Nie buduję ról na takich identyfikacjach

Wywiad z Kamilem Maćkowiakiem

26 kwietnia na deskach elbląskiego teatru pojawił się Kamil Maćkowiak, który wcielił się w rolę "Boga tańca", czyli Wacława Niżyńskiego. Przed spektaklem rozmawialiśmy z aktorem.

- Agnieszka Jasionowska: Czy wcielenie się w rolę Wacława Niżyńskiego było Pana marzeniem?

- Kamil Maćkowiak: To nie było tak, że to było marzenie w takim sensie, że gdzieś narodził się pomysł zagrania tej roli. Kolejność była odwrotna. Po prostu trafiłem na „Dzienniki” Niżyńskiego. Materiał zawarty w dziennikach był dla mnie inspiracją, dlatego w takim sensie zagranie Niżyńskiego nie było moim marzeniem. Natomiast marzyłem o takiej roli - wyzwaniu, o zmierzeniu się z monodramem. Chciałem zobaczyć, jak to jest. Nie bez powodu byłem zafascynowany Krystyna Jandą, która w dziedzinie monodramu jest mistrzynią. Dlatego też to się nie wzięło z niczego. 
   
- Jak Pańskie doświadczenia baletowe wpłynęły na grę aktorską w monodramie „Niżyński”?

- Dzięki szkole baletowej wykorzystałem taniec w spektaklu. Chociaż nie jest jego dużo, bo zaledwie kilka minut na dwie godziny w sztuce. Miałem takie zaplecze, więc postanowiłem je wykorzystać. Chciałem uwiarygodnić dramat tego człowieka przez ruch, przez główny środek wyrazu Niżyńskiego, czyli ekspresję ciała. To się akurat fajnie zrymowało i postanowiliśmy zrobić z tego atut. 
   
- W wywiadzie udzielonym „Maglowi Towarzyskiemu” powiedział Pan, że szkoła baletowa ukształtowała Pana kręgosłup moralny. Czy mógłby Pan rozwinąć tę myśl?

- Mógłbym to rozwijać przez parę miesięcy (śmiech). W ogóle takie sformułowanie jak „kręgosłup moralny”, już samo to stwierdzenie, jest dla mnie czymś, z czym dwie godziny przed „Niżyńskim” nie będę się mierzył nawet w próbie odpowiedzenia na to pytanie (śmiech). Natomiast ona, szkoła baletowa, określiła moje priorytety i wartości. Przychodząc do szkoły teatralnej, nie byłem osobą, która jest „surowa”, tzn. byłem już w jakimś artystycznym stopniu ukształtowany przez dziewięć lat szkoły baletowej, więc chyba to miałem na myśli. Nie szkoła teatralna mnie kształtowała, tylko dużo, dużo wcześniej te rzeczy się zadziały. Stąd też pewnie taki, a nie inny teatr mnie interesuje. Jest to zazwyczaj teatr wyrazisty.

- Ciekawi mnie, czy w pewnym stopniu utożsamia się Pan z graną postacią?

- Jeżeli takie rzeczy następują nawet, to ja o nich nie mówię, bo nie jest to dla mnie dobrze. Zawsze możemy znaleźć coś, z czym się identyfikujemy. Siłą rzeczy, coś pomiędzy moim a Niżyńskiego życiorysem, coś takiego się „rymuje” - chociażby balet. Natomiast nie buduję ról na takich identyfikacjach. Wydawałoby mi się to niebezpieczne. Nie buduję roli na swoich mega traumach, które gdzieś eksplorują w jakimś spektaklu, to nie. 
   
- Dlaczego wydaje się to Panu niebezpieczne?

- To nie jest dla mnie istotą tego zawodu. Raczej kreowanie czegoś, a nie eksploatowanie własnego bólu istnienia. Niebezpieczna byłaby taka praca, gdybym tak dłużej musiał pracować. Myślę, że to mogłoby być niebezpieczne w sensie zdrowia psychicznego.

- Gdzie naprawdę realizuje się Pan zawodowo? Na planie filmowym czy deskach teatru?

- To jest zależne od propozycji. Kwestia propozycji, a nie miejsca i topografii danego miejsca. Realizuję się tam, gdzie dostaję zadanie, które uważam za interesujące i rozwijające, a nie coś, co będzie odcinaniem jakiegoś kuponu. Tak że na pewno „Niżyński” jest dla mnie takim miejscem, gdzie się realizuję. Czy to jest Elbląg czy Petersburg, czy za chwilę jedziemy do Finlandii, więc w zależności od tego, gdzie jesteśmy z „Niżyńskim”, tam się aktualnie realizuję. 
(mb)

Anieze /Agnieszka Jasionowska/
Elbląska Gazeta Internetowa
28 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...