Nic poza pupą

"Pornografia" - reż. Waldemar Śmigasiewicz - Teatr Powszechny w Warszawie

"I przez sekundę, i oni, i my, w naszej katastrofie, spojrzeliśmy sobie w oczy" - tymi słowami kończy się "Pornografia" Gombrowicza, dzieło niedocenione i wykrzywione przez wersję filmową Kolskiego. Subtelnością wyrazu ustępuje chyba tylko "Kosmosowi". Czy mógł się tą powieścią nie zająć Waldemar Śmigasiewicz, którego liczbie adaptacji dzieł twórcy "Ślubu" ustępuje nawet Grabowski?

W "Ferdydurke" Śmigasiewicza nawet pojedynek na miny, z którym na ogół w teatrze mało kto sobie radzi, miał swojego ducha. Sam reżyser jest artystą doświadczonym, znającym swój fach. Dlatego jego spektakl zrobiony w Powszechnym zakrawa chyba na mało wybredny żart. Przede wszystkim należałoby zadać pytanie – o czym jest ta "Pornografia"? Próba szukania odpowiedzi byłaby – jak manipulacje Witolda i Fryderyka - długa i bezowocna.

Całe przedstawienie skupia się bezwzględnie na książkowym narratorze – Witoldzie (Adam Woronowicz). To on jest spiritus movens wszystkich zdarzeń, wydaje się, jakby nic nie działo się bez jego udziału. I właśnie ta dosłowność narusza fundament ideowy spektaklu. Fryderyk Krzysztofa Stroińskiego de facto nie istnieje. U Gombrowicza jego osobowość wisi nad całą fabułą, jest tam tajemniczy i tragiczny zarazem. Tę właściwość uchwycił nawet Majchrzak w filmie. Świetny aktor, jakim jest Stroiński, gra tak, jakby nic go nie obchodziło, pierwszoplanowa postać staje się bohaterem niemal epizodycznym. Fałszywa jest koncepcja Karola (Tomasz Błasiak) i Heni (Katarzyna Maria Zielińska). Dla Śmigasiewicza to już duże dzieci, w których nie trzeba wyzwalać erotyzmu, bo już są świadome swoich ciał i uroku. I może udałoby się to twórczo wykorzystać, gdyby nie fakt, że czyni to z Witolda i Fryderyka zwykłych zboczeńców, mających specyficzną chorą przyjemność z aranżowania kolejnych sytuacji. Tę beznadzieję reżyserskiego pomysłu Stroiński właśnie zbywa lekceważącą grą. Za to Woronowicz, świadomy słabości całego przedsięwzięcia, świetnie się bawi. Dominuje w całym widowisku, igra ze swoją rolą. Tam, gdzie ma grać tragicznie, ucieka w groteskę.

W ogóle cały zespół aktorski, mniej lub bardziej doświadczony, pokazuje na scenie karykatury, nie ludzi. Maniera grania Gombrowicza ,,dziwnie i pokracznie” absolutnie nie zdaje egzaminu w przypadku trzech jego dzieł: "Ślubu", "Kosmosu" i "Pornografii" właśnie. Tam technika absurdu ujawnia się już tylko w niuansach, ale nie są to absolutnie historie brane w duży nawias, jak "Ferdydurke". Obowiązkowo Śmigasiewicz sięga wątku polskości, warszawskich intelektualistów, pokazując jako uzależnionych od sloganów. Tego wręcz nie można się było spodziewać.

Spektakl Powszechnego jest jeszcze przykładem przedstawienia, kiedy muzyka absolutnie nie pasuje do całości. Dębskiego nie było stać na wydobycie więcej tonów i stworzenie innej ścieżki, niż irytujących świszczałek, mających ubrać widowisko w szkolny mundurek. To wszystko jest właśnie nieznośnie szkolne, ugrzecznione. Bo żeby jeszcze wszelkie modyfikacje miały swoje uzasadnienie. Winę ponosi Śmigasiewicz, który wykonał pracę niechlujną i niespójną. Gorący erotyzm, który bije ze stron "Pornografii", tu ustępuje klasycznemu zbanalizowaniu Gombrowicza. Pupa jest naga, ale tym razem nie ruszy nikogo.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
19 listopada 2011

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia