Na wszystko przychodzi czas – tragedia czy farsa?

"Wiśniowy sad" - reż. Krystyna Janda - Teatr Polski w Warszawie - foto: Krzysztof Bieliński - mater. prasowe

Czas w świecie Antoniego Czechowa jest przedstawiany w sposób uporządkowany, realistyczny, całościowy i domknięty, ale jednocześnie wydaje się stanowić wartość nadrzędną wobec bohaterów czy wydarzeń. Właściwie... to może właśnie CZAS jest najważniejszym tematem „Wiśniowego sadu", jako ten, któremu nawet najbardziej sentymentalni i nieugięci będą musieli ustąpić?

Dialogi są zagęszczone, głośne, żywe i pełne emocji, ale to wszystko jest tylko pozorem, ponieważ wewnątrz panuje cisza i przeszywająca serce pustka, która zabrzmi najgłośniej dopiero kiedy będzie już po wszystkim. Jeśli dobrze się przysłuchać, rozmowy bohaterów przemieniają się właściwie w monologi, a „milczenie między słowami" podszyte jest biernością w działaniu i grą pozorów.

„Wiśniowy sad" rozpoczyna się (jak wszystko) wiosną, kiedy to gałązki wiśni, symbolu raju utraconego, kwitną (już po raz ostatni). Jeszcze przez chwilę czuć zapach dawnej świetności, która kończy się z początkiem zimy. Wtedy wszyscy są odmienieni, nie tacy jak na początku i świadomi, że po przelicytowaniu sadu, że nie ma powrotu do dawnego życia.

Krystyna Janda (która grała Lubow Raniewską w filmie z 1994 roku), reżyserka (nie tylko) „Wiśniowego sadu", aktorka, felietonistka i piosenkarka, w Teatrze Polskim ukazuje na scenie świat dramatyczny Czechowa jako niejednorodny i dualistyczny. Z jednej strony jest on pełny radości, szczęścia i nadziei, a z drugiej – dojmująco melancholijny. Bohaterowie przez nią przedstawieni w sposób psychologiczny, są postaciami złożonymi, żadna z nich nie budzi tylko i wyłącznie sympatii lub antypatii, a każdą można analizować na wiele sposobów.

Obraz społeczeństwa rosyjskiego XIX wieku jest zróżnicowany, co zostaje ukazane na scenie „Wiśniowego sadu". Sad, jak mówi Trofimow (Krystian Modzelewski), jest utożsamiany z ówczesną Rosją, którą rozpisał Czechow. W jednej przestrzeni uobecniają się trzy reprezentacje czasu. Twórcy dramatu genialnie łączą na scenie rozmaite charaktery postaci w jedno – tworząc obraz niejednorodnej jedności, która nie odnosi się tylko do historycznego przestawienia Rosji Czechowa, lecz także do obrazu społeczeństwa współczesnego, obnażając mechanizmy jego działania i tajniki ludzkiej psychiki.

Lubow Raniewska (Grażyna Barszczewska) i Gajew (Jerzy Schejbal), właściciele majątku, najbardziej bierni, aby ocalić Sad przed licytacją i paradoksalnie najbardziej do niego przywiązani. Najbardziej „archaicznym" z nich jest Sługa Firs (Krzysztof Kumor), chłop pańszczyźniany, który zniesienie pańszczyzny uważa za katastrofę. Bohaterowie Ci grają role, do których już nie przystają, ponieważ wciąż biegnący naprzód świat nie odpowiada ich przyzwyczajeniom.

Petia to zaś „wieczny student", który lawiruje na granicy rzeczywistości, wydaje się ciągle nieobecny i zagłębiony w świecie, którego nikt poza nim nie rozumie. Ania Raniewska (genialna Dorota Bzdyla) to z kolei uosobienie młodzieńczej radości i symbol nadziei – to ona wydaje się najbardziej „żywą" bohaterką, w której można ujrzeć przyszłość. Dzięki niej „Wiśniowy sad" staje się dramatem nie tylko o upadku, katastrofie, stagnacji i lękach.

Łopachtin (Szymon Kuśmider) – ów barbarzyńca (a może nawet cham, prostak i dzikus?) który wdziera się do ogrodu, w którym kiedyś służył jego ojciec – i w końcu staje się jego właścicielem (ścina go). Stanowi antytezę, lub właściwie – syntezę tego spektaklu, wprowadzając zupełnie nowy porządek. Ratuje sad, jednocześnie go niszcząc, ponieważ – być może – inaczej się nie da.

Jeśli w tej ciszy, która rozbrzmiewa pomiędzy dialogami, odbiorca jest w stanie zobaczyć także siebie – jest to sukces twórców dramatu. Bo każdy z nas musi zmierzyć się z tego rodzaju przemijaniem, zmiennością rzeczy, ciągle płynącą i metamorficzną rzeczywistością. Jest to wpisane w poetykę naszego istnienia.

Wydawać się może, że „Wiśniowy sad" jest – na tle innych dramatów Czechowa – jednym z bardziej pesymistycznych i smutnych, choć takim miał nie być. Jest to opowieść o upadku, o końcu pewnych rzeczy – ale także o początku kolejnych. Wieloaspektowa opowieść, zawierająca w sobie tak wiele – zmieszczona w dwóch godzinach „dziania się" na scenie, zasługuje na największe brawa.

Jerzy Jarocki, który nie tylko wyreżyserował w 1975 roku jeden z najbardziej znanych wariantów „Wiśniowego sadu", dokonał również jego przekładu na język polski z oryginału (został on użyty w niniejszym spektaklu).

Zatem, o czym mówi nam sztuka Czechowa w reżyserii Krystyny Jandy w kontekście XXI wieku? Dla jednych może być potwierdzeniem, że dawna świetność już przeminęła, dla innych może być dowodem na zmienność świata i nieugiętość losu. „Wiśniowy sad" może być dziełem uniwersalnym, bowiem traktuje nie tylko o upadku szlachty i ziemiaństwa, lecz także jest egzystencjalnym dramatem o naturze rzeczy i ludzi. Nie ma jednego rozstrzygnięcia, gdyż na tym polega geniusz dzieła sztuki, jakiego niewątpliwie nie brakuje ponadczasowemu i ponad przestrzennemu „Wiśniowemu sadowi".

Anna Banasiak
Dziennik Teatralny Warszawa
29 grudnia 2021
Portrety
Janda Krystyna

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia