Na pewno nie jestem przyjemniaczkiem

Rozmowa z Janem Klatą

Mam takie zdanie, do którego od czasu do czasu wracam i które - niestety - jest prawdziwe: przez 39 lat swojego życia nie dowiedziałem się tyle złego o ludziach, co przez te kilkadziesiąt miesięcy, od kiedy zostałem dyrektorem, tutaj . I to jest smutne. Ale z kolei jest mnóstwo wspaniałych rzeczy, które się wydarzyły, wydarzają i które wciąż pozwalają mi sądzić, że warto tu być i robić, co robię. Warto było zmienić życie, żeby tutaj móc Stary Teatr zmienić na lepsze. Powalczyć z przeważającymi siłami ujutnej inercji.

Z Janem Klatą, dyrektorem Narodowego Starego Teatru w Krakowie, rozmawia Maria Mazurek.

Maria Mazurek: Dwa lata temu nazwał pan Stary Teatr "zabagnioną instytucją". Już ją pan "odbagnił"?

Jan Klata: Mnóstwo rzeczy się zmieniło od początku 2013. To jest na pewno zupełnie inny teatr, w każdym aspekcie. I mam głębokie wrażenie, że są to zmiany na lepsze. A jeśli ktoś z zewnątrz chce wyrobić sobie własne zdanie, nie ma lepszego sposobu niż się wieczorem pofatygować do Starego Teatru i wyrobić sobie opinię. Własną.

Ze związkami nie ma już pan konfliktu?

- Jakiego konfliktu? Już w listopadzie 2015 Komisja Zakładowa NSZZ "Solidarność" na piśmie zaapelowała do ministra Glińskiego o niepodejmowanie pochopnych decyzji w sprawie zmiany dyrektora. Przestrzegamy zasad układu zbiorowego, współpracujemy wzorowo, pracownicy dostają podwyżki, przy idealnym trzymaniu się dyscypliny budżetowej.

Zanim do tego doszło, wymienił pan część ekipy. Odeszli choćby Anna Polony i Jerzy Trela.

- Grali w "Chłopcach", przeszli grać do Teatru Słowackiego. A wróciła do nas Dorota Pomykała, z Teatru Narodowego w Warszawie przyszedł Krzysztof Zarzecki, z Teatru Polskiego we Wrocławiu przyszli Marcin Czarnik i Michał Majnicz, z Teatru Polskiego w Bydgoszczy przyszły Marta Nieradkiewicz i Marta Ścisłowicz. Znakomici aktorzy z najlepszych teatrów w Polsce, prawda? Do tak wzmocnionego zespołu Starego Teatru przyjąłem fantastycznych młodych absolwentów PWST: Jaśminę Polak, Bartka Bielenie, Monikę Frajczyk. Wreszcie - przeszła do nas dotychczasowa gwiazda Teatru Słowackiego, Radosław Krzyżowski. I myślę, że ten transfer również jest znaczący dla ludzi, którzy na teatrze się znają.

Sporo świeżej krwi.

- Nie chodzi o liczbę, ale o jakość. Żaden aktor tej klasy nie przyszedł tutaj, żeby czekać na rolę, w knajpach dyskontując status aktora legendarnego Starego Teatru. Nie - to są osoby, które od razu dostają duże role, sprawdzają się. W "Nie-boskiej komedii. Wszystko powiem Bogu", przedstawieniu, z którego jestem szczególnie dumny, które zebrało najważniejsze nagrody w Polsce, 1/3 obsady to nowi ludzie. A wszyscy szczególnie chwalą ten spektakl za pracę zespołową. Zaaklimatyzowali się i stworzyli nową jakość.

Dużo ludzi chodzi do Starego?

- Radykalnie poprawiliśmy frekwencję. Gramy więcej spektakli - po czterdzieści parę, pięćdziesiąt w miesiącu. I to przy zajętych 96 proc. miejsc na widowni - dane z zeszłego miesiąca. Sporo, zważywszy na to, że nie rozdajemy biletów, a fars u nas nie uświadczysz. Na żadnej z trzech scen, bo nie mamy podziału na scenę farsową, nabijającą frekwencję, oraz świecącą pustkami przestrzeń ezoterycznych poszukiwań.

Nie ma pan wrażenia, że część z tych ludzi przychodzi do Starego po to. żeby zobaczyć, o co to zamieszanie?

- Wie pani, rozmawiamy na początku marca 2016, więc zamieszanie trwa na tyle długo, że efekt nowości już chyba się zużył. Ale nawet jak ma pani rację, to nie widzę w tym nic złego. Jakiś bodziec zawsze jest. Myślę, że jeśli teatr funkcjonuje w szerszej przestrzeni medialnej, przebija się na pierwsze strony gazet, jest w newsach, na czerwonym pasku, to niekoniecznie jest dla niego złe. Bo świadczy o tym, że w teatrze dzieją się rzeczy nieobojętne, istotne i że tutaj odbywa się ważna dla społeczeństwa dyskusja. Na Zachodzie już praktycznie tego nie ma. Jesteśmy więc szczęśliwi, że przy pomocy sztuki rozmawiamy o tym, co zdarzyło się w Polsce. I co może się zdarzyć.

Myśli pan, że tego właśnie ludzie szukają w teatrze? Nie rozrywki, tego, żeby dobrze się bawić, żeby zobaczyć serialową gwiazdkę w farsie? Naprawdę pan wierzy w to, że rolą teatru jest komentowanie bieżących problemów?

- Rozmawiamy o teatrze w ogóle, czy Starym Teatrze? Nie jestem ekspertem od starych koronek i szalonych nożyczek, więc nie wiem, jak jest "w ogóle". Natomiast głęboko wierzę, że misją Narodowego Teatru nie jest tylko i wyłącznie dostarczanie widzom rozrywki. Są teatry - w Krakowie, w Polsce, w Europie, na świecie - które zajmują się tylko tym. I ja nie widzę w tym nic złego. Natomiast to nie powinno być zadaniem Starego Teatru. Przynajmniej - nie jedynym. Wydaje mi się, że w Starym Teatrze udaje się połączyć jedno z drugim, to znaczy nie jesteśmy zamknięci w jakimś kazirodczym, środowiskowym mikrokręgu wzajemnej adoracji. Czterdzieści - pięćdziesiąt razy w miesiącu gramy spektakle dla bardzo wielu osób, z bardzo wielu środowisk. Każdemu mamy coś do zaoferowania. Takim, którzy urodzili się w dobrej, mieszczańskiej rodzinie, w dynastii profesorskiej, i takim, którzy przyjechali tu z prowincji na studia. Na naszej widowni spotyka się ludzi z ośrodków pomocy społecznej, krakowską profesurę, elity finansowe, ale też byłych narkomanów z MONAR-u.

Ile kosztuje bilet do pana teatru?

- Pełny bilet kosztuje 55 złotych i jest dużo ludzi, którzy chcą te pieniądze zapłacić. Bilet studencki jest tańszy. Mamy też specjalne programy dla MOPS-u, MONAR-u, dla szczególnie uzdolnionej młodzieży, respektujemy Kartę Dużej Rodziny. W każdy pierwszy czwartek miesiąca można kupić u nas bilety za 28 zł. Jest dużo możliwości dotarcia do osób, które nie są w stanie zapłacić tych 55 złotych. Tę potrzebę zauważyliśmy w momencie, kiedy było 250-lecie teatru publicznego w Polsce i przez jeden dzień sprzedawaliśmy na "Trylogię" bilety za 250 groszy. Bladym świtem, na kilka godzin przed otwarciem kasy na placu Szczepańskim ustawiła się bardzo długa kolejka. Po sześciu minutach od otwarcia kasy promocyjne bilety się rozeszły. I wtedy zobaczyłem, jak dużo jest osób, których nie stać na zapłacenie 55 złotych za bilet - a przecież samemu do teatru się nie chodzi, jest jeszcze jakaś osoba towarzysząca, czasem cała rodzina. I że takie osoby, których na ten bilet nie stać, są równie wartościowym widzem jak ci, którym troszkę lepiej się w życiu powodzi. Nie chciałbym, żeby okazało się, że są ludzie wykluczeni z uczestnictwa w życiu kulturalnym, z oglądania Szekspira czy Czechowa, tylko dlatego, że nie stać ich na wydanie kilkuset złotych na bilety dla całej rodziny.
Wystarczy spojrzeć na nasze dwie ostatnie premiery - "Płatonowa" i "Wroga ludu" - spektakle skrajnie różne stylistycznie. Więc nie jest prawdą, że mamy jeden rodzaj spektaklu do zaoferowania widzom. Nieprawda. Staram się monotonii unikać jako dyrektor i jako reżyser nie życzę nudy ani monotonii ani publiczności, ani naszemu wspaniałemu zespołowi aktorskiemu, który powinien się rozwijać, a nie spoczywać na laurach, z sukcesem występując kilkanaście lat w tym samym spektaklu o zmieniających się tytułach.

Pan mówi "wspaniały", bo zostali w nim sami lojalni wobec pana ludzie.

- Mówię o zespole Starego Teatru Anno Domini 2016 "wspaniały", bo jest WSPANIAŁY. Nie o to mi chodzi, żeby pracowali tu sami bierni, mierni, ale wierni. Takich tutaj nie ma. Jak artyści nie dostaną satysfakcjonującej roli, albo nie będą grać spektakli, albo na ich spektakle nie będą przychodzić widzowie, to będą mniej zadowoleni, a z czasem mniej wspaniali. To, że panuje dobra atmosfera w zespole, jest efektem trzyletniej ciężkiej pracy niemal dwustu pracowników Starego Teatru, i tego, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a nie tego, że wszyscy mnie lubią, bo ja taki przyjemny jestem. Nie jestem przyjemny i nie zamierzam. Przyjemniaczków jest dużo, dobrych teatrów mało. Przyjemniaczki ich nie przysporzą pomimo nadwyżek wolnego czasu. Sfrustrowane przyjemniaczki siedzą po knajpach z darmowym Wi-Fi i płodzą żółć.

Po słynnym liście i wizycie ministra atmosfera wokół Starego chyba znów zgęstniała?

- Jakim liście?

Tym. w którym prawicowe środowiska domagały się pana odwołania.

- A... w tym piśmie, ludzi związanych z "Gazetą Polską". To jedynie ciąg dalszy "afery gwizdkowej" z listopada 2013. Ludzie z tego środowiska mieli głębokie przekonanie, że to oni teraz będą rządzić i wyrzucać dyrektorów teatrów w połowie kadencji, jak im się podoba. Ale ich roszczenia nie zostały zaspokojone. Wizytę pana wicepremiera Glińskiego, samą w sobie, odbieram jako coś pozytywnego. Przyjechał tu zresztą na zaproszenie zespołu Starego Teatru.

Czy świadomość tego, że minister jest na widowni, wam ciążyła? Nie baliście się?

- Proszę mi przypomnieć nasze hasło sezonu.

Nie lękajcie się!

- A więc nie lękamy się.

Hasło sezonu, prowokacyjne, pan wymyślił.

- Dlaczego prowokacyjne? Nie sądzi pani, że to jest bardzo dobre hasło, którym powinniśmy kierować się w życiu?

Owszem. Kojarzy się z papieżem, a to rok Światowych Dni Młodzieży. Święta innego środowiska niż pańskie.

- Wytyka mi pani teraz mój niemłody wiek czy brak światowości? "A kiedy usłyszycie o wojnach i rozruchach, nie lękajcie się, bo to wszystko musi się najpierw stać, ale to jeszcze nie koniec". Nie oddawajmy tych słów św. Łukasza, Chrystusa, papieża, jednemu tylko środowisku, które chce je zawłaszczyć. Podobnie nie wolno zostawiać narodowej kultury i narodowego teatru środowisku z gwizdkami, które chce zmonopolizować przymiotnik "narodowy". Niedobrze by było, żebyśmy się obrażali na fakt, że to jest narodowy teatr, tylko dlatego, że pewni ludzie w Polsce mają bardzo wąską i sekciarską, wykluczającą wizję tego, co jest narodowe, a co nie jest narodowe.

Kiedy to niebezpieczeństwo pana odwołania minęło? Po wizycie ministra?

- Ja nie wiem, czy ono minęło. My po prostu tak działamy, jakby tego niebezpieczeństwa nie było. Faraon skrył się w cieniu, karawana jedzie dalej.

Nigdy nie żałował pan, że przeniósł się do Krakowa?

- (cisza) Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie miałem myśli: może popełniłem błąd w to się pakując? Troszkę nie spodziewałem się skali - jak to się poetycko mówi - nikczemnej ludzkiej podłości. Mam takie zdanie, do którego od czasu do czasu wracam i które - niestety - jest prawdziwe: przez 39 lat swojego życia nie dowiedziałem się tyle złego o ludziach, co przez te kilkadziesiąt miesięcy, od kiedy zostałem dyrektorem, tutaj . I to jest smutne. Ale z kolei jest mnóstwo wspaniałych rzeczy, które się wydarzyły, wydarzają i które wciąż pozwalają mi sądzić, że warto tu być i robić, co robię. Warto było zmienić życie, żeby tutaj móc Stary Teatr zmienić na lepsze. Powalczyć z przeważającymi siłami ujutnej inercji.

Ten moment krytyczny był po - jak pan to nazwał - "aferze gwizdkowej"?

- Tak. "Afera gwizdkowa" była momentem, który pokazał, że chytrze wymyślona prowokacja o podłożu politycznym jest w stanie prawie wywrócić teatr do góry nogami. Prawie. Z "aferą gwizdkową" łączą się dwie odrębne perspektywy. Perspektywa widza, który przyszedł tego dnia na spektakl, na którym 20 egzotycznych osób, śmiesznymi głosami, krzyczało z niewiadomych powodów: Hańba! Hańba! Dla widzów to było nawet zabawne, do tego stopnia nierealne, że myśleli, że to część przedstawienia. Po spektaklu odbyło się zaplanowane wcześniej spotkanie z widzami (na którym "gwizdkowcy" nie zostali, żeby podyskutować) i zapewniam panią, że my nie rozmawialiśmy o tym incydencie, a o spektaklu. Druga perspektywa tego wydarzenia jest medialna, niestety. Następnego dnia na czerwonym pasku stacji telewizyjnych czytałem, że odbył się "spontaniczny protest widzów zniesmaczonych satanizmem i pornografią". I pomyślałem sobie, że ktoś tu chyba zwariował. I to nie my, a świat.

Wiedzieliście, że ten spektakl zostanie przerwany?

- Wiedzieliśmy, że coś takiego się szykuje. Nie dowierzaliśmy, ale wiedzieliśmy, choć nie tak dokładnie, jak "przypadkiem" znajdująca się wieczorem na widowni pani Ewa Stankiewicz z ekipą telewizyjną. Dlatego kiedy rozbrzmiały "Hańby", wszyscy wyszliśmy - realizatorzy i aktorzy - na scenę, żeby być razem, żeby nie zostawiać Doroty Segdy i Krzysztofa Zarzeckiego samych. Ta grupa zaczęła nas obrażać, usiłowała pociągnąć za sobą innych, zerwać spektakl. Nie udało się, więc "gwizdkowcy" zmyli się jak niepyszni, wyklaskani przez kilkaset osób. Podobno mówi się w kręgach "życzliwych", że "afera gwizdkowa" była mi na rękę. Otóż była mi mniej więcej tak samo na rękę jak Krystianowi Lupie obnażona pupa Joanny Szczepkowskiej. Tego typu afery są żenujące, po prostu. Ale parę osób ze środowiska się ucieszyło, wielce bezinteresownie.

A z tych dobrych rzeczy, to co się wydarzyło?

- Dobre rzeczy zdarzają się co wieczór. Trzysta pięćdziesiąt razy w roku, mniej więcej. Proszę przyjść zobaczyć. Jutro, w sobotę, gramy "Wroga ludu". Widziała już pani?

Nie.

- To proszę koniecznie przyjść zobaczyć. I wrócić, i przychodzić. To jeszcze nie koniec.

***

Stary Teatr Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie to jeden z dwóch najstarszych teatrów w Polsce. Jego powstanie datuje się na 1781 r. Obok Teatru Narodowego w Warszawie i Teatru Wybrzeże w Gdańsku należy do narodowych scen dramatycznych, podlegających Ministrowi Kultury. Należy do Europejskiej Sieci Teatrów Mitos21, która skupia najważniejsze sceny teatralne w Europie.

Dyrektorzy
W ostatnich 50 latach Starym Teatrem kierowali: Zygmunt Hübner 1963-1970; Jan Paweł Gawlik 1970-1980; Stanisław Radwan 1980-1990; Tadeusz Bradecki 1990-1996; Krystyna Meissner 1997-1998; Jerzy Bińczycki, 1998; Jerzy Koenig 1998-2002; Mikołaj Grabowski 2002-2012.

Maria Mazurek
Polska Gazeta Krakowska
1 czerwca 2016
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia