Nachuizm zadekretowany

"Udając ofiarę" - reż. Krystyna Janda - Och-Teatr w Warszawie

"Ludzie, co się z wami dzieje!? Pracujecie w elektrowniach jądrowych, a rypiecie do kumpli z pistoletów!!!" - krzyczy podczas wizji lokalnej poirytowany kapitan moskiewskiej milicji.

Nie wiadomo, skąd w śledczym tyle zdumienia wobec otaczającej go, brutalnej rzeczywistości, którą przecież zna nie od dziś. I poniekąd firmuje własną postawą. Moskiewski ład przełomu XX i XXI wieku nie jest zbyt odległy mentalnie od epoki Kraju Rad. Może i nie ma w nim jaskrawego bezprawia, ale bajzel pozostał. A już na pewno dominuje zjawisko tak zwanego "nachuizmu". Znaczy ono dla nowych Rosjan tyle, co na przykład dla Amerykanów paradygmat kariery osobistej, tylko rozumiany a rebours. Po co się wysilać, osiągając ambitne cele życiowe, skoro można w tym czasie napić się wódki i powspominać dawno minioną wielkość sowieckiego imperium? Kapitan nadzoruje więc kolejne wizje lokalne, prowadząc je na odczepnego, dowody winy "dopychając kolanem" pod wygodnie z góry założone tezy. Prokurator czy sędzia nie będą wnikali w szczegóły postępowania przygotowawczego. Im także nie jest obca idea nachuizmu. Podwładnym kapitana jest Wala, były student uniwersytetu. Mógł wybrać drogę zgodną z wykształceniem. Ale widać i jemu bliskie są zasady wyznawane przez kapitana, prokuratora, sędziego. Wala bierze więc udział jako figurant, czyli ktoś pozorujący ofiarę przestępstwa, w wizjach lokalnych, które bardziej przypominają amatorskie happeningi niż profesjonalne dochodzenia. Młody partner Wali z zespołu śledczego przejawia większe ambicje życiowe. Rozważa zrezygnowany: "Mam się całe życie ganiać z żulernią po bramach?" co Wala kwituje cyniczną radą zaczerpniętą z myśli Maksyma Gorkiego: "Po co studiować, skoro uniwersytetem jest samo życie?" Proste? Wala już jest ofiarą wszechobecnego nachuizmu, choć jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.

Tradycyjnie pojmowane życie rodzinne też zanadto nie absorbuje chłopaka. Prymitywna kandydatka na żonę, apodyktyczny ojczym, rozchwiana emocjonalnie matka nie mogą natchnąć do działania zblazowanego młodzieńca. Spoza sceny Duch Ojca Wali zbolałym głosem przestrzega syna przed pułapkami, których sam także nie uniknął za życia. W każdym razie Wala nie potrafi dokonać jakiegokolwiek wyboru, a swoją pracę traktuje niczym przygodę. To prawda, w zajęciu, jakie wykonuje, o rutynie i uciążliwej powtarzalności nie ma mowy, bo np. raz podejrzany wyrzuca oknem swoją żonę, a kiedy indziej ktoś topi ofiarę w basenie miejskim. Przytrafią się czasem sceny jak z restauracji japońskiej, gdzie niczym w dowcipie o tygrysie bengalskim będzie i śmieszno, i straszno. Tam właśnie wizja lokalna w sprawie "rypania" z pistoletu ukaże w pełnej krasie absurd rosyjskiej rzeczywistości. Pijana kelnerka w przebraniu gejszy (tę rolę świetnie zagra Izabela Dąbrowska) jako świadek zbrodni przypadkiem zdefiniuje realność postsowiecką, za pomocą następującej historii z własnego życia. "Wczoraj jechałam, panie kapitanie, tramwajem linii 26. W pewnym momencie pytam motorniczego, czy ten tramwaj jedzie ulicą Małyszewa. Pan wie, co on mi odpowiedział? A chuj wie!". W efekcie trudno się dziwić groteskowemu rozwojowi wydarzeń i temu, co spotka samego Walę.

Sztuka braci Presniakow Udając ofiarę nie jest łatwa do zaadaptowania w teatrze. Wystawiając ją na deskach Och Teatru, Krystyna Janda wywiązała się jednak z zadania dosyć zręcznie. Reżyserka sprawiła, iż na scenie dzieje się tak dużo, że oszołomiony widz nie musi dostrzec ewidentnych niedociągnięć i niekonsekwencji. Przez gąszcz rekwizytów, kakofonię skocznych melodii radzieckich, plątaninę wygibasów aktorskich przebija się jednak kilka refleksji. Na przykład taka, że mnogość postaci grających w przedstawieniu nie kreuje jakiejś synergii. Niektórzy z bohaterów sztuki nie zostali obdarowani przez dramaturgów przesadnie obfitym materiałem mówionym. Chcąc zostać zauważonymi, drugoplanowi aktorzy nadrabiają więc gestykulacją, co wzmaga efekt tragikomiczny, ale niczemu istotnemu nie służy. Nie jest też do końca jasne, komu Janda przyznała w spektaklu rolę wiodącą. Ekstrawaganckiemu Wali czy może cynicznemu pierwotnie kapitanowi, który wraz z nabywanym doświadczeniem zawodowym odzyskuje szlachetną naiwność dziecka? Przeciw temu drugiemu wariantowi przemawiać by mogła mnogość przekleństw, jakimi śledczy zapalczywie miota w swoim iście hamletowskim monologu. Takimi prostymi środkami można podkoloryzować każdą postać. Ale czy aby na pewno kogoś o wrażliwości dziecka? A może wszystkiemu winien jest rosyjski nachuizm?

Tomasz Misiewicz
Odra
10 września 2016
Portrety
Krystyna Janda

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia