Na stare Wilczki obława...

"Być jak Steve Jobs" - reż. M. Liber - Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej w Krakowie

Przedwakacyjny tryptyk premier w Starym Teatrze otworzył spektakl Marcina Libera (reżyseria) i Michała Kmiecika (tekst) o epickim tytule: "Być jak Steve Jobs. Bohaterowie polskiej transformacji. Ballada o lekkim zabarwieniu heroicznym".

Nie jest to, niestety, ani dokumentalny thriller o narodzinach i triumfach rodzimego wielkiego biznesu spod znaku panów Gudzowatego, Kulczyka, Niemczyckiego i Solorza, ani nawet zainspirowana słynną nowelą telewizyjną pikantna historia jakiegoś miglanca z szarej strefy w typie nieodżałowanego Czarka Mończyka, króla erotycznego obciachu.

Przywołany w tym kontekście szef firmy Apple, Steve Jobs to figura symboliczna, niepowielony w Polsce wzór przedsiębiorczości i innowacyjności, wyrzut nadwiślańskiego sumienia, bo autorzy przedstawienia nie będą nam opowiadać o jego życiu, tylko o tym, dlaczego w Polsce po 1989 roku nie pojawili się wizjonerzy tej miary. Co składaliśmy w naszych garażach, jak zmarnowaliśmy słodkie lata dziewięćdziesiąte, produkując politycznego i społecznego bubla - pytają. I słyszymy w odpowiedzi: w polskich garażach przepakowywaliśmy kradziony w Niemczech towar. Przede wszystkim jednak byliśmy uczestnikami społecznego eksperymentu. Komunistyczna elita - twierdzą Kmiecik i Liber - oddała kraj i gospodarkę w ręce bezwzględnych profesorów ekonomii i zachłannych prywaciarzy, partyjni bonzowie uwłaszczyli się na dawnym państwowym majątku, a działacze Solidarności zaraz poszli w ich ślady, mając w d... ethos.

Tak, tak "Być jak Steve Jobs" to spektakl z tezą, szalona operacja teatralno-propagandowa. A smaczku dodaje jej fakt, że słodkie lata dziewięćdziesiąte ocenia autor dwudziestojednoletni, o przekonaniach lewicowych, krytycznie nastawiony do całego establishmentu III RP. Kmiecik peroruje z pasją, jest złośliwy i niesprawiedliwy, demaskuje prawdziwe intencje niedawnych demiurgów i autorytetów. Próbuje pokazać, jakim kosztem dokonano ekonomicznej transformacji, kto zawinił najbardziej i dlaczego akurat Leszek Balcerowicz, grany w przedstawieniu przez elegancką Katarzynę Krzanowską, w wieczorowej sukni, wygrywającej na fortepianie chopinowską "Etiudę rewolucyjną". Jednym z bohaterów jest też minister ze schyłkowego Peerelu Mieczysław Wilczek, którego namaszczają na gospodarczego guru Rakowski z Jaruzelskim. Na Scenie Kameralnej kręci się obrotówka, uczestniczymy w rautach i opłatkach, polską rzeczywistość opanowują rekiny i kanibale biznesu, młode wilki kapitalizmu stawiają sobie wille z jacuzzi i kąsają niebronionych przez związki zawodowe robotników. Opozycjoniści grają w golfa i uciekają od rozmów o Polsce, sarmaccy prawicowcy żyją chwałą dawnej Rzeczpospolitej.

Spektakl ma ambicję stworzenia syntezy epoki zmian, szuka się w nim desperacko pojemnej metafory mechanizmu, który zmielił poprzednią Polskę i ustanowił nową. Na szczęście Kmiecik z Liberem nie mówią, że to było po nic, że istniał przed 1989 rokiem jakiś raj, z którego zostaliśmy wygnani. Ale jest w ich spektaklu grożenie palcem: jak myśmy na to pozwolili, czemu nie wiedzieliśmy o kapitalizmie i transformacji tego, co wiemy teraz? Iluż błędów można byłoby uniknąć, iluż krzywd ludziom nie wyrządzić! No właśnie, gdybyśmy tylko wtedy wiedzieli...

Liber, czyli dwa razy starszy, czterdziestoletni reżyser nie wtrąca się do tego wykładu, nie zaburza wyjściowej tezy, choć pewnie, jak ja, pamięta tamte czasy inaczej i wie, że nie wszystko było wtedy aż tak czarno-białe, jak może być postrzegane teraz. Inaczej rozumieliśmy rolę związków zawodowych, były pieniądze na kulturę, przed młodymi otworzyły się niewyobrażalne możliwości, człowiek był wolny, nikt nie słyszał o korporacjach... Liber milczy przy młodszym koledze, bo zwyczajnie jest ciekawy, co z tego wyjaskrawionego i zdeformowanego obrazu wyniknie. Może ktoś młody, ktoś spoza tamtej rzeczywistości powie nam istotnie, jak było?

Najciekawsze jest tu szukanie momentu zaniechania. Gdzie popełniliśmy błąd? Czemu z zamętu transformacji nie wyłoniła się jakaś stała wartość - etyczna, polityczna, biznesowa? I w końcu pada odpowiedź - bo młodzież nie była ideowa, dała się zwieść mirażom dobrobytu, zapomniała o walce i świadomości. Byliśmy bierni. Nie protestowaliśmy, gdy działo się zło, nie działaliśmy, nie widzieliśmy nieprawidłowości. Kmiecik twierdzi, że wyłonili się z tego społecznego zamętu ludzie cyniczni, bezwzględni, egoistyczni. I nikt poza nimi.

Z drugiej strony to nieprawda, że wszyscy milczeli, że wszystkim podobało się to, jak żyliśmy w latach dziewięćdziesiątych. Nie przypadkiem przecież polską degrengoladę komentuje w spektaklu grana przez Annę Dymną Mutter Curage od Brechta. Wnosi na scenę transportery wódki i melorecytuje teksty piosenek Kultu, Kazika, Big Cyca, Moskwy i Świetlickiego. Estetyka spektaklu sporo zawdzięcza teatrowi Strzępki i Demirskiego. W końcu Kmiecik to ich pierwszy uczeń i ideowe dziecko. Liber z kolei jakby zapomniał, że nie ma temperamentu trybuna wiecowego, że robił teatr z innych pozycji emocjonalnych i stylistycznych, inaczej rozkładał racje w rozmowie o Polsce (legnickie III "Furie") i brnie w naśladownictwa ostatnich poszukiwań Garbaczewskiego z jego "Balladyny". Najlepsza w spektaklu hipnotyczna scena z Justyną Wasilewską monologującą do mikrofonu i śpiewająca "Human Behaviour" Bjork jest echem jej poznańskiego performance. Liber zmienia wtedy przestrzeń w wielkie akwarium z pływającymi pod sufitem dmuchanymi rybami, przypomina sobie swoje dawne projekty z Teatru Usta Usta. Nagle przedstawienie zyskuje drugie dno, nieoczekiwany kontekst: tak opowiedzieć o polskiej transformacji w narkotykowym widzie to tak jakby powtórzyć w teatrze film "Requiem for a dream".

Szkoda że zamiast podobnych scen Kmiecik z Liberem z pomocą erudycyjnych nawiązań do klasyki ("Ziemia obiecana", Brecht) i surfu po Wikipedii proponują mi tylko zmodyfikowaną opowieść o przeszłości, w której żyłem. Trochę się przed taką operacją buntuję. I nie wiem do końca, dla kogo jest to spektakl. Czy ma zdenerwować moje pokolenie, które współtworzyło tamten czas, czy raczej jest subiektywną wizją najnowszej historii przeznaczoną dla dzisiejszych dwudziestolatków?

W Starym nie ma już premier zero-jedynkowych. Albo genialnych, albo zwyczajnie kiepskich. Są prowokacje intelektualne, zagęszczacze formalne i emocjonalne eksperymenty. I substytuty generacyjnego dialogu.

Łukasz Drewniak
Dziennik Polski
28 czerwca 2013

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia