Najpiękniejsza rozpacz

"Opowieści zimowe" - reż. Janusz Kruciński - Teatr Muzyczny w Poznaniu

O miłości napisano już chyba wszystko i na wszelkie sposoby. Edyta Krzemień ma natomiast w tym temacie jeszcze bardzo wiele do wyśpiewania. "Opowieści zimowe" zainaugurowały jubileuszowy rok w Teatrze Muzycznym.

Mnóstwo wspaniałych pod względem muzycznym dzieł wokalno-instrumentalnych opiera się na ogranej, banalnej fabule. Czasem próbuje się eufemistycznie tuszować jej pospolitość, dostrzegając w libretcie uniwersalną historię. Niewyszukana treść nie przeszkadza jednak muzyce podążać swoim własnym, głębokim torem.

Kobieta cierpiąca

Podobnie rzecz ma się z "Opowieściami zimowymi" Maury'ego Yestona, czyli cyklem na głos żeński i fortepian, w oryginale zatytułowanym "December songs". Ni to pieśni, ni piosenki - raczej rzeczywiście opowieści, wymagające od wokalistki umiejętnego połączenia tych dwóch gatunków i interpretacyjnego zespolenia całości.

Jedyną postacią jest tu porzucona kobieta, towarzyszą jej już tylko samotność, rozczarowanie, niespełnienie. Całą rozpacz, wzruszenie, wszystkie emocje usiłuje ponazywać wprost. Czasem wręcz okrutnie dosłownie, nawet infantylnie. Chwilami można odnieść wrażenie, że truizmy pozbawiają głębi (najprawdziwsze przecież) uczucia bohaterki. A przecież skrajna rozpacz nie zastanawia się nad doborem słów, nieraz jej siła przeważa nad treścią. Pięknie zresztą te proste słowa przeniósł na grunt naszego języka Lesław Haliński, nadając konwencjonalnym zwrotom wystarczająco dużo uroku, żeby nie epatowały swoją oczywistością.

Krzemień hipnotyzująca

Na szczęście to nie słowa są w spektaklu głównym nośnikiem emocji. I w poznańskim wykonaniu "Opowieści zimowych" nawet nie sama muzyka, notabene znakomicie zaaranżowana przez debiutującego na tym polu, niespełna 21-letniego Jakuba Kraszewskiego. Sercem i duszą przedstawienia jest Edyta Krzemień - wokalna odtwórczyni roli porzuconej kobiety. Poprzez niesamowitość jej głosu i autentyczność interpretacji śpiewana przez nią historia staje się jakby bliższa, prawdziwsza, ważniejsza. Trudno znaleźć słowa, by opisać to, jak za pomocą głosu potrafi niepodzielnie zawładnąć słuchaczem.

Piekielnie trudny rodzaj połączenia śpiewu klasycznego i rozrywkowego, jakiego wymaga od wykonawczyni cykl Yestona, Edyta Krzemień prezentuje w najlepszym, najbardziej profesjonalnym i wysmakowanym wydaniu. Słychać w jej głosie ogromną naturalność, która z jednej strony absolutnie hipnotyzuje słuchaczy, a z drugiej - wzbudza podziw nad tak wielkim i tak wspaniale pielęgnowanym talentem.

Szczególnie zniewalająca jest jej nieprawdopodobnie krystaliczna intonacja. Uznawana powszechnie za bezwzględną podstawę wykonywania muzyki, w głosie artystki staje się czymś tak doskonałym, tak niesamowitym, że sama w sobie potrafi być źródłem wzruszenia.

Wokalistka inspirująca

Odnoszę wrażenie, że w "Opowieściach zimowych" wszystkie elementy podporządkowane są właśnie odtwórczyni głównej roli - od udanych aranżacji Kraszewskiego, napisanych jakby specjalnie dla niej, pod wpływem jej wyjątkowego głosu, poprzez wyczuwających wokalistkę instrumentalistów, aż po reżyserię.

Obok muzyków na scenie widzimy także alter ego solistki, które uosabia aktorka Zofia Grażyńska, nazwana przez samą Krzemień jej cieniem, aniołem stróżem. Koncepcja reżysera Janusza Krucińskiego (podobnie jak aranżer, debiutującego tym spektaklem w nowej roli) jest spójna i przejrzysta. Nie udaje on, że teksty piosenek są głębokie, a niejednokrotnie demaskuje jeszcze ich banalność. Nie szuka na siłę piątego czy siódmego dna, tylko bierze treść "Opowieści..." dosłownie. Czasem chwyta się słowa jak przedmiotu, wokół niego osnuwając nienachalną akcję sceniczną, która nie służy w tym wypadku lepszemu zrozumieniu dzieła, ale daje pole do artystycznej wypowiedzi jeszcze kilku osobom: wspomnianej już Zofii Grażyńskiej, autorce wizualizacji Annie Pelc, a także instrumentalistom - na co dzień członkom Orkiestry Teatru Muzycznego, którzy w "Opowieściach..." tworzą zespół kameralny.

Podejrzewam, że niejednego widza "Opowieści zimowe" przejęły do łez - ale nie rzewnych potoków, a takich małych, piekących w kącikach oczu. Takich łez, które rodzą się z wielkiego skupienia, wielkiego piękna i wielkiego podziwu. I pozostawiają wzruszenie, którego nie należy się wstydzić ani tym bardziej zapomnieć.

Magdalena Mateja
kultura.poznan.pl
16 lutego 2016

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia