Na zakończenie - Leon

1. Międzynarodowy Festiwal Pro Vinci

Ostatniego dnia festiwalu Pro Vinci zaprezentowano trzy spektakle: "Krzyk" Teatru im. J. Osterwy z Gorzowa Wielkopolskiego, interpretację "Wesela" Wyspiańskiego przygotowaną przez krakowską PWST (Filia we Wrocławiu) oraz spektakl stworzony przez gospodarzy imprezy - "Po prostu Leon po prostu".

Trauma 

Niedzielne spotkania z teatrem rozpoczęły się mocnym uderzeniem. Bo jakże inaczej określić „Krzyk” – wstrząsający monodram na temat wykorzystywania seksualnego dzieci? Jednak siła tego spektaklu nie zasadza się tylko na odważnym temacie, lecz również na sposobie jego realizacji.

W rolę chłopca, poddawanego w rodzinnym domu przemocy seksualnej, wciela się Marzena Wieczorek. I, trzeba przyznać, robi to fantastycznie. Buduje obraz pełen napięcia i emocji, obraz do bólu prawdziwy i przejmujący. Jednym spojrzeniem, drgnieniem mięśni twarzy, potrafi przekazać mnóstwo treści. I choć trudno byłoby je czasami ująć w słowa, na pewno wywierają ogromny wpływ na widzów.

Oprócz aktorki na scenie pojawia się również duża, niekształtna lalka. Nie jest ona jedynie „pomocą naukową”, lecz pozwala dobitnie pokazać sytuację, w jakiej znajduje się molestowane dziecko. Staje się ono przedmiotem, istotą pozbawioną możliwości przekazywania swoich potrzeb i pragnień. Pozbawioną krzyku.

Marian Świerszcz, główny bohater przedstawienia, od szóstego roku życia był wykorzystywany przez własnego ojca. Działo się to w pozornie normalnej rodzinie pod okiem matki i siostry. Ciekawym zabiegiem jest ukazanie tej historii przez pryzmat dorosłych losów postaci. Takie wydarzenia nie tylko zostawiają w psychice niezatarty ślad, a wręcz decydują o całym późniejszym życiu. Dlatego też Mariana poznajemy nie jako małego Maniusia, lecz jako dorosłego człowieka. Początkowo wydaje się, że wiedzie on proste, szczęśliwe życie, zarabiając naśladowaniem różnorakich dźwięków na potrzeby radia i telewizji. Prawda o nim odsłaniana jest stopniowo.

„Krzyk” pokazuje nie tylko dramat chłopca, lecz, co może bardziej uderzające, reakcje jego otoczenia. Właściwie dla całej rodziny ta sytuacja jest korzystna. Z wyjątkiem Maniusia, ale kto by się nim przejmował? „Krzyk” ma bardzo silny wymiar społeczny – pokazuje nie tylko ludzką obojętność, lecz również zimną kalkulację. Matka szybko dochodzi do wniosku, że z powodu relacji z małym Marianem, mąż nie odejdzie. Robi więc wszystko, by ową „relację” podtrzymać. Trudno orzec, czy bardziej wstrząsająca jest sama historia chłopca, czy samotność, z jaką musi się mierzyć.

Problem wykorzystywania dzieci nie jest tematem prostym. Trudno odpowiednio wyważyć emocje, zdecydować, do jakiego momentu można przekazywać pewne treści dosłownie, a gdzie lepiej zdać się na metaforę. „Krzyk” jest spektaklem dosyć drastycznym. Trudno jednak, by było inaczej. To przedstawienie, które w samym założeniu, ma nie tylko otwierać oczy na tego typu problemy, lecz również wytrącać publiczność z poczucia przynależności do dobrego, uporządkowanego świata.

„Wesele” w sali gimnastycznej

Zupełnie inny charakter ma, towarzyszące festiwalowi Pro Vinci, przedstawienie dyplomowe krakowskiej PWST Filia we Wrocławiu. Młodzi aktorzy zaprezentowali „Wesele” Wyspiańskiego w dość nietypowym ujęciu. Jego akcja przeniesiona została w czasy współczesne – do sali gimnastycznej wiejskiej szkoły czy też domu kultury.

W przestrzeni tej rozgrywa się prawdziwe wiejskie wesele. Mamy więc i zespół rockowo-biesiadny, i suto zakrapianą imprezę, i zestaw zabaw oraz gier, które z braku lepszej nazwy określić można mianem towarzyskich.

W taką poetykę wpisany zostaje tekst Wyspiańskiego. Jest to z całą pewnością gest odważny, otwierający jeden z najważniejszych polskich dramatów na nowe odczytania. I choć można znaleźć sporo niedociągnięć w realizacji spektaklu, to właśnie ten pomysł decyduje o jego odbiorze.

Przedstawienie rozpoczyna się bardzo dynamicznie. Elementy muzyki na żywo w połączeniu z energetycznym tańcem nie tylko podkreślają charakter wiejskiego wesela, ale również wyznaczają swoisty rytm, w który wpisany zostaje dramat. Niestety, dynamika ta nie zostaje utrzymana do końca i w pewnym momencie na spektaklu zaczyna ciążyć odium odczytywania tekstu jako kolejnej szkolnej lektury. A szkoda.

Wrocławska inscenizacja „Wesela” ma charakter przedstawienia dyplomowego. Dla większości z czternaściorga aktorów jest to prawdopodobnie debiut. Trzeba zatem przyznać, że w występującej tu młodzieży kryje się spory potencjał. Role w „Weselu” nie należą do najłatwiejszych, a z próby nowej interpretacji tak znanego tekstu zespół wyszedł obronną ręką.

„Wesele” w reżyserii Katarzyny Raduszyńskiej może zaskakiwać. Wszak u Wyspiańskiego Jasiek nie rapował piosenek, a do tekstu dramatu nie dołączano „Obławy”. Propozycja PWST jest jednak z wielu przyczyn ciekawa. Jedną z nich może być choćby próba zastanowienia się, czy tak dawny tekst można uznać za aktualny po dziś dzień. Inscenizacja ta w oczywisty sposób daje odpowiedź twierdzącą.

Być jak odkurzacz

Czy praca w charakterze sprzedawcy odkurzaczy przynosi wstyd przed rodziną? A może staje się okazją do ciekawych obserwacji społecznych? I co ma z tym wspólnego wada wzroku? To pytania, które nasuwają się w związku ze spektaklem „Po prostu Leon po prostu”, który pokazano na zakończenie Festiwalu.

Dramat napisany specjalnie dla Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze przez Przemysława Grzesińskiego to komedia o specyficznym charakterze. Na wielu płaszczyznach zrywa z tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni nie tylko w komedii, ale w teatrze w ogóle. Tak jest chociażby w przypadku znakomitych kostiumów przygotowanych przez Elżbietę Terlikowską.

Pomagają one skonstruować świat, który w warstwie wizualnej sprawia wrażenie zupełnie odrealnionego. Ową „realność” nadrabiają jednak z nawiązką karykaturalne postaci bohaterów otaczających tytułowego Leona. Świetne kreacje stworzyły tu Anna Haba, Elżbieta Donimirska i Elżbieta Lisowska-Kopeć. Kobiety pojawiające się w otoczeniu głównego bohatera stanowią przezabawny (i trochę straszny) kolaż stereotypów i przesądów. W komedii taka schematyczność nie razi, a w tym przypadku jest dodatkowym walorem.

Rzeczywistość Leona to jednak nie tylko osaczające go kobiety. To również kolory, których Leon, niestety, nie rozróżnia, a okazuje się to kluczową umiejętnością w handlu odkurzaczami. Barwy urastają w spektaklu do rangi sposobu organizacji świata, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę również pomysłową scenografię przedstawienia.

W „Po prostu Leon po prostu” ważną rolę odgrywają także różnego rodzaju odniesienia. Obejmują one popkulturę („Dzień świra” jest tu ważnym kontekstem), jak również klasykę, najnowszej poezji nie omijając (pojawia się choćby „Matka odchodzi” Różewicza). Opresyjna jest bowiem nie tylko rodzina, ale także sfera społeczna i kulturowa.

Odkurzacz staje się tu nie tylko sprzętem codziennego użytku, ale i symbolem ciągłego i nieselektywnego pobierania bodźców z otoczenia. Na Leona oddziałuje niemal wszystko. Nic dziwnego, że ma on poczucie, iż całe otoczenie chce sterować jego życiem.

Choć to komedia mająca pociągać za sobą refleksję nad współczesnością, autentycznie śmieszy. Pytania o sens egzystencji sprawiają wrażenie naturalnych, niewymuszonych. Akcja toczy się wartko i nie jest podporządkowana jedynie szybko zmieniającym się gagom.

Główna rola w spektaklu przypadła Markowi Sitarskiemu. Stworzył on postać nieco bezradnego, rozczulającego mężczyzny, który ma trudności z dostosowaniem się do panujących norm.

W spektaklu „Po prostu Leon po prostu” występują wszyscy aktorzy zatrudnieni w zielonogórskim zespole. Przedstawienie to bezapelacyjnie dowodzi, że znajdują się oni w świetnej dyspozycji. Dowodzi również, iż Teatr Lubuski nie boi się ciekawych, a zarazem nietypowych, rozwiązań. Do nich wszak należy „Leon” – komedia bardzo charakterystyczna.

Barbara Englender
Dziennik Teatralny Katowice
21 czerwca 2011

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...