Naród swoich bałwanów kocha

"Kariera Nikodema Dyzmy" - reż. Kościelniak Wojciech - Teatr Syrena w Warszawie

Nie od dzisiaj wiadomo, że vox populi to największa siła sprawcza, czy to w życiu codziennym, spadkach i wzrostach giełdowych, czy we wszechobecnej polityce. I wiadomo też, że apetyt niewątpliwie rośnie w miarę jedzenia. A im danie smaczniejsze, tym częściej w głowie rodzi się myśl, aby chować po kieszeniach, co by na później zostało.

Książka Tadeusza Dołęgi – Mostowicza „Kariera Nikodema Dyzmy" miała być satyrą – prztyczkiem w nos dla rozpoczynających się rządów Józefa Piłsudskiego oraz Sanacji. Była to niewątpliwie zemsta na rządzących. Tadeusz Dołęga - Mostowicz był redaktorem, którego wypowiedzi względem obecnej władzy – Sanacji, a także samego Marszałka, były mocno krytyczne. Pomimo ostrzeżeń, nie zamierzał zaprzestać wydawania swoich osądów, w konsekwencji przyszły twórca Dyzmy został porwany przez grupę żołnierzy, pobity, a następnie wywieziony za miasto, gdzie wyrzucono go i tym samym pozostawiono samemu sobie. Mostowicz nigdy nie zapomniał o tym, jak go potraktowano, dlatego postanowił napisać powieść, w której celował prosto we władzę wolnej Polski.

Okoliczności powstania książki, jak i jej treść nie wróżyły materiału na ponadczasowy sukces. Nikt również nie przypuszczał – tym bardziej sam autor, że tytuł odbije się takim echem i nadal będzie budzić zainteresowanie kilkadziesiąt lat od jego pierwszego wydania (1932 r). Historią Nikodema Dyzmy zainteresował się najpierw świat filmu, teraz również i teatr. Po raz kolejny Wojciech Kościelniak podjął się próby przełożenia na deski teatralne treści, która najpierw została zekranizowana.

Reżyser niewątpliwie ma wyczucie tego, co robi, ponieważ spektakle, które wychodzą spod jego ręki to naprawdę dopracowane widowiska. Do tego Wojciech Kościelniak ma jakąś zdaje się magię, której szczyptę dodaje do każdego dzieła, a która szybko nie gaśnie i oczarowuje widza. Owszem, w „Karierze Nikodema Dyzmy" zostały powielone pewne rozwiązania sceniczne, jak i scenograficzne (zwolnione tempo, telebim wyświetlający treści stylizowane na lata kina niemego). Nie można jednak nazwać tych zabiegów starymi chwytami, ponieważ, pomimo powtórzenia, świetnie się bronią w nowej stylizacji.

Elementem, który niewątpliwie przyczynił się do tego była niesamowita dekoracja Damiana Styrny. Ubrana w nowe rozwiązania, pokazała potencjał sceny Teatru Syrena. Przemyślana, spójna, zaskakująca, nowa i świeża – to niewątpliwie cechy które, jako pierwsze przychodzą do głowy.
Cały spektakl był plecionką jawy i snu. Widz mógł czuć strach, pomimo świadomości, w której przestrzeni dana scena się rozgrywa. Ten efekt to również gra świateł (reżyseria świateł – Artur Wytrykus) – bezsprzecznie na bardzo dobrym poziomie.

Dopełnieniem tego spójnego obrazu w formie i treści były utwory muzyczne. Piosenki, które pojawiły się w „Karierze Nikodema Dyzmy" stały się końcowym ornamentem. Aktorzy dobrze poradzili sobie z utworami, jak i samymi postaciami, jakie grali. Teksty stworzone przez Rafała Dziwisza świetnie oddawały klimat czasów Tadeusza Dołęgi - Mostowicza. Bez wątpienia uwagę zwracała Anna Terpiłowska – Mańka, która obok Przemysława Bluszcza (Nikodem Dyzma) nie była w cieniu jego gry, a bardzo dobrze mu partnerowała. Również charakteryzacja nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Niewątpliwie u niektórych bohaterów uwydatniła ich cechy (Emilia Komarnicka – Nina, miała pobieloną twarz, która przywoływała skojarzenia porcelanowej, eterycznej laleczki, jaką bez wątpienia była ta bohaterka). Również tancerze oraz ich choreografie (Jarosław Staniek) były spójne i świetnie uzupełniały przestrzeń pomiędzy aktorami a samymi scenami, w których pojawiła się choreografia. To połączenie muzyki, choreografii i tekstu w przypadku „Kariery Nikodema Dyzmy" było wyważone i przemyślane, co dało piorunujący efekt.

Na uwagę zasługuje również oryginalny program spektaklu, który został wystylizowany na gazetę lat dwudziestych ubiegłego wieku. Na pierwszej stronie widnieje wywiad z Nikodemem Dyzmą, a przewracając kolejne kartki biuletynu odnajdziemy takie działy jak sport, kronika towarzyska, czy kultura. Czytając je, bez wątpienia nasunie się pytanie: Kim więc jest bałwan...?

Bałwan to nic innego, jak określenie obrazu, bóstwa obdarzonego uwielbieniem – czcią, owy bałwan to po prostu idol. Słowo to pochodzi z greki (gr. eidolon – wyobrażenie). Kult idola nie rzadko był wynikiem świadomości, iż pomiędzy przedmiotem kultu a osobą kult wyznającą istnieje więź, podobieństwo. To wszystko prowadziło do bałwochwalstwa, które jak widać do tej pory miewa się dobrze, a nawet lepiej.

Idol Dyzma został wyniesiony na sam szczyt przez samą inteligencję narodu, elitę – wykształconą „za granicą"... też. Patrząc na to z boku, można odnieść wrażenie, że to cyrk pazernych małp, które patrząc na owy piedestał zachwycają się przypadkowym wymachiwaniem batutą i śledzą na ślepo każdy jej ruch. A kto wodzirejem będzie lepszym dla małpeczek, jak nie małpi król, wybrany rzecz jasna zgodnie i demokratycznie. Tak więc, kto tu jest prawdziwym idolem?

 

Katarzyna Prędotka
Dziennik Teatralny Warszawa
17 listopada 2014

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski