Nasz własny Godot

"Czekając na Godota" - reż. Michał Borczuch - Teatr im. S. Jaracza w Łodzi

4. Międzynarodowy Festiwal Klasyki Światowej „Nowa Klasyka Europy" zainaugurował spektakl gospodarza – Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Czekając na Godota w reżyserii Michała Borczucha jest próbą ominięcia ograniczeń wyznaczonych przez Samuela Becketta, o których przed rozpoczęciem przedstawienia usłyszeli widzowie zebrani we foyer teatru.

Trwające siedem minut wprowadzenie, zawierające najważniejsze informacje o tym dramacie, wybrzmiało odczytane dziecięcym głosem (być może przygotowane przez jednego z odtwórców postaci Chłopca w spektaklu). Michał Borczuch spróbował wydobyć z Czekając na Godota coś więcej, niż tylko kolejno następujące po sobie wypowiedzi bohaterów, których zachowanie i gesty tak skrupulatnie autor dramatu opisał w didaskaliach. Nie można zaprzeczyć, że próba takiego podejścia do tytułu była intrygująca.

Surowe ściany sceny, otwarte drzwi prowadzące do przejścia za scenę powitały widzów po podniesieniu kurtyny. Większość elementów dekoracji posiadała zamontowane kółka, dzięki czemu początkowo technicy, a w późniejszej części spektaklu również aktorzy, mogli je bez problemów przestawiać. Głazy ułożone na wózkach dostawczych, rampa oświetleniowa ustawiona z boku przestrzeni gry emanująca zimnym, srebrzystym światłem, wierzba o wyjątkowo wątłych gałęziach (nikogo nie zdziwił brak zaufania, jaką w stosunku do nich odczuwał Vladimir) oraz mniejsze elementy scenografii (krzesła, statyw mikrofonowy) nie zdołały przełamać atmosfery pustki oraz beznadziei panującej na scenie. Twórcy spektaklu zdecydowali się wykorzystać zaplecze sceny, gdzie rozgrywa się część II aktu (według mnie – najciekawszy fragment całej inscenizacji).

W tekście dramatu uwzględniono piątkę postaci. Są to: Vladimir, Estragon, Pozzo, Lucky oraz Chłopiec. W przedstawieniu Michała Borczucha widzowie zobaczyli więcej aktorów. Początkowo można było odnieść wrażenie, że do gry dołączył inspicjent/sufler, jednak już po chwili okazało się, że dramat został odczytany w całości, łącznie z tekstem didaskaliów. Wykonawcy zaś nie odgrywali tylko jednej roli, przypisanej im od początku do końca przedstawienia. Paweł Paczesny przez kilka minut kreujący postać Estragona, stał się suflerem ukrywającym się we wnętrzu wierzby, zaś w jego miejsce na scenie widzowie obserwowali Krzysztofa Zarzecki. Mariusz Jakus oraz Andrzej Wichrowski w pierwszym akcie odgrywający role Pozzo oraz Lucky'ego, w drugiej odsłonie stali się suflerami podpowiadającymi/odczytującymi dialogi Vladimira i Estragona, by po upływie kilku minut ponownie interpretować role pana oraz sługi.

Złożone zadanie miał Marek Nędza, który w pierwszym akcie tworzył postać Vladimira, w drugim zaś stał się inspicjentem/suflerem. Przywodził na myśl reżysera na planie filmowym, który z megafonem wykrzykiwał kolejne komendy i polecenia. Siedząc na zapleczu sceny odczytywał zawarte w didaskaliach informacje o gestach i zachowaniu postaci, zaś aktorzy (z kilku sekundowym opóźnieniem, jakby słowa docierały do nich z daleka) wykonywali część z nich. Tylko część, nie wszystkie. Każda scena opisana w dramacie została odczytana, jednak nie wszystkie odegrano. Czy miał to być wyraz buntu Borczucha względem autorskich obostrzeń dyktujących sposób, w jaki Czekając na Godota ma być wystawiane? Wierność napisanym przez Becketta słowom została zachowana, nie obeszło się jednak bez prześmiewczych zagrywek reżysera (scena przymierzania kapeluszy).

Zabieg zainscenizowania didaskaliów okazał się nie do końca dopracowany. Od początku zadawałam sobie pytanie, czy część wypowiedzi postaci nie została nagrana wcześniej i nie są one emitowane z głośników? Aktorzy mieli mikroporty, jednak momentami ich słowa były ciężkie do odróżnienia. Szeptali swoje wypowiedzi, które zlewały się z beckettowskimi adnotacjami do dramatu odczytywanymi przez „inspicjenta". Po momentach, kiedy do widzów docierał tylko szmer i niewyraźne słowa, następowały sekwencje, gdy kwestie wybrzmiewały w każdym kącie widowni. Jeśli był to zabieg celowy, to niestety nie do końca trafny. Przyjęcie, że każdy z widzów czytał tekst dramatu i doskonale orientuje się w jego fabule było bardzo ryzykowne.

W drugim akcie Michał Borczuch wykorzystał nagranie angielskiego tekstu Czekajac na Godota, tłumaczone na język polski (odczytywane przez lektora rodem z filmów). Tekst dobiegał z głośnika, postacie odgrywały pantomimę. Angielski tekst dramatu był dziełem wtórnym wobec pierwotnej francuskiej wersji dramatu. Inscenizacja w reżyserii Michała Borczucha stała się próbą indywidualnej wypowiedzi reżysera zbudowanej na wyznaczonym przez Becketa fundamencie. Podstawy nie można było zmienić, pozostała tylko próba zbudowania na niej czegoś nowego. Częściowo w spektaklu Teatru im. Stefana Jaracza to się udało, lecz tylko częściowo. Co miało wnieść do spektaklu przesuwanie przez Marka Nędzę wierzby w trakcie drugiego aktu albo pojawienie się na kilka sekund obcych, nieprzystających do dekoracji elementów zwisających nad sceną? Widzowie je widzieli, czy ich obecność zauważyli również schwytani w bezsensowność scenicznego świata bohaterowie?

Kilkakrotnie w spektaklu wyznaczone zostało podwójne pole gry, miejsce akcji scenicznej. Za pomocą ustawienia głazów, ramy ze srebrzystymi lampami, światła padającego na scenę udało się wskazać dwoistość. Mogła było odnieść ją zarówno do poziomów dialogów oraz didaskaliów zawartych w dramacie, jak również do odmiennego statusu postaci. Vladimir i Estragon czekają, choć sami nie są pewni na co, bądź na kogo? Nie umieliby rozpoznać Godota. Chcą w niego wierzyć, jednak ich czekanie wydaje się nie mieć sensu. W trakcie czekania rozmawiają ze sobą, poruszając kwestie związane ze swoją przeszłością, o której nie potrafią zapomnieć. Myślą, są skłonni do autorefleksji. Relacja pomiędzy tą dwójką nie jest prosta. Być może ich życie byłoby lepsze, gdyby każdy poszedł w swoją stronę, przerywając wzajemne oskarżenia, wypominanie błędów. Estragon wydaje się być ofiarą szantażu emocjonalnego, który codziennie funduje mu Vladimir.

W przypadku Pozzo i Lucky'ego relacja jest równie skomplikowana. Teoretycznie wiemy, który z nich jest katem, a który ofiarą, jednak sytuacja zdaje się zmieniać w drugim akcie. Lucky mógłby odejść, uwalniając się od pana, a mimo to nie decyduje się na żaden ruch. Ci dwaj nie żyją, oni egzystują. Funkcjonujący poza czasem, wypierając go spoza swojej percepcji zmysłowej, starają się nie myśleć, ponieważ takie działania wywołują katastrofę. Muszę w tym miejscu przywołać najlepszą scenę z tego spektaklu – proces myślenia Lucky'ego. Strumień świadomości, ogień myśli rozświetlający mrok przestrzeni scenicznej, wywołane płomieniami świetlne refleksy na twarzy Andrzeja Wichrowskiego. Lucky przypominał starożytnego filozofa bądź pogańskiego kapłana wykładającego swoje tezy przy blasku ogniska, wypowiadając słowa, które nie powinny przyjść mu do głowy. To siła ognia wpływa na spójność jego monologu, czy odwrotnie? Im mniejszy płomień, tym więcej luk w myślach Lucky'ego. Proces został przerwany, siła płomienia zmarniała. Pozzo i Lucky odeszli, doprowadzając do zmiany, czego nie można powiedzieć o Vladimirze oraz Estragonie. Wszelka chęć wykonania jakiegokolwiek ruchu zderzyła się z ich niemocą. Nie mogąc odejść, czekali. Tylko na co? Czy decyzja podporządkowania się Godotowi, który przemawiał do nich ustami małego Chłopca była postanowieniem godnym naśladowania?

Michał Borczuch chciał za pomocą swojego spektaklu pokazać, że my - widzowie również na coś czekamy. Tylko na co? Na wojnę, którą straszą nas politycy? Na gospodarczy krach? Na polityczny przewrót? Daliśmy wplątać się w codzienną powtarzalność sytuacji, gestów, słów docierających do nas zewsząd. Czy wiemy, na co tak naprawdę czekamy i czy w momencie, kiedy upragniona zmiana nadejdzie, będziemy umieli ją rozpoznać? Czemu nie wychodzimy jej naprzeciw? Wydarzenia potoczyłyby się szybciej, jednak jak Vladimir i Estragon wolimy stwierdzić, że „Nic się nie da zrobić" i czekamy, choć tak wspaniale umiemy deklarować chęć ruszenia z przyjętego punktu, zmiany punktu widzenia. Jesteśmy pozbawieni autorefleksji, bądź wręcz przeciwnie – to ona wyznacza nasz sposób funkcjonowania w świecie. Kto ma nad nami władzę? My sami, czy pozbawione twarzy idee, których kurczowo się trzymamy?

Michał Borczuch pozostawił widzów w atmosferze czekania. Wskazuje drogę do buntu, którą on sam podążył, jednak wiemy, jakie czeka nas zakończenie – nie wykonamy żadnego ruchu, czekając na naszego własnego Godota.

 

Agata Białecka
Dziennik Teatralny Łódź
19 października 2016
Portrety
Michał Borczuch

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...