Namiętności są pod powierzchnią

"Ja, Feuerbach" - reż. Piotr Fronczewski - Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

W warstwie fabularnej "Ja, Feuerbach" Tankreda Dorsta to rzecz o niegdyś wybitnym aktorze, który po latach przerwy spowodowanej załamaniem psychicznym i pobytem w psychiatryku pragnie powrócić na scenę, bo teatr był i jest dla niego całym życiem. I oto on, wielki aktor o bogatej osobowości artystycznej i nienagannych manierach, staje na scenie, by zaprezentować swoje artystyczne umiejętności, lecz zamiast reżysera pojawia się jego Asystent prezentujący diametralnie odmienny świat: ubóstwo intelektualne, brak podstawowej wiedzy teatralnej, arogancję, chamstwo i cyniczny sposób bycia typowy dla współczesnego świata, a więc i współczesnej kultury.

W takim towarzystwie Feuerbach nie może liczyć na właściwy odbiór i właściwą ocenę. Aktorstwo Feuerbacha zakorzenione w teatrze prawdziwej sztuki, gdzie wypowiadane wirtuozowsko słowo ma znaczenie nadrzędne, nie jest już potrzebne. W nowej rzeczywistości aktor ze swoim "anachronicznym" światem wartości nadaje się już tylko do archiwum czy do lamusa. Tak jak jego buty, które zostawił na scenie i które Asystent ostentacyjnie wyrzuca do śmietnika jako rzecz zbędną, niepotrzebną, przeszkadzającą. Feuerbach nie zainteresował swoim kunsztem aktorskim Asystenta, a reżyser całkowicie go zignorował, więc odchodzi Dokąd? Tego nie wiemy. Dorst pisze o nim, że jest jak zagubiony człowiek w pustym pokoju bez okien. 

Ta przejmująca w swej wymowie sztuka, a zwłaszcza jej finałowa scena wskazuje na paralelę między teatrem a rzeczywistością pozateatralną, po prostu życiem. Rzecz dotyczy bowiem nie tylko niepotrzebności aktora tzw. starej daty, czyli respektującego tradycję i to, co z niej wynika, ale to także rzecz o człowieku będącym przedstawicielem świata, którego wartości są bezkarnie niszczone i który przemija przygniatany antykulturą, antysztuką, bylejakością i pustką duchową. Co w rezultacie pociąga za sobą nawet zmiany cywilizacyjne. Jesteśmy przecież tego świadkami na co dzień.

Piotr Fronczewski gra tytułowego Feuerbacha i debiutuje jako reżyser. Miał niełatwe zadanie, sztuka Dorsta jest w zasadzie statyczna, ma formę monodramu eksponującego przede wszystkim słowo. Piotr Fronczewski jako aktor niesie słowo autorskie doskonale. Gra postać Feuerbacha, powściągając ekspresję ruchową, ograniczając ją do minimum. Osobowość Feuerbacha, jego stan ducha i dramat tej postaci aktor oddaje słowem, modulacją głosu, pauzą, wyrazem twarzy, na której czytamy, co dzieje się we wnętrzu jego bohatera. Błysk w oku, rozjaśniona twarz i chwilowy zapał, że pewnie dostanie rolę, bo przecież zasługuje na to, a zaraz potem brak nadziei, uniżoność i po chwili ton wyniosły, to obrona dumy wielkiego artysty, który czuje się obrażony ignorancją "odmóżdżonego" Asystenta, przed którym prezentuje swój warsztat aktorski. Jego ilustracją są krótkie scenki: "Konwersacja w salonie", "Petent w poczekalni", "Tron", "W parku". Majstersztyk aktorski. Nie do zapomnienia. Feuerbach w pewnej chwili mówi: "Namiętności są obecne, ale są pod powierzchnią". Tak właśnie gra Piotr Fronczewski. I chyba w tym tkwi sedno prawdziwego aktorstwa, którego tajemnicę ten artysta poznał już dawno. 

Natomiast co do reżyserii - która niestety nie idzie w parze z aktorstwem - jest sporo uwag i pytań. Na przykład, kogo gra w tym przedstawieniu Kobieta z psem (Maria Ciunelis)?

Feuerbach w interpretacji Piotra Fronczewskiego zbliżony jest do wizerunku, jaki proponuje w didaskaliach sam autor sztuki Tankred Dorst. Nie jest to "stary aktor", jak zwykło się określać bohatera sztuki, lecz mężczyzna w średnim wieku. A to zmienia jednak postać rzeczy. Owe diametralne różnice między Feuerbachem a Asystentem (znakomicie gra go Grzegorz Damięcki) przebiegają nie tylko na linii metryki urodzenia, choć Asystent jest człowiekiem przynajmniej o jedno pokolenie młodszym od Feuerbacha. Obu bohaterów dzieli przepaść wynikająca z różnych systemów wartości, w jakich wzrastali, formowali swoje poglądy i w jakich kształtowała się ich mentalność. Feuerbach jest przedstawicielem świata opartego na wartościach, których obecność w teatrze była sine qua non istnienia sztuki. Ale to już przeszłość. Dzisiejszość jest wyrażona w postaci Asystenta reżysera.

Dwa elementy stanowiące lejtmotyw przedstawienia odnoszą widza do znanych tropów literackich. Przemijanie pewnej epoki, a wraz z nią świata wartości definiujących naszą tożsamość, przypomina nostalgiczne klimaty w dziełach Antoniego Czechowa. Oczekiwanie zaś na przyjście reżysera, który nie nadchodzi, odsyła nas do utworów Samuela Becketta, zwłaszcza do "Czekając na Godota". Myślę, że w przedstawieniu Piotra Fronczewskiego te odniesienia są zamierzone. Tak jak zamierzone są - uważam - odniesienia do stylu aktorstwa Gustawa Holoubka. Na przykład scenę, w której Feuerbach wygłasza monolog z dzieła Piotr Tassa, Fronczewski świadomie interpretuje trochę w stylu Gustawa Holoubka. Można powiedzieć, że swoim przedstawieniem składa hołd wybitnemu aktorowi, z którym łączyły go przyjaźń i artystyczne credo. 

 Porównywanie zaś Feuerbacha w wykonaniu Piotra Fronczewskiego do pamiętnej kreacji Tadeusza Łomnickiego - co niektórzy czynią i na tej postawie oceniają obecny spektakl - uważam za całkowicie bezsensowne. To dwie diametralnie różne interpretacje tej postaci. I każda z nich jest jednak trochę inna.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
9 lutego 2013

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia