Nędznie...

"Les Miserables" - reż. Wojciech Kępczyński - Teatr Roma w Warszawie

Powieść Wiktora Hugo doczekała się już niezliczonych adaptacji. Wielowątkowe dzieło francuskiego klasyka swoją popularność zyskało świetnym połączeniem opowieści przygodowo-romantycznej i dramatu społecznego z elementami eseistyki. Oczywiście w ramach dostosowań do ram innych gatunków, adaptatorom chociażby filmowym i tak nie udawało się zachować całości tej skomplikowanej struktury. A musical jak wiadomo swoimi prawami się rządzi i w żadnym razie nie można od niego wymagać głębi intelektualnej. Dlatego dziwią np. głosy, które takie ,,Nine" stawiają tylko w opozycji do filmu Felliniego. Oczywiście ten pierwszy na tym traci.

Mimo to, twórcy musicali i tak podejmują się niełatwego zadania estetycznej oprawy libretta. W spektaklu Romy na podstawie ,,Nędzników” - ,,Les Miserables” - szwankuje już przekład tegoż libretta. Danielowi Wyszogrodzkiemu nie udało się oddać rytmiki i stylu oryginału. Poza paroma fragmentami kwestie brzmią sztywno i nienaturalnie, nie płyną z melodią, wykonawcy muszą ostentacyjnie i operowo kończyć poszczególne wersy. Ale i samo wokalne wykonanie nie jest nadzwyczajne. Jean Valjean Janusza Krucińskiego usypia, zamiast wzbudzać emocje swoim nie do pozazdroszczenia losem. Nudzi Fantine Edyty Krzemień, Cosette Pauliny Janczak jest nieznośnie nieskazitelna, a Marius Marcina Wortmanna nie ma za grosz polotu i wyczucia roli. Jakoś bronią się Jauvert Łukasza Dziedzica i Eponine Malwiny Kusior. Reszta obsady radzi sobie kiepsko, zresztą chórki śpiewają niewyraźnie dykcyjnie i  dopiero wyławiając parę słów z jednej zwrotki możemy odgadnąć kontekst. Sceny zbiorowe poprowadzone są w nieładzie, albo skrajnym uproszczeniu. Zupełnie jak pod koniec I aktu, kiedy grupa rewolucjonistów idzie na barykady – nijak nie przypomina to marszu wściekłych i pewnych swego ludzi.

Scenografia jest przewidywalna, chociaż w miarę funkcjonalna. Tylko ile można oglądać oklepane schematy i konwencje ruchu scenicznego? Postacie skaczą, biegają, ale żadna scena nie robi wrażenia. Barykada, szynk, galera – mijają przed oczami ze sporą prędkością, i dobrze, bo są brzydkie i zrobione bez wyczucia smaku. Podobnie jak kostiumy, zaprojektowane przez Magdalenę Tesławską. Wojciech Kępczyński jakby próbował zrobić z ,,Les Mis” operę, ale nie potrafi nadać całości żadnej spójności. W dodatku jest to wszystko nieznośnie patetyczne. Rozumiem – to musical, nie można od postaci wymagać psychologicznych niuansów, ale dzisiejszego widza nie zainteresuje inscenizacja grana wyłącznie w tonacji serio. Co z tego, że są tu małe akcenty komizmu, skoro występują nielicznie. W dodatku nie są w stanie wzbudzić niczego więcej, jak wyrazu lekkiego grymasu na ustach. Gdzie zabawa, odważne pomysły? Ironia, puszczanie oka do widza? Czy konieczne jest traktowanie odbiorcy jako bezrefleksyjnego pochłaniacza kolejnego chłamu, tylko dlatego, że ,,najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy”? Może inżynier Mamoń wcale nie ma racji?

Oprawa muzyczna pod kierownictwem Macieja Pawłowskiego niczym nie zaskakuje. To niedobra interpretacja Schonberga, monotonna i pozbawiona jakichkolwiek wzbogacających odbiór wariacji.

Kicz, kicz, kicz – jakoś to jednak działa, skoro owacje były długie i na stojąco. Zgaduję jednak, że to efekt dania ludziom czegoś, co nie wymaga od nich jakiegokolwiek myślenia. Tylko że tego typu „spektakli” dość w telewizyjnych odbiornikach. Karmienie tanimi chwytami na dłuższą metę odbija się na wrażliwości odbiorcy, stępiając ją. Nie zgadzam się na powierzchowne traktowanie przez twórców musicali stojących przed nimi zadań. Stołeczny teatr muzyczny powinien zrobić coś bardziej reprezentatywnego. Bardziej przemyślana adaptacja mogłaby wstrzymać dech w piersiach, a tak ciężko oddychać wskutek kpiącego śmiechu.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
9 stycznia 2012

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia