Nemorino zwycięzca

"Napój miłosny" - reż. Jitka Dtokalska - Opera na Zamku w Szczecinie

W Walentynkowywieczór Opera na Zamku wystawiła w swojej tymczasowej siedzibie "Napój miłosny", operę komiczną Gaetana Donizettiego z 1832 roku. Jitka Stokalska, reżyserka tego wciąż bardzo popularnego dzieła włoskiego belcanta, przeniosła akcję o sto lat później. Wprowadziła rowery, motocykl i sympatyczną ciężarówkę - replikę Forda T z 1914 roku (jedyną w Polsce).

Trudno powiedzieć, czemu Stokalska tak zrobiła. Przeniesienie akcji w czas szczytowania włoskiego faszyzmu niczego w jej "Napoju miłosnym" nie zmieniło i nie dopowiedziało. Na pewno zdumiało. Wydaje się, że było jedynym uzasadnieniem dla wykorzystania XX-wiecznych rekwizytów i strojów. To jednak stanowczo za mało.

Poza tym wszystko przebiegało tradycyjnie. Adinę, główną partię, śpiewała Joanna Tylkowska-Drożdż. Podobała się zwłaszcza w akcie drugim, m.in. w dowcipnym duecie z handlarzem Dulcamarą, granym przez Łukasza Golińskiego. Dobrze wypadł Nemorino, nieśmiały i lękliwy kochanek, grany przez Sylwestra Smulczyńskiego, dysponującego głosem odpowiednim do belcanta i dużymi umiejętnościami aktorskimi. Publiczność brawami nagrodziła wykonanie przezeń najsłynniejszej arii tej opery, "Una furtiva lagrima", aczkolwiek warto pamiętać, że w czasie innych realizacji aria ta bywa tak śpiewana, że widzowie skutecznie wymuszają bisy. W tej właśnie operze jest to jak najbardziej uzasadnione, wszak o komedię chodzi, o zabawę i radość z zabawy. Właśnie tego w szczecińskiej premierze było stanowczo za mało - lekkości, dowcipu, zabawy. Najbardziej komediowo wypadły role Nemorina i Dulcamary, handlującego w towarzystwie dwóch hostess swoistym napojem miłosnym. Bardzo dobrze zagrana i zaśpiewana była rola Gianetty (Lucyna Boguszewska). Dobrze śpiewał chór, przygotowany przez Małgorzatę Bonowską.

Premiera szczecińskiego "Napoju miłosnego" pozostawiła sporo niedosytu. Oglądając premierowe przedstawienie

trudno było napoić się humorem, lekkością, intrygą. Brakowało emocji. Mało emocjonujący był zwłaszcza pierwszy akt, w drugim było ciekawiej, ale bez fajerwerków. Nawet żołnierze, którzy dwukrotnie przejechali rowerami przez oczami widzów, nie wywołali specjalnego entuzjazmu, mimo że jechali bardzo sprawnie, rytmicznie i w stosownej kolejności trafiali w otwarte drzwi.

W piątek, po zakończonym przedstawieniu, pan Mateusz, zaanonsowany przez Wiesława Łągiewkę, poprosił na scenie panią Paulinę o rękę. "Tak" pani Pauli-y widzowie przyjęła owacyjnie. I bardzo słusznie.

Bogdan Twardochleb
Kurier Szczeciński
18 lutego 2014

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia