Nasza chora wspólnota

rozmowa z Przemysławem Wojcieszkiem

- Trzeba "fedrować w narodowych symbolach", kwestionować je, tak żeby nie zastygły w formie usypiającego kiczu - mówi Przemysław Wojcieszek, który pokazał w gdyńskim konkursie filmową wersję swojej sztuki teatralnej "Made in Poland" o rozpaczliwym buncie młodego blokersa

Uczestniczę w 35. gdyńskim festiwalu nie od samego początku, prosto po festiwalu w Cannes. Poddaję się emocjonalnej huśtawce, jaką zawsze stwarza polskie kino oglądane w zmasowanej dawce. Wrażenie jest wiecznie to samo. Z jednej strony uderza formalna staroświeckość naszego kina, jego nadekspresja, skłonność do melodramatycznych, tanich, "przedwojennych" efektów, emocje spuszczone z łańcucha i niedosyt intelektualnej klarowności. Jednak z drugiej strony - te filmy, chcąc nie chcąc, odbijają obecny nastrój, nie dają się od niego oddzielić, mówią coś o nas samych.

Każdy festiwal gdyński odbywa się w innym klimacie społecznym. Poprzednie, zwłaszcza zeszłoroczny, ten z "Rewersem" i "Domem złym", jak się wydawało, kierowały nas ku Europie i światu, pozwalały na większy dystans do tego, jacy jesteśmy jako zbiorowość. Ten festiwal oglądamy w sytuacji innej, kiedy zostaliśmy niejako na siłę pogrążeni w swojskości. Przemysław Wojcieszek na konferencji prasowej w Gdyni nazwał "dziwnym, groźnym zakrętem" ten czas pomiędzy narodową traumą a wyborami. Nie sposób odłączyć kina od tego, co się myśli i czuje w tym dziwnym czasie.

Obejrzałem pod rząd trzy konkursowe filmy, bardzo różne gatunkowo i jakościowo: kameralny okupacyjny dramat moralny Feliksa Falka "Joanna"; "Made in Poland" Wojcieszka - rodzaj filmowego eseju, ironicznego "dramatu rewolucyjnego" z blokowiska; wreszcie "Nie opuszczaj mnie" Ewy Stankiewicz - psychologiczny melodramat o śmierci, pustce wewnętrznej i poszukiwaniu bliskości, opowiedziany histerycznie, bezwstydnie.

"Joanna" Falka wyróżnia się klasyczną konstrukcją scenariusza, w którym los zastawia na bohaterkę pułapkę. Ten film, dziejący się w Krakowie, wnosi do polskiego kina nieczęsty element - jest obrazem okupacyjnego "życia na niby" mającego pozory normalności. Urzędy Generalnej Guberni obsadzone są przez Polaków. Bohaterka filmu, Joanna (Urszula Grabowska), bezskutecznie czekająca na list od męża z oflagu, przygarnia małą dziewczynkę, Żydówkę, której matkę zabrano w łapance. Staje się w ten sposób nosicielką tajemnicy, której nie może zdradzić nawet przed najbliższymi. Natomiast z konieczności musi korzystać z pomocy wrogów, w oczach "swoich" stając się zdrajczynią, jak bohaterka "Jak być kochaną" pamiętnego filmu Hasa. Końcowy, symboliczny obraz podpowiada łzawo i religijnie - przechowywanie małej Róży było golgotą Joanny. Jednak głębszy sens tej opowieści jest przewrotny i gorzki: przechowywanie dziecka niosło ze sobą większe ryzyko ze względu na swoich, wzajemnie kontrolujących patriotyczną przyzwoitość.

"Made in Poland" Wojcieszka to powrót do scenariusza sztuki, która miała swoje triumfy w teatrze, choć od początku było zamierzona jako film. Zgrzebny, czarno-biały, montowany jak wideoklip, przetykany animowanymi wstawkami, ma w sobie zamierzoną płaskość agitki. Jej bohater, buntownik z blokowiska z wytatuowanym na czole napisem "fuck off", jest potraktowany z ironią. Boguś (Piotr Wawer junior) rozpaczliwie poszukuje hasła dla swego radykalizmu i nie znajduje go, poza romantyczną poezją Broniewskiego, która z ekranu brzmi mocno i czysto, ale nie przebije ani rozbrzmiewających z Radia Maryja apokaliptycznych haseł, ani pieśni Krzysztofa Krawczyka, idola swojej matki, "nawróconego grzesznika". "Made in Poland" jest w gruncie rzeczy przejmującą wizją samotności polskiego lewicowca, a jej bohater - parodią swojskiego kontestatora i rewolucjonisty, postacią w gruncie rzeczy anachroniczną i bezbronną. Choć groźnie skacze z metalowym prętem po dachach samochodów, nie trzeba się go obawiać: on w Polsce rewolucji nie zrobi - bunt został przechwycony przez innych.

Filmu Ewy Stankiewicz "Nie opuszczaj mnie" nie sposób oglądać, nie pamiętając o "Solidarnych 2010" - dokumentu, który sygnowała wspólnie z Janem Pospieszalskim. Między tymi filmami jest wiele wspólnego: ludzie pod Pałacem Prezydenckim, płaczący przed kamerą, doznawali w tym jakiejś perwersyjnej satysfakcji, lubowania się w cierpieniu. W "Nie opuszczaj mnie" reżyserka kreuje jakąś "wspólnotę cierpienia", krzyżując ze sobą wątki dwojga ludzi spotykających się w szpitalu. Dziennikarka (Magdalena Grochowska) traci matkę chorą na raka, młody franciszkanin (Wojciech Zieliński) traci wiarę w Boga. Ale "na samym dnie rozpaczy prawie widać Boga, jest krok od nadziei...". W tego rodzaju podawanych ex cathedra deklaracjach, w konwulsyjnej estetyce krzyżującej ze sobą wątki grzesznego miasta (trochę na wzór canneńskiego "Biutiful" Inarritu), kryje się autorski program, wizja miłości i wiary podszytej pustką, wymuszającej na bohaterach i na widzu ekshibicjonistyczne obnażenie. Stankiewicz gra natrętnie na emocjonalnych skrajnościach, łącząc je w masochistyczno-ekshibicjonistyczną całość, wizję emocjonalnego rozchwiania pozbawioną kontroli i dystansu. W "Solidarnych 2010" notowała takie stany, teraz kreuje je z całym namaszczeniem, każe mi w nich uczestniczyć, z nadzieją, że w ten sposób złapię Pana Boga za nogi. Odmawiam uczestniczenia w tej wspólnocie.

Być jak Michael Moore

Rozmowa z Przemysławem Wojcieszkiem

Tadeusz Sobolewski: Film „Made in Poland” nabrał aktualności po traumie kwietniowej katastrofy. Bunt blokersa Bogusia, który miota się z wytatuowanym na czole „fuck off”, w paradoksalny sposób spotyka się z głosami z Radia Maryja, które cytuje pan w filmie. One też wzywają do buntu, negują rzeczywistość, tworząc atmosferę apokalipsy. Nie uważa pan, że w tym społecznym poruszeniu jest w tym coś groźnego?

Przemysław Wojcieszek: Rzeczywiście, tam, w tym radiu, jest dziś główne źródło buntu - o charakterze narodowo-radykalnym. Jeszcze niedawno mówiło się, że Radio Maryja staje się "niszą". Tymczasem żadne inne media nie kształtują opinii tak ostro, jak właśnie tam, gdzie przez 24 godziny na dobę trwa akcja "modlitwy o ratunek dla kraju". Media laickie jakby usnęły. Nie mają nawet części tej perswazyjnej siły, podczas gdy tamte media tworzą zmasowaną wizję narodowego zagrożenia.

Powiedział pan w Gdyni, że czuje, jakby społeczeństwo znalazło się na „dziwnym, groźnym zakręcie”. Jak pan to rozumie?

- Trauma, jakiej zostaliśmy wszyscy poddani w ostatnim czasie, została anektowana przez Kościół katolicki, choć na pokładzie rozbitego samolotu byli także lewicowcy i ateiści. Mam poczucie, że państwo świeckie umarło 10 kwietnia. Po raz pierwszy od lat czuję taki rozdźwięk między wizją kraju, w którym chciałbym żyć, a tym, czego pragnie ogół.

A czego pragnie?

- Bezpieczeństwa, choć nikt go nie atakuje. Rozpowszechniana przez Radio Maryja wersja, że katastrofa była zamachem, tworzy poczucie zagrożenia, budzi potrzebę przywódcy, który weźmie społeczeństwo za rękę jak dziecko. Duszno się robi w atmosferze politycznej, gdzie z jednej strony grozi neoliberalne uśpienie, z drugiej strony - narodowy radykalizm.

Jakie kino jest w tej sytuacji potrzebne?

- Jestem fanem współczesnego dokumentu, filmu eseju, którego autor bierze odpowiedzialność za obraz, jaki przedstawia. Takie kino robi Michael Moore. Imponuje mi, począwszy od dokumentu "Roger i ja".

Mimo że uchodzi za demagoga?

- Obawiam się, że jego ostatni film "Kapitalizm - Love Story" to takie amerykańskie Radio Maryja. Ale nie widzę innego wyjścia, jak uprawianie osobistego kina eseju. Trzeba głośno wyrażać opinie, bo inaczej opinia publiczna będzie kształtowana wyłącznie przez swojski autorytaryzm, przez tych, dla których demokracja jest wydmuszką. Trzeba - jak ktoś powiedział - "fedrować w narodowych symbolach", kwestionować je, tak żeby nie zastygły w formie usypiającego kiczu.

Jednym z bohaterów „Made in Poland” jest ksiądz, który był misjonarzem w Afryce i doznał objawienia, że „musi iść do bloków” tu, w kraju. Ale on też jest spętany, na pozycji przegranej.

- Jestem atakowany za antyklerykalizm, ale z drugiej strony fascynuje mnie pytanie: czym może być Ewangelia dla ateisty? Chrześcijaństwo oczyszczone z religijności magicznej, rytualnej, traktowanej jako środek do łatwych pocieszeń, podpórka do porządkowania życia. Ewangelia to niebywale radykalny tekst! Czytam teraz pisma niemieckiego pastora Bonhoeffera zamordowanego przez faszystów, który zastanawiał się, jakie będzie chrześcijaństwo w świecie bez Boga?

Przed kilku laty odszedł pan z kina do teatru. Znalazł pan tam chłonnego odbiorcę. Dlaczego wraca pan jednak do kina?

- Do lat 80. kino było u w Polsce miejscem kulturotwórczym, na równi z teatrem. W latach 90. żywym miejscem stał się teatr. Ale dziś teatrowi grozi regres, kurczy się w teatrach przestrzeń dla współczesnej dramaturgii. Zwalnia się dyrektorów np. za antyklerykalny spektakl. Teatr, jak chory od kroplówki, jest uzależniony od lokalnych władz, od miejscowych radnych.

Kino również przestało być miejscem, gdzie porusza się problemy, które nękają społeczeństwo. Od dwóch lat usiłuję zrealizować projekt filmowy o żydowskiej rodzinie zamordowanej przez Polaków. Uznano, że to "zbyt drażniące". Projekt dostał w PISF-ie miażdżące recenzje, z których dowiedziałem się, że bohaterowie scenariusza sami byli winni tego, co ich spotkało, bo byli komunistami. Podobne przykłady blokady świadomości, zasklepienia się w bogoojczyźnianej bajce, można by mnożyć. Dotyczą one całej naszej przeszłości. Sprawa Jedwabnego była sprawdzianem tego, co wolno. Powinno powstać na ten temat kilka filmów wchodzących ze sobą w polemiczny dialog. Mimo to wierzę dziś w kino bardziej niż w teatr, chociaż z drugiej strony coraz mniejszą mam ochotę na oglądanie i robienie tradycyjnych fabuł. Wierzę w siłę dokumentu, krytycznej animacji, wierzę w filmowy esej i pamflet. Chciałbym być na polskim gruncie kimś takim, jak Michael Moore.

Tadeusz Sobolewski, Gdynia
Gazeta Wyborcza
29 maja 2010

Książka tygodnia

Banksy
Wydawnictwo ARKADY
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia