Niby ten sam, ale inny

"Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie" - reż. Mikołaj Grabowski - Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu

- Nie bójcie się. To "Pan Tadeusz" - zapewniał na chwilę przed rozpoczęciem spektaklu w Teatrze Nowym reżyser Mikołaj Grabowski.

Obawy towarzyszące widzom przed sobotnią premierą mogły być uzasadnione - w końcu "Pan Tadeusz" to polska epopeja narodowa. I szkolna lektura, obowiązkowa. I choć zdaniem Witolda Gombrowicza to "Słowacki wielkim poetą był", a nie Mickiewicz, to właśnie ten poemat maglujemy najpierw w szkole podstawowej, a potem średniej. Dlaczego? By wciąż żywa była w nas pamięć dawnych zwyczajów w Polsce. Byśmy z zamkniętymi oczami potrafili namalować obraz życia wiejskiego: łowów, grzybobrania, wspólnych posiłków, wesel, zajazdów czy bitew.

Mickiewicz, uciekając od sporów emigracyjnych, rozczarowany tym, co zastał poza granicami Polski, skonstruował poemat, którego fabuła jest splotem trzech wątków: miłosnego (Tadeusza i Zosi, choć niemałą rolę odegrała w nim również Telimena), patriotycznego (mowa o powstaniu na Litwie i działalności księdza Robaka jako emisariusza) oraz sporu o zamek Horeszków. Autor wierzył w patriotyzm (drobnej) szlachty, jednak to w chłopach upatrywał nadziei na lepsze jutro. Nie bez powodu też w podtytule "Pana Tadeusza" zawarł słowo "ostatni". Świadomy był schodzenia z areny dziejów społeczności szlacheckiej, a wraz z nią jej obyczajów. Wiedział, że rychło w przeszłość odejdzie sarmacka Polska i narodzi się nowe pokolenie, które inaczej będzie rozumieć patriotyzm oraz idee wolności.

Jak wygląda Polska blisko 200 lat po tym, jak Mickiewicz ukończył "Pana Tadeusza"? Tkwimy w kraju, którego mieszkańcy bardziej idealizują przeszłość, niż myślą o przyszłości. Wolimy katować się mitem Polski idealnej, cierpiącej i wszechwiedzącej, niż zawalczyć o lepszą. Poniekąd cały czas śnimy. Wspominając i tęskniąc. Ze snu tego jednak wybudza nas Mikołaj Grabowski, strącając z hukiem z napompowanego patosem i świętością piedestału wielkie dzieło Mickiewicza. "Pan Tadeusz" w jego reżyserii staje się nową jakością, w której słowem kluczem jest humor. Rezygnuje z przypisanego mu gatunku na rzecz farsy. Tłumaczy, że nie musimy wszystkiego traktować serio.

Precz z romantycznymi mitami

Grabowski nie pierwszy raz zrealizował "Pana Tadeusza". Pokazał go m.in. w 2011 roku w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Spektakl, w którym zagrali m.in. Krzysztof Globisz i Jan Peszek, zdobył Nagrodę Publiczności podczas VI Spotkań Teatralnych "Bliscy Nieznajomi", organizowanych przez Teatr Polski w Poznaniu. Sobotni pokaz nowej wersji "Pana Tadeusza" - tym razem zrealizowanego z zespołem Teatru Nowego - również wywołał entuzjazm publiczności. Gromkie brawa, jakimi nagrodzeni zostali realizatorzy, świadczyły zarówno o reprezentowanym przez nich kunszcie, jak i o dystansie, jaki mają do siebie (przynajmniej ci konkretni, obecni na premierze) widzowie.

Na sukces "Pana Tadeusza" w reżyserii Grabowskiego składa się wiele elementów. Przede wszystkim to spektakl wyśmienicie zagrany i powiedziany - dzięki umiejętności posługiwania się wierszem przez aktorów zyskał niesamowite brzmienie. Aktorzy w każdej sferze dotrzymują sobie kroku. Są nie tylko bohaterami, ale również narratorami swojej opowieści. Tymi, którzy przeglądają się w krzywym zwierciadle, ale są i samym odbiciem. Grabowski pogrzebał w ten sposób romantyczne mity. I zderzył nas z rzeczywistością.

Równie świetna jak Ania Mierzwa w roli Telimeny jest Alicja Juszkiewicz, która gra Zosię. Mateusz Ławrynowicz jako Hrabia przyciąga wzrok. Ale nie mniej interesujący jest Podkomorzy w wykonaniu Zbigniewa Grochala czy grający Gerwazego Ildefons Stachowiak. Ciężar postaci i zadania, jakie postawił przed nimi reżyser, udźwignęli również debiutanci - Jan Romanowski, który gra Tadeusza, oraz Bartosz Buława w roli jednego z Dobrzyńskich.

Polskie żaby na placu budowy

Wśród scen, które na długo zapadną w pamięć, jest m.in. ta, w której główną rolę gra Łukasz Chrzuszcz. Jego narracja wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie polowania na niedźwiedzia, wywołała salwy śmiechu. A mikrochoreografia towarzysząca tej scenie (za ruch sceniczny również odpowiada Mikołaj Grabowski) przejdzie z pewnością do historii. Z podobną swobodą Anna Mierzwa wraz z kolegami gra scenę spotkania Telimeny z Tadeuszem w Świątyni Dumania, ale arcyśmieszny jest również moment przygotowań Zosi do wejścia na salony, podczas którego melorecytacyjny popis daje Julia Rybakowska. Cudowna jest też sama bohaterka tej sceny - tak różna od poniekąd przypisanej do tej roli za sprawą filmu Andrzeja Wajdy Alicji Bachledy-Curuś. Tamta Zosia była niewinna i płochliwa, a bohaterka Grabowskiego ma raczej wiele za uszami i jest zabawnie nieporadna. Grabowski w śmiech przekuwa również liryzm zawarty w opisach przyrody. I dowiódł tego, o czym Mickiewicz tylko pisał, że "żadne żaby nie grają tak pięknie jak polskie"...

Aktorzy grają na scenie przypominającej wielki plac budowy - pojawia się na niej wyłącznie szereg krzeseł w różnych konfiguracjach. Grają głównie we współczesnych kostiumach, choć po przerwie zamieniają je na dawne. Nastrój gęstnieje wraz z przebiegiem akcji. Całość spaja rytm trzynastozgłoskowca, wymawianego albo wyśpiewywanego do muzyki Zygmunta Koniecznego, granej na żywo przez zespół ukryty za rusztowaniem. Kompozytor wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że muzyka musi współistnieć z innymi elementami, że jest od nich uzależniona.

Monika Nawrocka-Leśnik
kultura.poznan.pl
19 listopada 2018

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia