Naprawdę koza

"Koza albo..." - 13. Wakacyjny Przegląd Przedstawień

Warszawski Och-Teatr podczas Wakacyjnego Przeglądu Przedstawień w Teatrze Rozrywki pokazał, że posiada różnorodny repertuar, w którym każdy widz może znaleźć odpowiednią dla siebie propozycję: komedię, tragedię, sztukę nowoczesną lub odkurzoną ramotkę, dramat, musical, widowisko, monodram. Do wyboru, do koloru - można powiedzieć

Ostatnio Oh-Teatr postanowił wziąć na warsztat tekst o iście intrygującym tytule „Koza albo kim jest Sylwia?”, którego reżyserii podjęły się dwie młode reżyserki: Kasia Adamik i Olga Chajdas. „Koza albo kim jest Sylwia?” to sztuka autorstwa Edwarda Albeego, bardzo popularnego amerykańskiego dramaturga, wybitnego w swej dziedzinie. W Polsce znany jest przede wszystkim jego dramat „Kto się boi Wirginii Woolf?” z powodzeniem wystawiany od lat na wielu rodzimych scenach. „Koza…” to tekst bardzo trudny, bo pokazujący mechanizmy rządzące społeczeństwem zachodnim, zwłaszcza amerykańskim. Albee odsłania te mechanizmy, pokazując ich kruchość. W „Kozie…” odsłonięty został problem tolerancji, poruszono tematykę przekraczania granic przez człowieka. Otóż przyczynkiem do rozmyślań na temat tolerancji ludzkich odchyleń i jej granic staje się hostia miłości przykładnego, amerykańskiego architekta do… kozy. Wyjście z cienia i przyznanie się Martina przed własną żoną Stevie i synem Billym burzy z kretesem zastany porządek i normalność. Rodzina i przyjaciel Ross nie są w stanie przyjąć do wiadomości tego „zboczenia”. Zwierzę staje się synonimem wolności, tolerancji, przyzwolenia na własne wariactwa. Ale w społeczeństwie amerykańskim takiej aprobaty szukać na próżno. 

„Koza…”, napisana przez Albeego w 2000 roku została uhonorowana prestiżową nagrodą Tony. Jednak, oglądając spektakl Och Teatru odnosi się wrażenie, że coś jest nie tak. Zwłaszcza, kiedy niebezpiecznie zaczyna ocierać się o tani melodramatyzm. Zastosowanie konwencji realistycznej nie pomaga – wręcz pogrąża zarówno reżyserki, aktorów, teatr, jak i – co najgorsze w tym wszystkim – samego Edwarda Albeego, z którego uczyniono niezrozumiałego, tandetnego pisarczyka, głupca wręcz…  Wydaje mi się, że autor sztuki nie poleciłby takiej formuły, a postawiłby raczej na pewien symbolizm, może kategorię absurdu. 

Głównym grzechem tego spektaklu, grzechem, który „położył” kolejne elementy tej układanki jaką jest spektakl jest założenie reżyserek, żeby „Kozę…” potraktować dosłownie. Koza jest tutaj kozą (nie mylić z młodą dziewczyną, na którą czasem się tak mówi, w spektaklu koza jest zwierzęciem), miłość do kozy jest miłością prawdziwą, nieszczęście Martina jest spowodowane miłością do zwierzęcia, rozpacz Stevie jest dramatyczna i głęboka, nienawiść Billy’ego – przerażająco wielka. Nic nie jest tutaj wzięte w przysłowiowy nawias, każdy wers został potraktowany z absolutną dosłownością, a każda metafora została zgładzona. Najdobitniej to zgładzenie dokonuje się na samym końcu spektaklu, kiedy to doprowadzona do ostateczności Stevie przynosi do domu owiniętą w koc, martwą (bo koc jest skrwawiony) kozę…

Aktorzy, podążając za duchem tej niefortunnej inscenizacji postanowili odgrywać swoich bohaterów w bardzo patetyczno-dramatyczny sposób. Prym wiedzie Maria Seweryn jako zdradzana z kozą żona Stevie. Sceny z udziałem jej furiackich zachowań są po prostu śmieszne – bo nikogo nie wzruszają, tylko wzbudzają zażenowanie wśród widzów. Nie lepiej wypada Piotr Machalica w roli zmartwiałego z nieszczęścia Martina zakochanego w kozie. Nie dlatego, że kilkanaście razy rzuca się w rozpaczy na podłogę jak to czyni Maria Seweryn, ale dlatego, że swoją rozpacz okazuje jedynie za pomocą machania rękoma, snuciem się po stylowo urządzonej przestrzeni imitującej mieszkanie oraz krzykami w stylu: „Ja ją kocham, kocham!” (kozę, rzecz jasna). Nieciekawie wypadł również Radosław Jamróż, dla którego rola Billiego była debiutem scenicznym. Jego kreacja była wypadkową ról Seweryn i Machalicy – na przemian albo krzyczał i machał rękami, albo rzucał się na ziemię wykrzykując dramatycznie swoje kwestie (z gardła na dodatek..). Ze zdumieniem przeczytałam, że chłopak za tę właśnie rolę został nagrodzony na Festiwalu Pierwszy Kontakt w Toruniu (czyżby poziom młodego aktorskiego narybku był aż tak słaby?).

W opisie spektaklu czytamy, że sztuka jest wyzwaniem rzuconym społecznemu tabu. Sztuka może tak, ale spektakl – na pewno nie. To raczej nieudolna i nieudana próba zmierzenia się z dramaturgią Albeego ze szkodą dla pań Adamik i Chajdas. Tak pokracznego dzieła niewiadomo po co powstałego dawno nie oglądałam. I kilkaset osób zgromadzonych na Sali chyba też – o czym świadczy konsternacja na ich twarzach i niezdecydowane reakcje na to, co działo się na scenie – no bo jak można żałować kogoś, kto zakochał się w kozie i jest dla niej gotów pozbawić się szacunku?

Marta Odziomek
Dziennik Teatralny Katowice
11 sierpnia 2011

Książka tygodnia

Kwiatkowska. Żarty się skończyły
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marcin Wilk

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...