Na początku była nuda

"Gould" - reż. Adam Walny - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

„Gould" w reżyserii Adama Walnego, wbrew tytułowi, wcale nie opowiada historii doskonałego pianisty, Glenna Goulda. To rozpisany na konferansjera, Jana Sebastiana Bacha oraz lalkę (niewątpliwie najciekawszy, choć niewykorzystany obiekt) popis umiejętności aktorskich Krzysztofa Stawowego, próbującego udowodnić, że zdoła udźwignąć i formę kabaretową, i patos monodramu. Raz rozśmieszając gestem wyolbrzymionym do granic absurdu, to znowu wijąc się po podłodze pod ciężarem geniuszu muzycznego Bacha, udowadnia jedynie, że najnowsza premiera w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie okazała się, niestety, klapą.

Pretekstem do powstania spektaklu jest Golden Record, nagrania najwybitniejszych dzieł muzycznych, wśród których znalazły się utwory Chucka Berry'ego, Jana Sebastiana Bacha, Wolfganga Amadeusza Mozarta czy Igora Strawińskiego, wysłane w kosmos w 1977 roku. Konferansjer, czy też Stawowy-narrator zdaje się jednak nie pamiętać o innych muzykach, prócz Bacha, zamiast tego zastanawia się nad zasadnością wyboru Glenna Goulda jako interpretatora barokowego kompozytora. Niestety, po wyświetleniu na ekranie koncertu Goulda, znika on na długo ze sceny. Pojawi się dopiero pod koniec spektaklu jako nieożywione widmo, niema marioneta powstała do posługi muzyki Bacha. Ten niczym Bóg tchnie życie w lalkę-Goulda, decydując o usposobieniu czy stanie cywilnym pianisty z Toronto. Dopiero, gdy narodził się Glenn Gould, Jan Sebastian Bach, który scenę wcześniej zabawiał się w Stwórcę („na początku była nuta", powie ku mojemu przerażeniu) może nareszcie oddać się na wieczny spoczynek w trumnie, będącej również fortepianem. Tu twórcy okazują się jakże przewrotni, bo z fortepianu uprzednio wyłonił się (zrodził?) Gould. I to by było na tyle. Więcej tytułowego bohatera nie uraczycie.

Tymczasem konferansjer zadaje publiczności niestrawne, metafizyczne pytania, na które łaskawie sam odpowiada: „Dlaczego my, ludzie, tak lubimy patrzeć w gwiazdy? Próbujemy dotknąć Boga." Mówiąc to, wskazuje na owalny obrazek na ekranie, będący wizualizacją kosmosu. Podobna pogadanka zakończy spektakl. Stawowy-narrator dojdzie do błyskotliwego wniosku, że ludzie są tak naprawdę źli i z tą obcą cywilizacją to wcale by nie dyskutowano mądrze o Bachu i, tym bardziej, Glennie Gouldzie, tylko by ją po prostu wybito. Tyle, że nikt nie odpowiedział na rozpaczliwe Unde malum? padające parę razy z ust Bacha, więc zakładam, że ani Stawowy, ani Walny tego nie wiedzą. W związku z tym przejdę do scenografii.

Po wyświetleniu wizualizacji kosmosu, występu Goulda, nut oraz fragmentu Hamleta Williama Szekspira (bo, wiecie, muzyk interpretujący dzieło muzyczne jest jak aktor interpretujący utwór dramatyczny...) ekran znika. Na scenie widzimy tylko podświetlone witraże, przywodzące na myśl kościół, parę drewnianych krzeseł oraz fortepian. Potem ta nieciekawa raczej scenografia będzie ratowana, lecz próżny to trud: a to dymiarka, a to kolorowe światełka, a to ruchoma scena. Wszystkiego trochę za dużo, wszystko trochę przypadkowe.

Bóg, wspomniany w pierwszych minutach spektaklu, staje się nieodłączną częścią popisu Stawowego. Sceniczny Bach wpada w szał, gdy słyszy śpiew nieobecnego chóru, gdyż „śpiewając, powinno się pomniejszać siebie (...). Muzyka jest rodzajem modlitwy". Bach w końcu gra na chwałę Pana. Opowiada o tym, umieszczony na wysokości niby to w ramie obrazu, i wspomina od niechcenia wikipediową ciekawostkę, ot skomponował łącznie 175 godzin muzyki. Schodzi na ziemię (niestety, tylko dosłownie) dopiero wówczas, gdy rozkaże, by go opuszczono na podłogę. Nieznośna jest też scena, w której omdlały z udręki rozmawia z Wszechwiedzącym. Słowa Ojcze nasz przeplata z próżnym wyrzutem. Wspomina narodziny i pogrzeby licznego potomstwa, wspomina upokorzenia i wyrzeczenia, z jakimi wiąże się zawód muzyka. Najbardziej ubolewa jednak nad tym, że Pan Bóg nie obdarzył go dzieckiem, które grałoby tak dobrze, jak on. Jedyne utalentowane - no jak na nieszczęście! - akurat pije.

Postać Jana Sebastiana Bacha przedstawiona jest tu w myśl niedopuszczalnej z punktu widzenia współczesnego człowieka retoryki, jakoby wybitnemu artyście wszystko było wolno tylko dlatego, że jest wybitnym artystą. Wprawdzie niewątpliwie doszło do próby różnicowania osobowości Bacha i starano się dostrzec w nim nie tylko genialnego muzyka i kompozytora, ale przede wszystkim człowieka, to jednak jest to działanie poprowadzone bardzo nieudolnie. Jan Sebastian Bach, który wściekle wypluwa z siebie długą listę własnych wad, to znowu z obrzydliwą lubieżnością gada o piersiach żony i miłości to dobrego wina (na końcu efekciarsko miażdzy w dłoni plastikowy kieliszek), to trochę za mało, by zrozumieć złożoność jego osoby, czy niemalże mistyczne źródło geniuszu, a przecież chyba takie było założenie, prawda?
Haniebnie potraktowano także samą muzykę. Bach histeryzuje, że po śmierci kompozytora, każdy będzie grał jego utwory jak chce. Już lepiej by było pakować w nie mięso. Może w tym przypadku ma rację. Może w spektaklu poświęconym Bachowi nie należało używać jego kompozycji głównie jako przerywnika, mającego zagłuszyć bezradność i niezgrabność sceniczną Stawowego między jedną sceną a drugą. Myślę, że Adam Walny chciał nam powiedzieć, że Jan Sebastian Bach wielkim artystą był i należy pamiętać o jego twórczości. Albo że był ciekawym człowiekiem, o niespokojnej i bogatej naturze, który poświęcił życie muzyce. Tylko całe to godne podziwu poświęcenie - zarówno barokowego kompozytora, jak i reżysera, który podjął się trudu utrwalania pamięci o wybitnych artystach - jest śmieszne i zdeprecjonowane, gdy Stawowy wytrzeszcza oczy niby to w zachwycie, niby artystycznym orgazmie, gdy widzi złoty pyłek, spadający nań w wąskiej smudze światła. Ot subtelnie pokazane natchnienie, nadane Bachowi przez samego Boga.

Jestem wielką zwolenniczką spektakli przywracających pamięć o zapomnianych osobach, o których pamiętać by należało. Anny Smolar Henrietta Lacks czy spektakl Weroniki Szczawińskiej poświęcony Lidii Zamkov w sposób nieoczywisty (rozumiem przez to: nielinearny, nieszkolny, nie będący wyłącznie czczą notatką z encyklopedii) mówią o kobietach, które z konkretnych względów - ekonomicznych, genderowych, politycznych - zostały zepchnięte z kart historii. Walny nie podejmuje się tak trudnego zadania. Glenn Gould, którego - co sugeruje, niestety, wyłącznie tytuł - wziął na warsztat, jest powszechnie znanym pianistą. Pomimo tego, był człowiekiem na tyle interesującym, że z powodzeniem można było poświęcić mu spektakl, który byłby ciekawy. Można by było posłużyć się chociażby jedną z metod narracji, które proponują Szczawińska czy Smolar. Ale przede wszystkim można by było zacząć od tego, by cokolwiek o tym Gouldzie powiedzieć.

Aleksandra Mahmud
Dziennik Teatralny Kraków
21 marca 2018
Portrety
Adam Walny

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia