Nędznicy wzruszają na barykadzie

"Les Miserables" - reż: Wojciech Kępczyński - Teatr Roma w Warszawie

Lubimy opowieści, które łączą w sobie dramaty zwykłych ludzi z wielką historią w tle. To zestawienie sprawdza się także w musicalu, a jeśli libretto oparte zostaje na wielkiej powieści Wiktora Hugo i dopełnione melodyjną muzyką Claude-Michela Schönberga, to mamy przepis na jeden z najchętniej oglądanych tytułów: "Nędzników" ("Les Miserables"). Sceniczna wersja takiego utworu powinna w odpowiednich proporcjach zawierać w sobie rozmach inscenizacyjny, dobre wykonanie oraz wzruszenie, bo wiadomo, że to ono jest tym, czego najbardziej oczekuje widz. Oglądając "Nędzników" w warszawskim Teatrze Roma, nie zawiedzie się

Wzruszyć można się wielokrotnie... Najpierw losem dziecka, Gawrosza (Tomasza Chodorkowskiego), który, co prawda, nie mieszka na scenie w słoniu, ale budzi ogromną sympatię swoja odwagą i rezolutnością. Porusza nas matczyna miłość Fantyny, wyśpiewywana z wielkim wyczuciem przez Edytę Krzemień. Wzruszymy się przemianą Valjean’a, który w interpretacji Janusza Krucińskiego po pierwszych scenach traci buntowniczą ostrość głosu na rzecz liryzmu i płynnej frazy. Miłosny trójkąt Cosetty, Eponiny i Mariusa też wzrusza. Ewa Lachowicz jako Eponine świetnie wypada zarówno w scenach gdy musi być twardą córką ulicy i gdy cierpi w samotności z powodu złamanego serca-przepiękne wykonanie „Sama wciąż”. Natomiast chwila jej śmierci jest wyjątkowo prosto zrealizowaną, kameralną sceną. Oto dziewczyna umiera na rękach tego, kogo kocha, a w tle wygaszona, ale wciąż istniejąca barykada rewolucji. Sam Marius ,w iście romantycznym rozdarciu między walką o wolność i własnym szczęściem, też może poruszyć. Zwłaszcza, że „Pusty stół, puste krzesła” w wykonaniu Marcina Mrozińskiego to kolejna kameralna scena, która zapada w pamięć. Czy Łukasz Zagrobelny jako Enjolras porywa na barykady? Tak, bo wokalnie nie można mu nic zarzucić, nie wiem tylko, czy takie było założenie reżysera, ale na scenie prezentuje się najnowocześniej ze wszystkich, zupełnie jakby pozbył się gorsetu, który w 1832 był jeszcze typowo męskim dodatkiem do garderoby. Wreszcie, trzeba mieć serce z kamienia, by nie ulec czarowi głosu Łukasz Dziedzica, w konsekwentnie prowadzonej roli inspektora policji. Jego Javert z młodego bardzo rzeczowego policjanta zmienia się w inspektora, którego mimo wiary w słuszność własnych wyborów, zaczynają trawić wątpliwości. Początkowo ostry, rytmiczny ton zaczyna się rozwijać, by już do końca brzmieć płynną, szeroką frazą i zachwycać barwą, zwłaszcza w dołach skali. A scena samobójczego skoku w nurty Sekwany, choć dla niektórych zbyt mało widowiskowa, na mnie zrobiła większe wrażenie niż upiorny żyrandol.  

Przy takiej ilości wzruszeń przydaje się charakterystyczna para państwa Thenardierów, w świetnym wykonaniu Anny Dzionek i Tomasza Steciuka. Ludzi idealnie dopasowujących się do realiów, których to, co dziś zwiemy „elastycznością” przeraża bardziej niż strzały na barykadzie. A jednak ta para ma przede wszystkim rozładowywać ilość dramatów przypadających na każdego z bohaterów, wnosić powiew humoru, co udaj się znakomicie, nawet jeśli patrząc na nich uśmiechamy się trochę gorzko. Najmniej wzrusza Cosseta, w partii aż mdląco wdzięcznej dziewczyny, cóż, taka rola romantycznej heroiny. Niestety Paulina Janczak nie zachwyca wokalnie, górne dźwięki brane w typowo klasyczny sposób brzmią na tle innych nienaturalnie i szczególnie psują efekt w ansamblach. Można mieć wątpliwości dotyczące przekładu libretta autorstwa Daniela Wyszogrodzkiego. W niektórych momentach jest zbyt dużo sylab, które utrudniają zrozumienie tekstu, kiedy indziej w głowie układają się alternatywne wersje śpiewanych wersów. Można się też zastanawiać, czy bardzo poważny inspektor policji użyłby wyrażenia „wkręcić się do sztubaków”, ale to już szukanie dziury w całym.  

Inscenizacja w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego robi wrażenie, choć na szczęście scena nie jest przytłoczona przez scenografię. Barykada, w której budowie widać stoły i krzesła ulubionej kawiarni, jest bardzo pomysłowa. Bo przy tych stołach i na tej barykadzie rodzi się, wybucha i zbiera swoje żniwo rewolucja. Zamiast przeładowanego widowiska (choć otwarte zmiany dekoracji robią wrażenie), mamy połączone ludzkie historie. To nastawienie na kilka bardzo kameralnych obrazów, w których aktorzy mają szanse pokazać walory swoich głosów, bez irracjonalnego miotania się po scenie, wychodzi całości na dobre. Tym bardziej, że żaden z wykonawców nie szarżuje i nie popada w zbytni dramatyzm, za co należą się słowa uznania, bo wzruszając widza w musicalu, trzeba wyczuć granicę, za którą to co miało poruszać, staje się tylko obojętnym i sztucznym patosem. Historia wielkich przemian, wzrusza dzięki pokazaniu pojedynczych osób i odrębnych historii, które kontrastują z kilkoma sprawnie zrealizowanymi scenami zbiorowymi. Postawienie na postaci jest w duchu, rzecz jasna bardzo okrojonego, pierwowzoru Hugo, którego książka nazywana jest „powieścią o bohaterach”. A ponieważ wykonawcom udało się stworzyć postaci, „Nędznicy” w Romie stają się musicalem o bohaterach. Musicalem wzruszającym, sprawnie zrealizowanym i pozwalającym poczuć magię teatru muzycznego. To bardzo dużo!

Katarzyna Wojtaszak
Dla Dziennika Teatralnego
8 października 2011

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia