Najmłodsza z tłumu kochanek

Marta Klubowicz: w kultowej komedii "Och, Karol"

W drugiej połowie lat 80. jej kariera nabrała zawrotnego tempa, ale Marta Klubowicz nie była zachwycona zdobytym rozgłosem. Skromna, skupiona na swojej pracy, podkreślała, że nie zależy jej na sławie i popularności. Nie pojawia się na imprezach branżowych, bez wahania odrzuca propozycje występów w programach dla celebrytów. Woli stać z boku i poświęcić się temu, co faktycznie ją fascynuje. W komedii "Och, Karol" z 1985 r. grała młodziutką Paulinę. 22-letnia wówczas Klubowicz była najmłodszą aktorką wśród grona pań występujących w komedii Romana Załuskiego. Dziś aktorka kończy 58 lat.

Na ekranie – za zgodą wierzącego w jej potencjał dziekana – zadebiutowała już jako studentka drugiego roku wrocławskiej PWST; udział w "Wakacjach z Madonną" (1983) wspominała jako niesamowitą przygodę, która tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że podjęła słuszną decyzję co do wyboru przyszłej ścieżki kariery. Wkrótce nadeszły kolejne propozycje i wymarzony angaż w Teatrze Powszechnym, znalazła się też w obsadzie kultowej dziś komedii erotycznej "Och, Karol" Romana Załuskiego. Jej pozycję w branży umocnił jeszcze serial "Tulipan", a potem pierwsza polska telenowela "W labiryncie", która ściągała przed ekrany kilkanaście milionów widzów.

Tyle że Klubowicz mocno się wahała, czy powinna przyjąć rolę Doroty Wanat – młoda, ambitna, wierząca w aktorską misję, chciała grać przede wszystkim w "sztuce wysokiej"; komercyjny serial wydawał się więc jej rezygnacją z tych wartości, ale za to gwarantował stałą, solidną pensję. "Mieliśmy poczucie, że uczestniczymy w jakiejś strasznej komercji. Oczywiście nikomu korona z głowy nie spadła", śmiała się w "Gazecie Wyborczej". By jednak pozostać uczciwą wobec samej siebie, dzieliła czas między plan filmowy a teatr, gdzie mogła rozwijać się artystycznie. Nie zawsze było to łatwe – przyznawała, że przez telenowelę wpadła do szufladki i ludzie przez długi czas kojarzyli ją z tą jedną tylko rolą, ekscytowali się losem granej przez nią bohaterki, która miała operację nogi, a pytania "Jak nóżka?" słyszała jeszcze nawet po zakończeniu emisji.

Problemy pojawiły się nieco później, gdy Klubowicz postanowiła zagrać w kontrowersyjnym przedstawieniu "Prostytutki" w reżyserii Eugeniusza Priwieziencewa. "Chyba za to wyleciałam z Teatru Powszechnego" – opowiadała w "Super Expressie". "I zamiast szukać sobie pracy w innym teatrze, obraziłam się na świat, załatwiłam sobie stypendium i pojechałam do Wiednia. I nagle okazało się, że nie ma dla mnie miejsca w kraju. Do dzisiaj płacę za to cenę".

Chociaż po powrocie musiała zmierzyć się z niechęcią części osób z branży i niemal od nowa budować karierę ("Przez tę nieszczęsną wiedeńską emigrację wyszłam z obiegu towarzyskiego. Ciągnie się za mną opinia, że mnie tu nie ma. Co mam zrobić? Wejść na Pałac Kultury i krzyczeć: »Tutaj jestem!«?" – irytowała się w rozmowie z Dorotą Wellman), wyjazdu nie żałuje – dzięki pobytowi za granicą zdołała podszkolić język, co z kolei pozwoliło jej zrealizować kolejne wielkie marzenie. Od dawna fascynowało ją pisanie i zabawa słowem, zaczęła więc tłumaczyć poezję i dramaty niemieckojęzyczne, co – choć, jak przyznaje, jest zajęciem wymagającym i żmudnym – daje jej ogromną satysfakcję. "Język był zawsze dla mnie czymś więcej niż narzędziem porozumienia. Język to jedyna ojczyzna, jaką mam i piąty żywioł" – twierdziła w rozmowie z portalem "Teatr dla was"."

Dzięki temu nie musiała też już tak bardzo martwić o brak aktorskich propozycji – Klubowicz nie ukrywa, że brakuje jej umiejętności rozpychania się łokciami, nie potrafi i nie chce walczyć o role, zabiegać usilnie o sympatię wpływowych osób. Szerokim łukiem omija imprezy, na których mogłaby się wylansować lub nawiązać korzystne znajomości. "Wiem, że powinnam, ale nie umiem, nie chcę, nie mam na to siły. Nie lubię targowisk próżności. Źle się czuję na bankietach, nie umiem jeść na stojąco z torebką na ramieniu i kieliszkiem w ręce", wyznawała w "Super Expressie".

Nie przepada za zainteresowaniem prasy, o swoim życiu prywatnym mówi niewiele. Jej małżeństwo z dziennikarzem Markiem Różyckim rozpadło się szybko, podobnie jak związek z cudzoziemcem poznanym w Austrii. Potem nie szukała miłości i dopiero w 2002 r. poznała mężczyznę, który przyprawił ją o szybsze bicie serca. Fred Apke – niemiecki reżyser i dramatopisarz – obsadził ją w swoich spektaklach i poprosił, by przełożyła jego sztuki na język polski. Wkrótce stali się nierozłączni. Klubowicz przyznaje, że trochę boli ją fakt, że nie zdecydowała się wcześniej na założenie rodziny. "Żałuję tylko, że nie mam dzieci" – twierdziła w "Rewii". I dodawała: "Coś pięknego mnie ominęło w życiu. Pocieszam się, że nie jestem tak fantastyczna, by koniecznie się rozmnażać".

"Na początku mojej drogi zawodowej wszystko układało mi się jak kwiaty w bukiecie, później zaczęło być trudniej i trzeba przeżyć taki czas, nabrać pokory – widocznie taka karma. Nie czekam na propozycje. Nie liczę na to, że coś mi spadnie z nieba. Nie mam pretensji do świata. Wymyślamy z przyjaciółmi projekty i próbujemy je realizować. Z różnym skutkiem" – opowiadała w "Nowościach".

Wciąż pojawia się na ekranie, choć głównie w serialach, ale uważa, że to żaden powód do wstydu. "Do wszystkiego, co robię, staram się podchodzić poważnie, zawodowo i robić to porządnie – dodawała. – Żyjemy w czasach komercji i musimy z czegoś żyć!". Ma też teatr, z którego nigdy nie zamierza zrezygnować. Chcąc krzewić wśród innych miłość do sztuki, z radością przyjęła propozycję objęcia stanowiska dyrektorki Nyskiego Domu Kultury, chociaż już po dwóch latach złożyła rezygnację w mało przyjemnych okolicznościach. "Nie chcę tu wracać, bo nie mam do czego – zwierzała się w Radiu Opole. – Radni, którzy wysoko oceniali działalność domu kultury pod moją dyrekcją, pomagają miejscowej telewizji w nagonce na mnie. Doskonale wiedzą, że zostałam zaszantażowana, że się nie ugięłam i nie podpisałam niekorzystnej umowy i za to jestem niszczona, a jednak to, że nie tolerują moich politycznych poglądów, okazuje się ważniejsze".

Aktorce zarzucano między innymi, że kiedy była na zwolnieniu lekarskim, wzięła udział w antyrządowych protestach w Warszawie; ona z kolei twierdziła, że była regularnie zastraszana (sprawa trafiła wreszcie do sądu), zniesławiana (telewizyjne reportaże opolskiej telewizji nosiły tytuły "Marta Klubowicz uśmierciła Nyski Dom Kultury" czy "Oszustka dyrektorem Nyskiego Domu Kultury") i musiała walczyć z układami.

Kiedy afera ucichła, znów mogła cieszyć się spokojem i poświęcić pracy. Przyznaje też, że chociaż nie zawsze wszystko szło po jej myśli, uważa się za kobietę spełnioną. "Udało mi się w życiu robić to, co chciałam. Zagrać w paru spektaklach, które coś ludziom dały. Przetłumaczyć wiele wartościowych sztuk. Jakoś przeżyć na poziomie życia, który mnie zadowala" – mówiła w "Nowej Trybunie Opolskiej". I dodawała: "Nie narzekam. I coś po sobie zostawię".

Sonia Miniewicz
Onet.Kultura
11 lutego 2021
Portrety
Marta Klubowicz

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...