Nacjonalistyczny romantyzm

Rozmowa z Árpádem Schillingiem

- Nauczyłem się, że egoizm robi ogromne szkody w życiu artystycznym. Zawsze jesteśmy krytyczni wobec tego, co wokół, ale kiedy chodzi o nas, zapominamy o demokracji, a autokracja zaczyna nam jakby mniej przeszkadzać - reżyser Árpád Schilling opowiada o węgierskim teatrze.

Piotr Olkusz: Mi a magyar? Co to znaczy być Węgrem?

Árpád Schilling: Nie potrafię wskazać jednej, typowej tylko dla Węgrów cechy. Na pewno są to kwestie historyczno-kulturalne, ale im więcej jeżdżę po Europie, tym bardziej przekonuję się, że to, co uznawałem za typowo węgierskie, mogę odnaleźć także w innych krajach. Jest pewne, że w ciągu ostatnich dwustu lat Węgry są w stanie wielkiej pomyłki. To rodzaj nacjonalistycznego zapotrzebowania na niezależność, to potrzeba walki przeciwko wielkim imperiom, czy to przeciwko Niemcom, czy to przeciwko Rosji (Polacy mają podobnie, prawda?). To wreszcie nieustanny konflikt z naszymi narodowościami, żyjącymi wśród nas. Nigdy nie potrafiliśmy, choć chcielibyśmy, na nowo być wielkimi, jak osiemset lat temu. Zawsze coś przegrywaliśmy.
Nigdy też nie potrafiliśmy dogadać się z Rumunami, Słowakami, Serbami, Chorwatami, Żydami, Romami. Nigdy z nikim Zawsze oczekiwaliśmy, że się zasymilują z nami. Ale tych, którzy najbardziej się zasymilowali - na przykład Żydów - pozbywaliśmy się. Nie udawała nam się ani współpraca na zewnątrz, ani wewnątrz. I dokładnie tak samo mamy i dziś - rząd rządzi jakimiś dwoma milionami ludzi, a następne osiem go nie obchodzi. Jeżeli więc musiałbym wskazać coś najbardziej charakterystycznego dla Węgrów, to może to, że gdy w jednym czasie i w jednym miejscu znajdzie się dwóch Węgrów, to na pewno się ze sobą nie zgodzą.

Polacy mówią to samo o sobie.

- Dlatego nie wierzę, że są jakieś cechy narodowe. Są ślady narodowo-historyczne i trzeba dokładnie je rozumieć, ale nie dlatego, że są to nasze narodowe charaktery. Nie powinno się ich szukać w sposób wymuszony. W ostatnich dwóch wiekach z takiego myślenia robiły się ogromne polityczne problemy: wielu zginęło, wielu musiało emigrować A wszystko dlatego, że ktoś szukał wspólnej narodowej cechy.

To paradoks, że konflikty wybuchają na skutek działań ludzi, którzy mówią o poszukiwaniu wspólnego mianownika.

Bo w zły sposób chcą tę wspólnotę tworzyć. Znakomitym przykładem jest tu Attila Vidnyánszky. Nie opowiem całej historii, ale wówczas gdy się pojawił, gdy jako człowiek teatru zaczął dostawać poważne rządowe dotacje, to dostrzegł, że oto jest moment historyczny. I co zaczął deklarować? Przede wszystkim rozbił branżę na dwie części. Nigdy przedtem nie było takiego działania, może podczas drugiej wojny światowej. Nawet w czasach komunizmu tego nie było. Gdy w 2011 siedzieliśmy naprzeciwko siebie, dyskutując o Narodowym Funduszu na Rzecz Kultury, o tym, jak powinny wyglądać składy komisji rozdzielających granty, opowiadałem się za podejściem branżowym, za tym, by każdy rodzaj teatru - niezależny, instytucjonalny, dramatyczny, lalkowy i tak dalej - miał tam swoich przedstawicieli. A on powiedział, robiąc wymowny gest dłonią: "To jest wasze, a to jest nasze". "Co masz na myśli, mówiąc my i wy?" - pytam. "Bardzo dobrze wiesz - odpowiedział. - Wy, wszyscy lewicowo-liberalni, którzy do tego momentu wykorzystywaliście swoją władzę A teraz przyszliśmy my." A przecież kiedy przy władzy był "lewicowo-liberalny" rząd, to on był głównym reżyserem Narodowej Opery Węgierskiej, a potem dyrektorem największego pozastołecznego teatru Więc o jakim ucisku jest tu mowa? Ja od 2010 roku nie mam wejścia ani do publicznego radia, ani do publicznej telewizji. To jest ucisk, prawda? Ale on? Główny reżyser Opery Narodowej za "lewicowo-liberalnej" władzy? Ja nie mogę dziś pracować w operze w Budapeszcie, choć przecież reżyserowałem w operze w Stuttgarcie czy Monachium Tylko tu nie. Mamy u nas do czynienia z obrazą i chęcią zemsty za stuletnie nie wiadomo co. Mamy do czynienia z graniem na podziale Budapeszt - prowincja Ale te nastroje podgrzewają ludzie, którzy sami są i byli wcześniej reprezentantami elity. Orbán od końca komunizmu jest członkiem elity. Od trzydziestu lat nie robi nic innego, tylko politykę. Bardziej wierzę Trumpowi, jak krzyczy "Dość elit!" (choć w jego ustach to i tak głupota), ale Orbán finansowo i politycznie od trzech dekad jest członkiem elity, więc co ma na myśli? W takiej sytuacji naprawdę trudno o rzeczową dyskusję. Chciałem rozmawiać z Vidnyánskim na tematy branżowe, ale spotykałem się z takim uporem, że w pewnym momencie miałem po prostu dość. Nie będę przez całe życie zastanawiał się, jak przekonać Attilę Vidnyánskiego.

Attila Vidnyánszky mówi, że on chciał bronić teatrów instytucjonalnych, a pan chciał życia grantowego.

- Zawsze mi tak mówił, ale to nie jest prawda. W 2009, jeszcze za poprzedniego rządu, pojawiła się możliwość stworzenia ustawy regulującej życie teatralne - wcześniej swoją ustawę zyskali filmowcy, dzięki czemu dużo wygrali, dostając między innymi gwarancje państwowych dotacji. Nad ustawą pracowaliśmy długo, w 2009 doprowadziliśmy projekt do końcowej wersji, ale funkcjonowała tylko pół roku, bo po zmianie władzy została natychmiast zlikwidowana. Do prac nad tą ustawą, po raz pierwszy od dwudziestu lat, mogła włączyć się cała branża - rząd się nie angażował, dawał wolną rękę. I kto był najaktywniejszy? Kto rozmawiał, wymieniał maile? Pokolenie trzydziesto- i czterdziestolatków, twórcy niezależni. Im zależało najbardziej. Końcowy projekt zakładał wprowadzenie różnego typu gwarancji dla różnego typu zespołów. W tym momencie Attila Vidnyánszky zaprotestował, twierdząc, że rozwiązanie nie służy największym, instytucjonalnym teatrom zespołowym. Tyle tylko, że wśród sygnatariuszy porozumienia były też tamte teatry, bo nie podzielały obaw Vidnyánskiego. Ten się zdenerwował, uznając, że nikt się nie liczy z jego zdaniem, że wszyscy są lewicowi i nie interesuje ich kwestia prowincji (pracował wówczas w Debreczynie), i założył własne stowarzyszenie - obok tego, które istniało od czterdziestu lat. Problem jednak nie w samym założeniu stowarzyszenia - miał do tego prawo. Ale Attila Vidnyánszky założył je wyłącznie na podstawie ideologicznej: miało być prawicowe. Istniejące wcześniej stowarzyszenie nie było ani prawicowe, ani lewicowe. Oczywiście, ludzie mieli poglądy, zastanawiali się, w jakim idą kierunku, ale nie to było bazą stowarzyszenia. Vidnyánszky założył więc własne i zaczął krzyczeć, że ustawa jest zła. Ci, którzy pracowali nad ustawą, zachęcali, by wrócić do rozmów. To był już 2009 rok, już było wiadomo, że rząd upadnie. Przeciwnicy ustawy wiedzieli o tym i grali na to, że nowa władza wyrzuci to prawo. Nie wchodzę w dalsze szczegóły, ale powtarzam: nigdy nie mówiłem, że nie potrzebujemy teatrów repertuarowych i zespołów. Mogę pokazać moje wypowiedzi publikowane już w tamtym okresie. Ale zwracałem też uwagę, że system teatralny odziedziczyliśmy po komunizmie, a partia komunistyczna zrobiła go również po to, by ludzie siedzieli w jednym miejscu i można było kontrolować ich zabawę. Jeśli taka jest baza naszego teatru węgierskiego, to na nowo trzeba go przemyśleć. Trzeba zapytać, co oznacza pojęcie dotowanej z państwowych środków instytucji kultury? Jakie są wymagania względem niej? Na czym polega jej misja? Kto de facto ją utrzymuje? Jak można na nią zbierać granty? Jaki kształt mają komisje grantowe? Co to oznacza, że jest zespół teatralny? Bo osobną sprawą jest instytucja, osobną sprawą zespół. Źle jest, jeśli jakiś zespół dochodzi do wniosku, że dana instytucja należy do niego. Warto zauważyć, że w ostatnich piętnastu latach wielu młodych artystów teatralnych nie próbowało ubiegać się o kierowanie dotychczasowymi instytucjami - za każdym razem spoglądaliśmy na te ogromne zespoły, nieraz trzydziestoosobowe, zastanawiając się, co można by zmienić w instytucji, którą aktorzy uznają i będą uznawali za własną. To problem obywatelski - teatr nie jest teatrem aktora czy aktorów, to teatr należący do wszystkich. W myśleniu o instytucjach widać pozostałości komunizmu i często o tym mówiłem. Również na pamiętnym spotkaniu z Vidnyánskim, na którym usłyszałem od niego, że chcę zlikwidować zespołowe teatry i wszystkie pieniądze oddać teatrom niezależnym. Nie, nieprawda.

Z perspektywy polskiej ten spór jest jeszcze trudniejszy do zrozumienia. Jak pan wie, walczymy w Polsce o utrzymanie instytucjonalnej formy teatru i mówimy, że teatr należy do zespołu, a nie należy do państwa. Broniąc teatru publicznego, chcemy również bronić tych zespołów. We Wrocławiu protestujący aktorzy zwracają uwagę na swoje prawo do teatru, choć większość pozostałych pracowników Teatru Polskiego popiera nową dyrekcję. Pan po której stanąłby stronie?

- Dziesięć lat miałem zespół, czterdziestoosobowy, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę pracowaliśmy razem, choć nie mieliśmy teatru. Graliśmy dwieście pięćdziesiąt przedstawień rocznie, mieliśmy dużo widzów, zjeździliśmy całą Europę, ale nie mieliśmy "teatru-instytucji". Był grant i pracowaliśmy w takim systemie, że jedna trzecia środków szła od państwa, jedna trzecia od zagranicznych koproducentów, a jedna trzecia z biletów. I jednocześnie mówiliśmy, że zespół to jest święta rzecz. Myśląc, jak go utrzymać, marzyliśmy o systemie wieloletnich grantów - modelem był, nieistniejący już zresztą w tej formie, system holenderski. Marzyliśmy o sytuacji, w której zespoły mogłyby nawiązywać współpracę z instytucjami - wchodziłoby się do pracy w teatrach na jaki czas, jeśli owoce tej pracy byłyby dobre, to można by tę współpracę przedłużać. Ale chcieliśmy, by ten teatr był też otwarty na inny zespół, i jeszcze na inny. Gdy siedemnaście lat temu skończyłem studia, dyrektorzy teatrów mieli zwykle po sześćdziesiąt pięć lat, a byli i starsi. Nie było młodszych. Było trzydziestu, czterdziestu młodych reżyserów z dyplomami i nie mieliśmy żadnej szansy na dyrekcję, bo powtarzano, że ten teatr jest teatrem pewnego zespołu, a dyrektorzy od kilkunastu lat byli dyrektorami. I dziś, w 2017 roku, dyrektor teatru też ma zwykle ze sześćdziesiąt lat.

Najważniejsza postać Węgierskiego Funduszu na Rzecz Kultury, szef Magyar Művészeti Akadémia, Węgierskiej Akademii Sztuk, György Fekete ma osiemdziesiąt cztery.

- Bardzo stary.

A jak ocenia pan jego wpływ na Węgierski Fundusz na Rzecz Kultury? Jak pan ocenia MMA?

- To ciekawa sprawa. Swojego czasu podjęto decyzję, że kulturę należy wspierać również przez granty i że te decyzje powinny być niezależne od nacisków państwowych. Mówimy tu o dotacjach, które pozyskiwano z gier losowych i które przekazywano do Węgierskiego Funduszu na Rzecz Kultury, całkowicie odciętego od państwa. Państwowe dotacje na kulturę przekazywane za pośrednictwem Ministerstwa Kultury to była inna pula. Komisje Funduszu były powoływane na podstawie decyzji branży, różnych środowisk. W każdej komisji ministerstwo miało reprezentanta, ale można go było przegłosować - to były świetne regulacje. Dziś komisja wygląda tak, że jedną trzecią głosów ma w niej ministerstwo, jedną trzecią MMA Györgya Feketego albo stowarzyszenie Attili Vidnyánskiego i zostaje jedna trzecia na branżę. Jeśli przejrzałby pan decyzje Funduszu, zobaczyby pan, jakie są powiązania. Na przykład ile osób daje sobie - na własną działalność. Tak potoczyły się losy Narodowego Funduszu na Rzecz Kultury. Historia MMA jest jeszcze bardziej interesująca. Powstała w 1992 jako inicjatywa niepubliczna, podobnie jak Akademia Literacka i Artystyczna im. Széchenyiego (Széchenyi Irodalmi és Müvészeti Akadémia, SZIMA), W MMA byli ludzie najczęściej w ogóle nieznani, wyglądem podobni do Györgya Feketego, mający słabość do mitologii o starych Węgrach Myślenie, które przed zmianą systemu było nielegalne, a po zmianie doszło do głosu. W tej grupie była też wielka osobowość, Imre Makovecz, naprawdę wielki architekt awangardowy. Miał prawicowe poglądy, silnie popierał Viktora Orbána. Gdy umarł, jego najlepszy przyjaciel György Fekete, przed zmianą architekt wnętrz siedzib partii, przejął kierownictwo MMA. Kiedy Orbán znalazł się u władzy i powstała nowa konstytucja nazwana ustawą podstawową, to na jej stronice wpisano akademię Makovecza (SZIMA została pominięta). Dzięki temu rozwiązaniu pozcja MMA stała się stabilna instytucjonalnie i finansowo, bo Akademia dostała olbrzymie środki. Swoboda jej działań jest olbrzymia, nie jest też określone, kiedy Fekete przestanie ją prowadzić. Teraz jest szefem i otrzymuje dla MMA wielkie pieniądze, a także nieruchomości. MMA przejęło też Műcsarnok po wystawie Mi a magyar? Wystawa nie podobała się Feketemu, więc po prostu wziął muzeum.

A Gábor Gulyás podał się do dymisji na znak protestu.

- Choć jest prawicowy. MMA jest potężne i zajmuje się tym, żeby zagwarantować starym artystom emeryturę. Jeśli wejdzie się na ich stronę internetową, zresztą o złym dizajnie, to widzi się wyłącznie stare twarze. Starcy i żadne projekty. MMA to od korzeni twór nieprofesjonalny. I nie tylko chodzi o to, na co dają pieniądze: chodzi o to, że mamy do czynienia z tworem niedemokratycznym. Nie mówiąc już o tym, że György Fekete jest otwarcie antysemitą: o György Konrádzie, naszym pisarzu żydowskiego pochodzenia, Fekete powiedział, że nie jest Węgrem i nigdy się z tego nie wycofał. Artyści też nie zrobili z tego żadnej awantury.

Węgrzy sąsiadują z własnymi granicami?

- To jest myślenie kontrproduktywne, rozpolitykowane. Ciekawe, że Węgrzy żyjący poza granicami identyfikują się z czymś zupełnie innym. Rząd chciałby kupić ich głosy, ale oni mają własną identyfikację - oni nie chcą należeć do Węgier. Często Węgrzy z zagranicy mówią, że chętniej przebywają dajmy na to na Słowacji, bo to już jest Europa. Po Traktacie w Trianon wykształcił się romantyzm, który jest żywotny do dziś: to opowieść o wielkich Węgrzech, których przecież nigdy nie było: na terenach, o których mówi się "wielkie Węgry", Węgrzy nigdy nie byli w większości.

Jak "polska Ukraina"

To jest obraz romantyczny, którym można zabawić wielu ludzi. Najważniejsza jest teraz odpowiedzialność za młodych, by naprawdę zrozumieli własną historię, to, kim jesteśmy. Minimum to być ze sobą szczerym.

No to dbacie o historię. Stworzono w Budapeszcie Dom Terroru, nie podoba się panu?

- Zaczęło się to tak: zróbmy Dom Terroru w tym budynku, w którym pracowali naziści, strzałokrzyżowcy i później staliniści. I zrobili z tego Dom Terroru. W osiemdziesięciu procentach mówi się tam o grzechach komunistów i tylko w małych procentach o grzechach nazistów. Bo komunistycznego systemu od początku aż do końca można nienawidzić. Ale z historią przed drugą wojną światową już jest problem, bo to historia nacjonalistyczna i wielkie romantyczne marzenie. Maria Szmidt, która stworzyła Dom Terroru jeszcze za pierwszego panowania Viktora Orbána, przepisała i sfałszowała historię. Historycy ją krytykowali, ale to zagłuszano. Niedawno mieliśmy rocznicę roku 1956 i Maria Szmidt była odpowiedzialna za olbrzymi rocznicowy projekt. Powiesiła między innymi na mieście wielkie plakaty z archiwalnymi zdjęciami młodych ludzi - na jednym z nich, zgodnie z podpisem, powinien znajdować się pewien aktor. Ale okazało się, że to nie on. Zgłosił się ktoś, kto był na tym zdjęciu naprawdę, kto protestował i mówił, że może udokumentować swoją wersję. Zdjęli zdjęcie, ale Maria Szmidt do dziś nie przyznaje, że powiesili fotografię kogoś innego. A dlaczego? Ponieważ aktor, który rzekomo był na zdjęciu, popiera dzisiejszy rząd.

Niektórzy historycy zwracają uwagę, że Maria Szmidt zrobiła muzeum, w którym cały okres 1944-1990 jest niegodny pamięci, a najgorszy jest okres tuż po wojnie. Czym dla pana jest rok 1956. To przygoda młodych w duchu narodowym?

- Myślę, że to bardzo ważna data, którą bardzo trudno pojąć i do której sedna trudno dotrzeć - wciąż bardzo niewiele o niej wiemy. A poza tym jest to okres bliski drugiej wojnie światowej, wciąż dużo jest strzałokrzyżowców, między nami żyją naziści, są też Żydzi, którzy powrócili do kraju, jest sowiecki ucisk, jest kokietowanie Zachodniej Europy... Bardzo skomplikowana sytuacja, której nie można obejmować jedynie spojrzeniem nacjonalistycznego romantyzmu. Najważniejszą sprawą, z której możemy być dumni, jest to, że historia zaczęła się buntem studentów, ale na ulice wyszły później ogromne tłumy, różne grupy społeczne. To była piękna współpraca, którą później niezręczna polityka i zewnętrzne naciski zniszczyły. Racjonalnie rzecz biorąc, rok 1956 nie mógł się udać - po drugiej wojnie światowej niczego nie można było wywalczyć. Dziś chętnie mówi się, że mieliśmy do czynienia z narodowym romantyzmem, że walczyliśmy o wolność, a Zachód nas zostawił. Mniej chętnie mówi się zaś, że uciskali nas Rosjanie - powtarzanie tej prawdy zaszkodziłoby przyjaźni Orbána z Putinem A to jak robienie narodowej rzeźby z ukryciem jednej jej części. Swoją drogą warto powiedzieć, że rok temu, gdy obchodziliśmy rocznicę 1956 roku, Putin poszedł z Viktorem Orbánem składać kwiaty pod pomnikiem, wzniesionym dla "bohaterskich Rosjan", którzy zginęli tu, w Budapeszcie. Orbán i Putin kładli kwiaty pod pomnikiem wzniesionym dla upamiętnienia likwidacji kontrrewolucji! Zrobiliśmy przeciwko temu demonstrację, ale prawicowcy i nacjonaliści nie przyszli, choć nie da się już w brzydszy sposób opluć narodowej pamięci

Kiedyś rządy Orbána się skończą, jak pan sobie wyobraża spotkanie dwóch światów w nowej rzeczywistości? Co zrobić, żeby nie wziąć odwetu?

- Ja na pewno nie chcę odwetu. Z tej całej sytuacji, w której się znaleźliśmy, bardzo dużo się uczę i jestem za to Orbánowi wdzięczny. Zemsta jest jednak wykluczona. Ważne, że są też konserwatyści, którzy całkowicie odwrócili się od Orbána, że mówi się o mieszczaństwie, o Zachodzie, że losy Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego doprowadziły do dyskusji o autonomii uniwersytetu, o antysemityzmie, o wdzięczności i niewdzięczności. A przecież nie można też zapominać, że Viktor Orbán dostał wcześniej dużo pieniędzy od George'a Sorosa, jeszcze przed zmianą systemu. I ważne, że są ekonomiści i biznesmeni, również konserwatyści, którzy protestują przeciwko sposobowi rozdawania europejskich pieniędzy przez Orbána. Myślę, że bardzo ważna jest trzeźwa rozmowa - ja jestem sangwinikiem, ale staram się rozmawiać o tych wspólnych sprawach nie tylko z mojej perspektywy, próbując stworzyć jakiś intelektualny dystans. Nasza sytuacja nie jest beznadziejna - gmatwanina tworzona przez Viktora Orbána z czasem będzie coraz bardziej widoczna. W 2020 roku skończą się unijne dotacje, a Węgry nadal będą najwolniej rozwijającym się krajem Orbán nie będzie mógł znów wygrać. Wydaje się, że największe szanse na zwycięstwo mogą mieć lewicowcy, ale MSP, Węgierska Parta Socjalistyczna, ma niewiele wspólnego z lewicowością - to partia postkomunistyczna, mimo pewnych przemian, które w niej zaszły. A jednak jej politycy nie są wiarygodni, są skorumpowani, liczy się tam fraternizacja, kolesiostwo. Potrzebowalibyśmy nowej opozycji, ale na horyzoncie nie dzieje się dobrze - opozycja jest mała, jej liczne ugrupowania nie współpracują ze sobą. Na razie, jak myślę, to naturalne. Dopiero teraz zaczynamy dostrzegać problem. Sam staram się być cierpliwy i powtarzam, że przede wszystkim trzeba pamiętać: pamiętać nasze decyzje, pamiętać o tym, co sami zepsuliśmy, ale i pamiętać o naszych bohaterach. Dziś mamy do czynienia z pewną modą: jak ktoś wkracza w politykę mając jakieś dwadzieścia pięć lat, to do takich jak ja, starszych o lat piętnaście, mówi, że jesteśmy starzy, że już we wszystkim byliśmy, że mamy się wynosić. Z takim myśleniem niczego nie zrobi się razem.

A jak po roku 2020 nowy minister kultury powie panu: proszę zostać dyrektorem Teatru Narodowego, zostanie pan?

- Nie. Decyzja podejmowana w taki sposób nie jest decyzją demokratyczną. Ja takim działaniom nie chcę służyć. Niech będzie rozpisany konkurs, niech będą określone zasady grantu, niech ten, kto chce, napisze program i niech będzie komisja, która podejmie decyzję. Otwarty konkurs - przejrzysta decyzja Ale, prawdę mówiąc, nawet gdyby wszystko odbywało się według takiej procedury, to nie wiem, czy miałbym ochotę ubiegać się o to stanowisko - moim życiowym celem nie jest bycie dyrektorem Teatru Narodowego. To cel Attili Vidnyánskiego, nie mój. Powtarzam jednak raz jeszcze: nie popieram mechanizmu stojącego za decyzją "Tobie coś damy". Nie lubię tego. W ciągu ostatnich siedmiu lat bardzo dużo się nauczyłem. Gdyby dekadę temu zadał mi pan to pytanie, to może moja odpowiedź wyglądałaby inaczej, może byłbym dumny, że zaproponowano mi Narodowy. Ale w ciągu ostatnich siedmiu lat wydarzyło się tak wiele Nauczyłem się, że egoizm robi ogromne szkody w życiu artystycznym. Zawsze jesteśmy krytyczni wobec tego, co wokół, ale kiedy chodzi o nas, zapominamy o demokracji, a autokracja zaczyna nam jakby mniej przeszkadzać. Zapominamy, jaką rolę ma państwo, i zapominamy, gdzie się kończy to, co prywatne.

___

Árpád Schilling – reżyser teatralny - urodził się 1 maja 1974 r. w Cegléd na Węgrzech. Jeden z najwybitniejszych reżyserów europejskich i założyciel Krétakör Színház. Jest autorem wielu spektakli cenionych na całym świecie, m.in.: "Płatonow" i "Mewa" Antona Czechowa, "Baal" Bertolta Brechta, "Leonce i Lena" Georga Büchnera czy "hamlet.ws". Współpracował z najlepszymi europejskimi teatrami: Théâtre National w Strasburgu, Schaubühne w Berlinie, Piccolo Teatro w Mediolanie, Katona József Színház w Budapeszcie, czy wiedeńskim Burgtheater. W 2009 roku otrzymał tzw. "teatralnego Oscara" - Europejską Nagrodę Teatralną.

Piotr Olkusz
Dialog
22 listopada 2017

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia