Najlepsi idą do piekła

"Samotny Zachód" - reż. Robert Czechowski - Teatr Lubuski w Zielonej Górze

16 stycznia 2016 r. na scenie Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze odbyła się premiera sztuki Martina McDonagh'a „Samotny Zachód" w reżyserii Roberta Czechowskiego. Ostatni utwór z „Trylogii Leenane" jest obrazem ludzkiego upadku, samotności, słabości, utraty wiary. Irlandzki dramatopisarz pokazuje świat, w którym to najlepsi zawsze idą do piekła. Świat, w którym pozornie nie ma ludzkich odruchów i możliwości ocalenia. Świat porzucony przez Boga, choć wcale niepozbawiony miłości, więzów przyjaźni i lojalności. Świat, w którym dominuje czerń i biel, ale który za sprawą zielonogórskiego zespołu z całą pewnością nie jest czarno-biały.

Bimber i plastikowe Maryjki

Spektakl rozpoczyna się lirycznie. Na zaciemnionej scenie, na której zarysowują się kontury przedmiotów zaczyna grać przejmująca trąbka. Jej smutna pieśń towarzyszy młodej dziewczynie Girleen (Romana Filipowska), zapisującej coś w pamiętniku. Nastrój rozpada się, gdy na scenie pojawiają się główni bohaterowie Val i Coleman (Janusz Młyński i Jerzy Kaczmarowski), wszczynając awanturę o wypity bimber. Soczysty język rozbija dźwięki instrumentu i atmosferę melancholii.

Osią spektaklu są obrazoburcze, obsceniczne i śmieszne kłótnie dwóch podstarzałych braci. Powtarzające i ciągnące się w nieskończoność przepychanki słowne są siłą napędową ich życia. Obaj piją bimber, który burzy im krew i prowokuje do zaciętości. Postaci są genialnie skonstruowane – Val zbierający z uporem maniaka plastikowe Maryjki i obsesyjny Coleman, zaczesujący niesforną fryzurę grzebieniem, dają się w swojej prostocie, czy może prostactwie lubić. Nie da się ukryć, że Młyński w roli Vala i Kaczmarowski jako Coleman są do tych ról jakby stworzeni. Brawurowo wtórowali sobie nawzajem, żonglując gęstym tekstem i wybrednymi przekleństwami. Dynamika i precyzja z jaką zbudowali bohaterów świadczą o wielkim kunszcie i talencie, co potwierdza wybitnie zagrana ostatnia scena.

Ku przepaści

Żarty zwieńczone bójką bynajmniej nie kończą się z pojawieniem na scenie księdza Welsha – w tej roli Ernest Nita. Budowany klimat groteski, który aż kipi od komentarzy do współczesnej sytuacji w Polsce staje się pretekstem do zajrzenia w głąb ludzkiej duszy. Postać księdza, dzięki Nicie na szczęście jest niejednoznaczna i skomplikowana, po prostu ludzka. Duchowny, który „nie potrafi obronić Boga, kiedy ludzie są przeciwko Niemu" pomimo swoich ułomności – a może właśnie dzięki nim – uparcie stara się braci pogodzić. Zwłaszcza w obliczu śmierci ich ojca. Niestety jest bezradny nie tylko wobec dzikiej pasji Vala i Colemana, ale w ogóle wobec społeczności swojej parafii i siebie samego.

Wszyscy bohaterowie zakrapiają swoje życia pędzonym samogonem, sprzedawanym przez Girleen. Romana Filipowska pokazała wiele twarzy dorastającej w zdegradowanej męskiej rzeczywistości dziewczyny, która stając się kobietą jeszcze przez jakiś pozostaje dziewczynką. Wydobyła płochość, przedstawiła wewnętrzny świat nieszczęśliwie i niemożliwie zakochanej młodej kobiety, a także wielką emocjonalność, gdy ten świat się rozpada. Pokazała prawdę, która rzadko ma tylko jeden kolor.

Jezioro – miejsce romantyczne

Pijackiemu korowodowi towarzyszą zabójstwa i samobójstwa, do których dochodzi w miasteczku. Te makabryczne historie przypominające opowiadania Edgara Allana Poe mają miejsce w bardzo poetyckiej, malarskiej scenerii, zaprojektowanej przez Wojciecha Stefaniaka. Romantyczny pejzaż szklanego jeziora i metalowej góry staje się kontrapunktem i przeciwwagą dla słów padających ze sceny. Razem z przepiękną muzyką opracowaną przez Damiana-neogenna-Lindnera burzą misternie zbudowany świat wulgarności, groteski i przemocy.

Rozpędzony i nakręcony rytm sztuki przerywa dramat – samobójstwo księdza Welsha. Moment zadumy nad istotnością ludzkiego życia szybko stłumiły żarty Vala i Colemana. Jednak kobieca perswazja Girleen zmusza ich do chwili refleksji. Śmierci księdza towarzyszy zupełnie romantyczny topos zaklętego jeziora. Wewnętrzne rozdarcie postaci jest zintensyfikowane opowieścią o topielcach. W przymglonej, przydymionej tafli jeziora tańczą, jakby chcieli się wydostać Dziewczyna I (Joanna Koc), Dziewczyna II (Joanna Wąż), Dziewczyna III (Alicja Stasiewicz) i Chłopak (Wojciech Romańczyk). Za sprawą choreografii Pawła Matyasika dwa światy, realny i fantastyczny, zderzyły się ze sobą, uwypuklając wieloznaczność zdarzeń i postaci. Jezioro samobójców wydobywa warstwę wrażliwości, którą bohaterowie sztuki maskują nieczułością i alkoholem.

Pojednanie jest możliwe

Wykpiwany temat odkupienia, piekła i nieba zajmuje ważne miejsce w rozmowach bohaterów. Tuż przed dołączeniem do grona topielców, ksiądz Welsh pisze list do braci, w którym niezupełnie bez nadziei stawia na nich swoją duszę. Val i Coleman wznoszą się ponad swoje przyzwyczajenia i w ostatniej scenie wyjawiają najgorsze świństwa, jakich się dopuścili i szukają przebaczenia. Znakomita gra aktorska, tempo i rytm sprawiają, że ta scena jest nie tylko świetna technicznie, ale pokazuje, że dopóki jest w człowieku wola i miłość, pojednanie jest możliwe.

„Samotność zachodu" w zielonogórskim przedstawieniu obraża i obnaża wszystkie świętości. Odkrywa ludzkie słabości i małości. Łączy żywy, wulgarny język z siłą relacji międzyludzkich. To z jednej strony czarna komedia, a z drugiej traktat o człowieku.
Niejednoznaczność jest wielkim atutem tego spektaklu. Tylko w taki sposób można prawdziwie opowiedzieć o ludzkiej naturze. To właśnie kontrast potrafi wydobyć najsubtelniejsze tony drzemiące w każdym nas. Reżyserowi udało się uniknąć farsy i wydobyć uniwersalizm oraz ponadczasowość sztuki McDonagh'a.

Ten rodzaj teatralnej narracji i zastosowanej formy wymaga nie tylko wrażliwości, doświadczenia realizacyjnego i wysokich umiejętności warsztatowych aktorów obsadzonych w głównych rolach. Potrzebuje także ostrożności, bowiem niemal cała, opowiadana przez zielonogórski zespół historia toczy się na krawędzi dobrego smaku i literackiego kiczu. Na szczęście dla twórców i przede wszystkim dla widzów owe granice nie zostały przekroczone, mimo że kilka razy dochodziło do niebezpiecznej bliskości. Należy podkreślić ten fakt, ponieważ jego istnienie dobitnie świadczy o bezkompromisowości i artystycznemu wyczuciu, jakie Lubuski Teatr od kilku lat reprezentuje. "Samotny Zachód" w żadnej mierze, nie jest przedstawieniem familijnym, jest za to wybijającym się na czoło repertuarowych wydarzeń spektaklem, który bez wątpienia powinno się obejrzeć i - zgodnie z własnymi predyspozycjami - przeżyć.

Martyna Dębska
Dziennik Teatralny
20 stycznia 2016

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia