Na początku była śmierć

43. Opolskie Konfrontacje Teatralne "Klasyka Polska" w Opolu

Wczoraj rozpoczęły się 43. Opolskie Konfrontacje Teatralne. Pierwszego dnia festiwalu pokazano "Tajny Dziennik" Mirona Białoszewskiego w reżyserii Wojciecha Urbańskiego z Teatru Dramatycznego w Warszawie. Twórcy postawili sobie niełatwe zadanie, adaptacji na scenę poetyzowanej (bardzo osobistej) prozy i nie uniknęli przy tym problemów.

Adaptując "Tajny Dziennik" Elżbieta Chowaniec i Wojciech Urbański musieli dokonać radykalnych skrótów. Spośród wielowątkowej autobiografii Mirona Białoszewskiego wybrali głównie te fragmenty, w których autor "Pamiętników z Powstania Warszawskiego" opowiada o śmierci. Z recytowanej na scenie prozy wyłania się obraz poety samotnika, który obserwacją i refleksją stara się nadkruszyć monolityczny świat. I choć śmierć patronuje jego życiorysowi niemal od urodzenia, to Białoszewski wydaje się na nią odporny - jego fraza wielokrotnie ją ośmiesza, doprowadza do ambiwalencji. Poetyzując życie codzienne poeta oddala jej mroczną perspektywę.

Śmierć dziadka, śmierć ojca, śmierć matki, widmo śmierci Mirona (niech te powtórzenia wprowadzą czytelnika w świat przedstawiony) tworzą z rozsianych notatek poety spójną opowieść. Mimo ciężaru i wszechobecności śmierci, która zalęgła się w podświadomości Białoszewskiego, twórcy chcieli pokazać także ucieczki z tej krainy umarłych. Służy temu wątek podróży poety do Nowego Jorku. Nie mógł on wyjść z podziwu dla wolności obyczajowej w Stanach Zjednoczonych. Dotykamy w tym miejscu innego tematu - wolności seksualnej, którą Białoszewski referuje bez skrępowania ze wszystkimi detalami. To wybicie z sfery śmierci świetnie pracuje w przedstawieniu i dopełnia obraz Mirona, pokazując oprócz refleksyjnej jego drugą, dionizyjską twarz.

O ile więc w wyborach dramaturgicznych tkwił bardzo konkretny pomysł, to niestety reżysersko przedstawienie wypada blado. Wojciech Urbański postawił na teatr kameralny i osadził świat przedstawiony w mieszkaniu samego (chyba) Mirona Białoszewskiego. Na środku wersalka - centrum rozmyślań, w tle ekrany przypominające okna, kredens i niewielkie biurko. Wszystko to wygląda jak wyciągnięte z poprzedniej epoki. Wśród tak zastawionej sceny kręcą się cztery postaci - wszystkie wyobrażają Mirona. Ni to aktorzy, ni recytatorzy, te cztery wcielenia próbują zbudować intymną relację z widownią i w nastrojowy spokój wypowiedzieć zapiski Białoszewskiego.

Reżyser zaufał bezgranicznie tekstowi i uznał, że nie będzie teatralizował przedstawienia. Ale w tej (nieco absurdalnej) strategii trochę się rozpędził. Celem, mam nadzieję, było uzyskanie efektu amatorskości, który był składową organicznej estetyki teatru osobnego Mirona Białoszewskiego. Reżyser połączył to, jak mniemam, z estetyką pozornego dystansu, jaki w swoich przedstawieniach buduje Iwan Wyrypajew a z którym reżyser miał w swojej karierze styczność. Postaci, które miały oscylować na granicy sceny i widowni, utożsamienia i komentarza, wpadły jednak w pułapkę stagnacji: brak konfliktu, brak akcji, brak ciekawych środków wyrazu; za to dużo tautologii. Gdy mówi się o tańcu jeden z Mironów tańczy. Gdy mówi się o piciu herbaty, Miron rozlewa pozostałym herbatę. W takim sennym tempie fraza Białoszewskiego ciągnęła się nieznośnie. Nie czuło się ani zewnętrznego, ani wewnętrznego dialogu, a jeśli takowy zajaśniał na horyzoncie to szybko ginął w tautologii znaków. Śmiało można więc powiedzieć, że zobaczyliśmy raczej wieczór literacki lub nawet benefis, niż teatr. Tchnęło prowincjonalnym domem kultury.

Można pochwalić muzykę autorstwa Marcina Maseckiego, która uruchamiała się co jakiś czas w formie nagrań wideo. Miała tworzyć nastrój i swoją funkcję spełniła. Wkomponowanie jej w przedstawienie cofało nas niestety w wieczorek przy pianinie. Gdy pojawiały się nagrania aktorzy zamierali, wygaszano światło. To jakby inne show, osobny element. I tyle. To samo tyczy się nagrań głosowych Mirona Białoszewskiego oraz Jadwigi Stańczakowej. Były osobne, stanowiły jakiś tam archiwalny głos postaci historycznych, ale oprócz "prezentacyjnej" funkcji nie miały żadnego innego znaczenia dla przedstawienia. Po prostu były. W tej samej logice rozgrywana była scenografia. Niektóre rekwizyty w ogóle nie zostały ograne, raziły za to swoim wyglądem, coś tam przypominały, ale pozostały samotne i nietknięte. Prosiło się, żeby coś z nimi zrobić - najlepiej wyrzucić, żeby choć trochę pomniejszyć rozziew między nowoczesnymi ekranami i anachronicznymi elementami wykonanymi z dykty.

W festiwal weszliśmy więc nieco statycznie. Choć sam wybór tekstu wydawał się ciekawy, opowieść jaka się z niego wyłoniła niebanalnie przybliżyła sylwetkę Mirona Białoszewskiego, to niektóre decyzje reżyserskie okazały się ciężarem dla tego przedstawienia. Cytując Tadeusza Różewicza można by powiedzieć, ze zobaczyliśmy tego wieczoru śmierć w starych dekoracjach.

Piotr Urbanowicz
E-teatr
5 kwietnia 2018

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia