Nic nowego, czyli o podróży w głąb siebie

"Dwoje biednych Rumunów..." - reż. P. Wojcieszek - TR Warszawa

,,Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" to tragikomiczna podróż autostopem przez Polskę, a zarazem podróż w głąb siebie. Pasażerowie to dwójka młodych, zagubionych ludzi, dla których życie - powierzchowne, bez perspektyw, głębszych wartości i kolorów - to nieustanna impreza rozkręcana narkotykami

Spotkali się przypadkowo. Jeżdżą po Polsce, udając biednych Rumunów i przeprowadzając akcję „Zni(sz)cz”. Z rumuńskimi żebrakami łączy ich być może to, że są społecznie wykluczeni. To groteskowi nieudacznicy, prostaccy, wulgarni, żałośni, śmieszni, przerysowani – zarazem jednak prawdziwie nieszczęśliwi.

Dżina (świetna Roma Gąsiorowska), która wciąż powtarza, że „wszystko jest super” i że jest „artystką życia”, nie ma pracy ani pieniędzy, ma za to synka, którego od czterech dni nie odebrała z przedszkola. Spodziewa się drugiego dziecka i nie ma pojęcia, kto jest jego ojcem. Jest rozchełstana, infantylna, głupia, nieustannie na „haju”. Śmierdząca olejem, w kłębach papierosowego dymu i z tatuażem z henny na łopatce wydaje się być uosobieniem tandety. Jednocześnie jednak jest w niej jakaś niezgoda i zagubienie, trudne do określenia „coś” z Iwony Gombrowicza. Parcha (Eryk Lubos) to nierozgarnięty aktor, który nie wie, co zrobił z pięcioma tysiącami złotych. Karykaturalne połączenie niewyobrażalnego mieszczucha i zblazowanego artysty. Bełkocze, że „te narkotyki są jednak naprawdę szkodliwe”, obawiając się, że wyrzucą go z pracy, jeśli nie dotrze na ósmą na plan serialu-tasiemca, w którym gra księdza Grzegorza. Ludzie, których spotykają na swojej drodze „Rumuni” są równie mali i „skrzywieni” – wśród nich wystarczy wspomnieć pijaną, zdradzaną żonę w białych kozaczkach (Maria Maj), która pragnie zemścić się na wiarołomnym małżonku poprzez zniszczenie mu samochodu, czy cierpiącego na swoistą manię prześladowczą Dziada (Marek Kępiński), który utożsamia Parchę z księdzem Grzegorzem. Bohaterowie Masłowskiej (o których autorka napisała, że są przesympatyczni, SIC!) budzą raczej wstręt, odrazę, wydaje się, że to raczej pewne typy ludzkie niż głęboko psychologiczne, „pełnokrwiste” postaci. Z początku obcy, „papierowi” Rumuni, postacie-klisze rodem z ,,Pulp Fiction” z czasem niepokojąco stają się coraz bardziej znajomi. Brnąc w narkotyczne wizje bohaterów, śmiejemy się, z przerażeniem odkrywając, że śmiejemy się „sami z siebie”, przez łzy.

Masłowska w swojej pierwszej sztuce przemyca, w „oparach absurdu” parę celnych, demaskatorskich uwag na temat popkultury, zachłyśnięcia kapitalizmem, beznadziei życia w postkomunistycznej Polsce, wyjałowieniu współczesnego człowieka. Jej unikalny, charakterystyczny język ociekający przekleństwami i ironią, który stanowi wielkie wyzwanie, ale daje też aktorom duże pole do popisu, nieźle oddaje próby poszukiwania własnego miejsca, tożsamości. Wyraża nieumiejętność dojrzewania, brania odpowiedzialności za swoje życie, trudność mierzenia się z konsekwencjami, lękami, frustracjami, poczuciem braku i niespełnienia.

Atutem przedstawienia jest również szara, ascetyczna, nieco klaustrofobiczna scenografia Magdaleny Maciejewskiej, z którą kontrastuje biel i czerwień kostiumów, a także ostre, agresywne, muzyczne akcenty. Jednak chyba zbyt wiele istotnych kwestii zostało poruszonych w spektaklu naraz. To jedynie dotknięcie ważnych problemów współczesności – płytkie, powierzchowne, uproszczone, chaotyczne, chwilami męczące i co najgorsze – przewidywalne. Mówienie o ,,Dwojgu biednych Rumunach…” jako o „manifeście pokolenia dwudziestolatków” czy „diagnozie współczesnej Polski” jest zdecydowanie na wyrost. Zbyt często spektakl grzęźnie na mieliźnie dosłowności. Twórcy wpadają w pułapkę narzucania prostych odpowiedzi, stereotypów, kiczu i taniego sentymentalizmu, co najlepiej widać w niezwykle patetycznej scenie finałowej. Być może zabrakło w spektaklu pomysłu reżysera, próby wniknięcia w tekst Masłowskiej, pogłębienia go, zbudowania nowych znaczeń i sensów, spojrzenia na niego od innej strony. Być może tekst sztuki okazał się jednak w jakiś sposób wtórny, męczący, „nieteatralny”. Twórcy przedstawienia nie zaskakują, nie wstrząsają. Oprócz przygnębienia wychodzi się z TR-u z nieodpartym poczuciem, że to już wiemy, że to już było…

Zuzanna Liszewska
teatrakcje.pl
7 lutego 2011
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia