Niby matki, niby córki, czyli przepis doskonały na związek niedoskonały

"Niby matki, niby córki" - reż. Jarosław Fedoryszyn - Teatr Powszechny w Radomiu

Ukraiński reżyser Jarosław Fedoryszyn tak opowiada o bohaterkach swojej sztuki „Niby matki, niby córki": „Kobiety zajmują się prostytucją i na tym tle, nieoczekiwanie, znajdują rodzinę – odnajdują się jako matka i córka. W pewnym momencie następuje przełom w ich życiu, zaczyna się między nimi układać – dodaje Fedoryszyn.

Na scenie radomskiego teatru im. Jana Kochanowskiego sprawy przybierają jednak obrót nieco inny, bo słowa reżysera to raczej woluntarystyczna projekcja niż sceniczna realność. Owszem, postaci sztuki dość nieprecyzyjnie nawiązują do fachu, jaki im przypisano lecz nie sposób wywieść stąd, że to właśnie jest ów katalizator, który sprzyjać będzie założeniu rodziny. W innym miejscu Fedoryszyn wspomina o determinującej roli mężczyzny, który rzekomo ma się pojawić w życiu kobiet. Na scenie nie ma jednak po nim nawet śladu. Wszystko przez to, że sztuka wydaje się być rozpięta pomiędzy dokładną literą tekstu dramaturga Aleksandra Mardania, a dość swobodną praktyką jej adaptacji.

Ta ostatnia rozpisana została też na dość niekoherentny dwugłos: reżysera i autorki scenografii. Jarosław Fedoryszyn i jego partnerka Alla Fedoryszyna sprokurowali swoją inscenizację jakby grali na dwóch różnych instrumentach. On pilnuje zgodności dialogów z tekstem oryginału, niestety z wyraźnie słabym skutkiem. Kluczowe elementy dramatu dziwnie umykają z pola widzenia lub są potraktowane powierzchownie. Pomiędzy matką i córką nie zawiązuje się żadne przekonujące napięcie konfrontacyjne. Można niemal uznać, iż obie kobiety prowadzą dialog dość płytki, nie wywołujący ani konsternacji, ani nawet zwykłego zaciekawienia u widzów.

Tymczasem Alla Fedoryszyna, do tak wypłowiałego tekstu dosztukowała entourage swoim rozmachem wręcz imponujący. Rzec by wręcz można, że przesadnie wystylizowany, skrojony jakby zupełnie do innego dramatu. Co paradoksalne, choć tematyka dotyczy właściwie kobiet, wypłukana z jaskrawych walorów sztuka nabiera drugiego, niejako awaryjnego żywota na skutek niezwykle ciekawych drugoplanowych kreacji męskich. Pytaniem zasadnym jest jednak, czy wysublimowana symbolika gry aktorskiej (lub raczej pantomimy) mówi nam cokolwiek o dramacie Aleksandra Mardania, bądź przynajmniej z nim współbrzmi. Chyba, żeby uznać, iż „Niby matki, niby córki" mają być z założenia nasyconym groteską dramatem z elementami kryminału, a o takie postrzeganie swojego dzieła dopominają się realizatorzy. Wówczas dość sugestywnie zaproponowana strona estetyczno symboliczna rzeczywiście zdobi przedstawienie w walor zmysłowej tajemnicy. Jednak dramat wciąż nie wypełnia się przekonującą treścią.

Czego tyczy główny spór matki z córką, nie sposób orzec, choć wzajemna inwigilacja obu pań istotnie bywa ukazana. Niewiele z tego wynika. Kobiety nie zaznaczają przekonujących cezur, lecz raczej zdradzają zrozumienie dla wspólnych przemyśleń elementarnych, zwykle dość banalnych, takich jak to że „bez komórki jak bez szminki", „a wszyscy faceci to świnie". Gdy panie przejrzą się wzajemnie w symbolicznym lustrze, bez wahania potrafią zamienić się miejscami, przechodząc na pozycje odwrotne. „Nawet tunel ma dwa wyjścia"- żachną się wspólnie, gdy nastąpi męska ingerencja w życie jednej z nich. Choć zaiste trzeba wykazać sporo dobrej woli, by dostrzec, iż jakieś obce byty impertynencko wniknęły w płytką domenę obu kobiet. Groteskowa scena ubierania nieboszczyków, personifikujących bodaj szowinistyczny świat męskiej ingerencji, być może obroni się swoim komizmem sytuacyjnym.

Nie sposób uciec jednak od bolesnej konstatacji, według której brak przewodniej myśl dramatu ewidentnie ciąży widowisku. Przedstawienie wytraca tempo lub ginie pod słabym przecież ciężarem gatunkowym własnej niemocy intelektualnej. Nie zapobiegnie temu dryfowi nawet genialnie dobrany repertuar stanowiący podkład muzyczny. I wtedy niespodziewanie rzuci autorom koło ratunkowe ktoś odpowiedzialny za efekty specjalne, w onirycznych didaskaliach każąc szukać ukrytej przenośni. Kto wie, może ta ostatnia zaplątała się gdzieś w szczegółach i po głębszej refleksji wypłynie na wierzch. Póki co trudno się przyjdzie oprzeć innemu wrażeniu.

Reżyserowi wprawdzie nie udało się ożywić i spolaryzować bohaterek swojego dramatu. Wykazał zaś, że w rodzinie Fedoryschynów jest na to całkiem sporo miejsca.

Tomasz Misiewicz
Dziennik Teatralny
25 stycznia 2017

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...