brzydkiej, która przyodziewa swoje żony w czarne zasłony i łudzi się, że w ten sposób umocni swoje poczucie własności nad ukochaną kobietą. Sygnałem drastycznej niesprawiedliwości takiego podejścia są lubieżne pieszczoty Otella zaznaczone symbolicznym dotykaniem palca i traktowane przez Desdemonę ze wzrastającą niechęcią. To nie jest relacja wulgarna, tylko wyrażająca owe poczucie własności, które nie od dzisiaj uważam za szowinistyczne i naganne.

Emilia pomaga Desdemonie w przygotowaniach do snu, a tak naprawdę do śmierci. Czesanie jej włosów, mycie nóg jest akcją równoległą do przepięknej opowieści o służącej matki, która śpiewała kołysankę o płaczącej wierzbie. Mam poczucie wielkiego wzruszenia na widowni podczas tej sceny. Jak bardzo trzeba być negatywnie zaprogramowanym widzem, żeby w tej sytuacji dojrzeć relacje homoseksualne, kiedy obie bohaterki całują się na pożegnanie, przeczuwając, że widzą się po raz ostatni! Jak wiele złej woli trzeba mieć w oglądaniu tej sceny, żeby nie dostrzec, że Desdemona myje sobie drugą dłoń, a nie krocze! Pewnie, gdybym zastosował tutaj taką drastyczność, to za rok reżyserowałbym mojego "Otella" "w świecie", ale jak już wspomniałem pogarda do siebie nie jest moim ulubionym stanem. Więc artystka myje dłoń, a cała ta wieczorna toaleta odnosi się, oczywiście, do dbania o higienę, która przecież dla kobiet nie jest haniebna, tylko normalna. To również oczywiste, że wymyślenie takiej sytuacji w moim spektaklu podkreśla uprzedmiotowienie kobiety przed spotkaniem z mężczyzną, ale mam nadzieję, że większość widowni rozumie, że reżyser stoi tu po stronie kobiety, a nie męża - właściciela, który czuje się uprawniony do wymierzenia kary śmierci. Kto przez pomyłkę widzi mnie po stronie Otella, to koniecznie zapraszam go ponownie na spektakl i obejrzenie go bez przyjętego z góry negatywnego nastawienia do mojej wywiedzionej rzetelnie z tekstu Szekspira inscenizacji.

Marek Weiss
www.operabaltycka.pl/blog
12 maja 2015
Portrety
Marek Weiss

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia