Nic nie łączy, tylko dzieli

"Dwa Słowa", Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Sceptycznie podchodzę do wszelkich przeniesień dzieła oryginalnego w inny czas aniżeli ten, który nadał mu autor i nachalne uwspółcześnianie utworu. Najczęściej łączy się to z przeinterpretowaniem i zmianą wymowy dzieła, co już uważam za wręcz naganne ze strony reżysera. Jeśli autor, kompozytor napisał utwór, zawierając w nim określoną ideę i umieścił zdarzenia w konkretnym czasie, znaczy to, że miał w tym jakiś cel. Chciał coś powiedzieć, pokazać. Naginanie zaś autorskiej idei do tzw. pomysłu reżysera często prowadzi do nadużycia interpretacyjnego. Przykładem jest najnowsza premiera "Dwóch słów" w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej.

Spektakl składa się z dwóch jednoaktowych oper: "Verbum nobile" Stanisława Moniuszki i "Przysięgi" Aleksandra Tansmana. Zarzut przeinterpretowania dotyczy pierwszej części wieczoru, czyli "Verbum nobile". Moniuszko skomponował tę przeuroczą miniaturową operę w 1861 roku. Proste, o humorystycznym zabarwieniu libretto Jana Chęcińskiego opowiada historyjkę, jak to dwaj szlachcice, Serwacy Łagoda i Marcin Pakuła, na znak przyjaźni dali sobie szlacheckie słowo honoru (verbum nobile), że gdy ich dzieci - Zuzia i Stanisław - dorosną, wstąpią w związek małżeński. W ten sposób dwa rody staną się jedną rodziną. Zanim do tego dojdzie, po drodze zdarza się urocze qui pro quo, dotrzymanie przysięgi okazuje się trudne, bo wyrośnięte już dzieci zakochują się w kim innym, ale w finale sprawa się wyjaśnia, że panna i kawaler (który początkowo ukrył prawdziwe imię), to właśnie dzieci obu szlachciców. 

Moniuszko żartobliwie, z ciepłą ironią pokazał, jak życie potrafi płatać figle i jak niebezpieczne może być podjęcie przez rodziców decyzji o wyborze przyszłego męża czy żony dla swojego dziecka. Ta umowa między ojcami wynikała z więzów przyjaźni obu panów, a nie z tzw. ubicia interesu finansowego, jak to próbuje zinterpretować na dzisiejsze czasy reżyser spektaklu, Laco Adamik. 

Na scenie oglądamy więc zamiast szlacheckiego dworu, jakieś wysokie, halowe o przeszklonych ścianach przestrzenie, przypominające hotel z umieszczoną w widocznym miejscu częścią barową. Na zewnątrz zaś jakieś rusztowanie. Co robi umieszczony na nim człowiek? Tego chyba nikt nie wie. Widoczne zza okien niebo spowite szarymi obłokami sugeruje ponury nastrój. Wewnątrz, w hotelowej przestrzeni tłumy ludzi (chór) przemieszczają się tu i ówdzie, w niczym nie przypominając bohaterów opery Moniuszki. Zamiast sarmackich strojów w postaci kontuszów, czapek czy charakterystycznych dla tamtego okresu fryzur, postaci wystrojono tu w kostiumy stylizowane na lata międzywojenne, z różnymi domieszkami akcentującymi współczesność. 

Ale ta współczesność tkwi przede wszystkim w stylu bycia. Zuzia (Iwona Sobotka, mniej niż średnie wykonanie, że nie wspomnę już o zadaniach aktorskich) siada okrakiem na kolanach ukochanego, co wskazuje raczej na panienkę obsługującą klienta domu publicznego, a nie szlachciankę, którą obowiązują maniery przynależne jej urodzeniu. Takich kwiatków przypiętych do kożucha jest tutaj niemało. Sposób bycia Stanisława (Mariusz Godlewski niewybijający się głosowo) także budzi co najmniej zdziwienie. Sceny wzajemnych relacji obojga młodych zupełnie nie przekonują. W tej ogromnej halowej przestrzeni właściwie wszyscy wykonawcy nie mają szans na stworzenie przekonywającego wizerunku swoich postaci. Gdybyż jeszcze głosowo przebili się przez ten konglomerat kostiumów i fatalnej scenografii, ale tak nie jest. Z dwoma wyjątkami: świetnego Roberta Dymowskiego w partii Bartłomieja i Adama Kruszewskiego jako Marcina (wspaniały głos, a już słynna aria o ptaszku to wielka przyjemność dla widza). 

Ucieczkę od akcentów sarmackich Laco Adamik, reżyser spektaklu, podczas przedpremierowej konferencji prasowej usprawiedliwiał tym, że jako Słowak ma spojrzenie z dystansu, nie ma obciążeń sentymentalnych jak Polacy, którzy - jak twierdzi - mają kłopoty z tą Sarmacją. Z jednej strony kontusze i piękne czyny, z drugiej - liberum weto, co doprowadziło do upadku Polski - powiada. Tak więc, według niego, wystawianie dziś Moniuszki w zgodzie z tradycją nie ma sensu. Jeśli wystawiać Moniuszkę, to tylko w konwencji polemiki z nim. A zatem, jak rozumiem, przeciwko Moniuszce. Wychodząc z takiego założenia, dlatego pewnie usunął z wyreżyserowanej przez siebie we Wrocławiu "Halki" słynnego mazura. Bo co? Za bardzo polski? Tutaj zaś w tłumaczeniu wyświetlającym się nad sceną usunięte zostały słowa z arii w wykonaniu Adama Kruszewskiego jako Marcina, który rekomenduje swego syna Zuzi, że Stanisław jest "i do tańca, i do różańca". Słowa śpiewane kilka razy na scenie nie znajdują odzwierciedlenia w tłumaczeniu. Widocznie dla teatru Moniuszko jest zbyt "bogoojczyźniany", co nie licuje z dyktatem nałożonym na kulturę przez polityczną poprawność. 

Na szczęście muzyki ojca naszej opery narodowej nikt nie próbował "naprawiać" po swojemu. Pięknie wybrzmiewa w wykonaniu orkiestry pod batutą Michała Dworzyńskiego. No i na plus trzeba dodać interesujący początek - wybrzmienie uwertury na scence utrzymanej w konwencji teatru marionetkowego. Rzecz zgrabnie zrobiona, ładnie plastycznie i z uroczym poczuciem humoru. Szkoda że to tylko na chwilę, bo resztę brutalnie pozbawiono klimatu, odbierając dziełu moniuszkowy charakter, w zamian proponując nijakość. 

Drugą część wieczoru wypełnia zupełnie nieznana u nas opera "Przysięga" Aleksandra Tansmana, polskiego kompozytora żydowskiego pochodzenia, osiadłego przez wiele lat we Francji, gdzie zmarł w 1986 roku. Ta miniatura operowa przypomina dramat muzyczny pod względem podporządkowania języka muzycznego dramaturgii wynikającej z samej materii literackiej i ekspresji wywodzącej się z dramatyczności tematu. To prawykonanie w Polsce tego utworu. Tutaj, odwrotnie aniżeli w "Verbum nobile", przysięga zostaje złamana. Bohaterka, piękna hrabina (Iwona Hossa, atrakcyjna wizualnie i przekonywająca głosowo) zdradza męża, krzywoprzysięgając i ponosi tego konsekwencje. W warstwie fabularnej libretto brzmi nierzadko farsowo, jak choćby scena, gdzie hrabina każe kochankowi (Dariusz Stachura) schować się do szafy, bo oto mąż (Przemysław Firek) nadchodzi. Przestaje być farsowo, kiedy mąż każe zamurować wejście do szafy. Prawie jak w "Mazepie" Juliusza Słowackiego. 

Co łączy oba utwory - Moniuszki i Tansmana? Poza scenografią (to samo zimne szkło ścian z drobnymi modyfikacjami, te same szare chmurki w przelocie) i postacią Narratora (Paweł Deląg) - nic. Zupełnie nic. To dwa różne światy. Słowa danej przysięgi mają bowiem w obu utworach zupełnie inny kontekst. Poza tym są jak awers i rewers, w jednym przypadku dochowuje się przysięgi, w drugim nie. Obie opery dzieli wszystko, język muzyczny, gatunek dzieł, czas sceniczny i czas powstania utworów. "Przysięgę" skomponował Tansman w 1954 r. na zamówienie radia francuskiego, jest to więc opera radiowa. Napięcie dramatyczne tkwiące w muzyce Tansmana, jej mroczność w barwie, ekspresja wiodąca ku pewnej tajemniczości, ponury, pełen niepokoju klimat, świetnie przekazuje stan ducha bohaterów. Do oddania charakteru tej dość nietypowej muzyki przyczyniła się w największej mierze orkiestra poprowadzona świetnie przez Michała Dworzyńskiego.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
19 lutego 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...