Nędzni ale piękni

Les Miserables - reż. Wojciech Kępczyński - Teatr Roma w Warszawie

Nie wymagajmy za wiele. Półtora wieku temu "Nędznicy" wstrząsnęli Francją i do dzisiaj to arcydzieło romantycznego realizmu ojcuje szlachetnej literaturze spod znaku skrzywdzonych i poniżonych

Musical, choćby nie wiadomo jak stawał na palcach, z racji konwencji nieuchronnie przerobi to na sentymentalną bajkę o nawróconym grzeszniku ściganym przez fanatycznego służbistę, za tło mając cierpienie i nędzę ludu tudzież (nieudaną) rewolucję powstańców studentów w imię sprawiedliwości społecznej. Między dymami powstańczymi i wyziewami kanałów Paryża snują się opary szczęśliwej i nieszczęśliwej miłości od czasu do czasu zakłócanej prostackim bandytyzmem albo zwykłą ludzką zawiścią.

Bynajmniej nie dworuję sobie z „Les Misérables”. W końcu od 30 lat – licząc od premiery paryskiej – i ćwierć wieku od znacznie głośniejszej premiery londyńskiej święcą triumfy na scenach świata jako najdłużej grany musical w historii gatunku i być może najpopularniejszy. Okazało się, że melodramat, którym stoją „Nędznicy”, jest nie do pobicia i pod każdą szerokością geograficzną porusza te same serca i wyciska te same łzy współczucia dla poniżonej nędzy i satysfakcji z triumfującej nad złem miłości.Jak wiadomo, „Les Misérables” to jeden z tak zwanych formatów teatralnych słynnej angielskiej firmy Cameron Mackintosh Inc.; licencja na ich wystawianie obejmuje nie tylko muzykę czy tekst, ale całość inscenizacji. Widziałem w 1992 roku świetnych i bardzo po bożemu zrobionych „Les Misérables” w Pradze, w teatrze Divadlo na Vinohradech, z Heleną Vondráčkovą jako Fantine. Była – jak w oryginale – obrotówka, sterowane komputerami dekoracje już wtedy jeździły bezszelestnie. W Romie nie ma obrotówki, za to technika komputerowa od tamtego czasu poszła daleko naprzód. Nie dość, że wszystko samo obraca się, spuszcza i podjeżdża, to jeszcze dzięki efektownym wizualizacjom pada deszcz, wiatr porusza liśćmi drzew, a opary nad Sekwaną zdają się jak żywe. Kępczyńskiemu wolno więcej, ma na innowacje specjalny glejt od Mackintosha.

Co tu dużo gadać: trzy i pół godziny siedzi się na widowni z otwartą gębą. Tego, co już umie ekipa Romy, nie powstydziłyby się najlepsze sceny musicalowe świata. Edyta Krzemień jako Fantine śpiewa tak pięknie, że żal, kiedy w połowie I aktu umiera. Dzielnie sekunduje jej córka Cosette w dwóch wcieleniach – dziewczynki (w premierowej obsadzie cudna Madzia Kusa) i dorosłej Pauliny Janczak. Dwóch głównych antagonistów – eksgalernika Valjeana i oficera policji Javerta – wspaniale referują Janusz Kruciński i Łukasz Dziedzic. Ale moje teatralne serce bez reszty podbił groteskowy duet Anny Dzionek i (zwłaszcza!) Tomasza Steciuka w błyskotliwych rolach małżeństwa Thénardierów.

Ach, gdybyż paryscy nędzarze mogli siebie zobaczyć w blasku jupiterów!

Tadeusz Nyczek
„Przekrój” 40/2010
20 października 2010

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia