Nie godzę się na niewolnictwo

rozmowa z Agatą Obłąkowską-Woubishet

Uważam, że zbyt często mijamy kogoś na ulicy bez zastanowienia się, kim ten ktoś jest. Kupujemy formę człowieka. Zamykamy się na emocje innych. Wolimy funkcjonować w swoim bezpiecznym świecie. "Statek szaleńców" opowiada o pięknej, pozornie szczęśliwej kobiecie, przeżywającej w gruncie rzeczy okropny dramat, z którego ludzie nie zdawali sobie sprawy. Dlaczego? Z jednej strony nie dzieliła się nim z otoczeniem, z drugiej, nikomu nie zależało, aby dotrzeć do jej wnętrza. Historia opowiedziana ze sceny powinna skłonić widza do refleksji i otworzyć go na drugiego człowieka, wpłynąć na jego emocje. "Statek szaleńców" jest formą terapii, która powinna wyzwolić zbiorową odpowiedzialność. - z Agatą Obłąkowską-Woubishet, aktorką Teatru „Arka" we Wrocławiu, rozmawia Grzegorz Ćwiertniewicz.

Grzegorz Ćwiertniewicz: Czy będąc nastolatką, myślałaś o tym, by zostać aktorką?

Agata Obłąkowska-Woubishet: No pewnie! Myślałam o tym już jako dziewięcioletnia dziewczynka, choć oczywiście moje plany nie były wtedy jeszcze mocno skrystalizowane. Rodzice posyłali mnie na zajęcia teatralne do domu kultury, jedynego w Piasecznie. Prowadził je pan Antoni Pszoniak. Tam zakochałam się w teatrze. Jednocześnie chodziłam na zajęcia z tańca i akrobatyki. To się wzajemnie uzupełniało. Później zaczęłam uczęszczać do Teatru Ochota założonego przez panią Halinę i Jana Machulskich, a prowadzonego wtedy przez panią Bożenę Stryjkównę. Wspaniale wspominam ten okres. Pod okiem uczących tam aktorów, stawiałam swoje pierwsze sceniczne kroki. Zdałam również do prowadzonej przez państwa Machulskich szkoły aktorskiej. Miałam przyjemność pracować z Andrzejem Waldenem, wspaniałym mentorem. Poza próbami, organizował nam spotkania z teatrem. Przekonywał, że jesteśmy kimś więcej niż tylko osobami wychodzącąymi na scenę, że teatr to coś więcej. Tam spotkałam się również z panem Maciejem Wojtyszką, panią Eugenią Herman i wieloma wspaniałymi, mądrymi osobami. W końcu dostałam się do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Droga długa i kręta, ale się udało!

Jak debiut teatralny wpłynął na Twoje losy zawodowe?

Moje spektakle dyplomowe reżyserowane były przez osoby nietuzinkowe. W 2009 roku wystąpiłam w „Nocy trybad" w reż. Krzysztofa Kulińskiego, w 2010 roku zaś- w „Lepszym świecie" w reż. Pawła Miśkiewicza. Każdy, kogo spotkałam na swojej drodze, wniósł coś do mojego warsztatu i do mojego życia. Muszę tu wspomnieć o moim aniele stróżu, pani profesor Krzesisławie Dubiel-Hrydzewicz, w której zawsze miałam ogromne wsparcie. Ale niestety- szkoła teatralna nie jest przepustką do kariery. To, że się ją skończy, nic nie znaczy. Studiujemy przez cztery lata, jesteśmy zamknięci, czy też zamykamy się, w murach uczelni, bierzemy z naszych wykładowców wszystko, co najlepsze i przepuszczamy przez siebie. W końcu kończymy szkołę i zostajemy sami. Często bez angażu. Musimy obrać wtedy jakiś kierunek. Pomimo że otrzymałam nagrodę dla najlepszego studenta, nie dostałam od razu pracy w Teatrze Polskim we Wrocławiu czy we Wrocławskim Teatrze Współczesnym.

Jak wyglądały Twoje poszukiwania?

Przez chwilę byłam związana z Teatrem Polskim we Wrocławiu, w którym pracowałam nad spektaklem dyplomowym. W przerwach pojawiał się nawet pan Krzysztof Mieszkowski, dyrektor teatru. Byłam na wstępnych rozmowach. Myślałam, że Teatr Polski stanie się moim miejscem pracy. Na drugim i czwartym roku byłam w ciąży, ale udało mi się ukończyć studia bez żadnego problemu. Wspominam te chwile z rozrzewnieniem. Pani profesor Elżbieta Czaplińska-Mrozek, ówczesna dziekan, udostępniła mi pokój, w którym mogłam swobodnie karmić dziecko. Stała tam kołyska, stolik do przewijania i ksero. Wszyscy nam pomagali. Przychodzili wujkowie, pojawiały się ciocie. Wykładowcy byli wyrozumiali, dzięki czemu coś, co z pozoru wydawało się niemożliwe, udało się. U Miśkiewicza zagrałam kobietę w ciąży, bo nią rzeczywiście byłam. Ludzie, którzy nie wiedzieli o moim stanie, chwalili brzuch. Przed Wrocławiem, zdawałam dwa razy do Warszawy. Nie udawało się. Wrocław był mi przeznaczony. Jako jedyny otwierał i otwiera się na różnych ludzi, na osobowości.

Czy jako studentka PWST myślałaś o tym, w jakiego typu teatrze chciałabyś pracować?

Nie. Miałam już swoje lata i trochę inaczej podchodziłam do sprawy. Teatr był zawsze dla mnie misją. Niezależnie więc, z którym byłabym związana, wywiązywałabym się sumiennie z przyjętych obowiązków. To jest kwestia powołania. Teatr jest dla mnie spotkaniem z publicznością, z drugim aktorem, z reżyserem. Zawsze chodziło mi o to, by coś z siebie dać, żeby praca nie była pozbawiona sensu.

Po szkole teatralnej trafiłaś do wrocławskiego Teatru "Arka". Co spowodowało, że właśnie z tym miejscem związałaś swoją przyszłość?

Wydaje mi się, że dyrektorzy teatrów niechętnie chcieli zatrudnić aktorkę, która jest matką dwojga małych dzieci. A może to nie był właściwy dla mnie czas? Nie chciałam jednak rezygnować z aktorstwa, gdyż zbyt dużo poświęciłam, aby osiągnąć upragniony cel. Moja rodzina musiała pójść na wiele kompromisów, abym mogła spełniać swoje marzenia. Nie mogłam również opuścić Wrocławia, ponieważ mój mąż, Mikołaj Woubishet, pracował już wówczas we wrocławskim Teatrze Muzycznym „Capitol". Trafiłam w końcu na stronę internetową Teatru "Arka". Zaczęłam czytać o jego misji, o zróżnicowanym zespole aktorskim. Wtedy zrozumiałam, że teatr może być czymś więcej niż tylko występowaniem na scenie. Pojęłam, że może być również walką o równość i tolerancję. Wybrałam się na rozmowę do pani Renaty Jasińskiej. Źle trafiłam, gdyż dzień wcześniej odbył się casting i Jasińska zaangażowała dwie aktorki. Za kilka dni otrzymałam od niej telefon z propozycją współpracy. Obyło się bez przesłuchań. Najpierw pracowałam na pół etatu, ale po krótkim czasie zostałam przyjęta na cały. Od prawie czterech lat tworzę wraz z innymi aktorami to szczególne miejsce, w którym wielu artystów nie potrafiło się odnaleźć. Czasem trzeba zrezygnować z kreowania siebie i skupić się na ogólnych problemach teatru. Każdy z nas musi włożyć dużo pracy w to, aby mógł on sprawnie funkcjonować. Nie oznacza to jednak, że nie chcę grać ważnych ról, że nie chcę się rozwijać. Z tego aktorowi bardzo trudno zrezygnować.

Teatr "Arka" różni się od innych teatrów tym, że na scenie, obok aktorów pełnoprawnych, występują aktorzy z niepełnosprawnością. Nie uważasz, że określanie adeptów mianem aktorów jest nadużyciem?

Uważam, że w tym przypadku należy unikać takiego podziału. Osoba występująca na scenie jest aktorem. Każdy wkłada tyle samo pracy w przygotowanie się do odegrania konkretnej roli. Dyplom nie ma tu żadnego znaczenia. Najważniejsza jest umiejętność obcowania z widzem, przekazywania prawdy.

Czego aktorzy pełnosprawni mogą uczyć się od swoich niepełnosprawnych koleżanek i kolegów?

Kiedy przyszłam do Teatru "Arka", osaczyło mnie ponad dwadzieścioro niepełnosprawnych dzieci. Byłam przerażona! Nie wiedziałam jak się zachować. Zastanawiałam się czy jestem na to gotowa. Zawsze żyłam w pięknym, zdrowym, kolorowym świecie i nagle dostrzegłam, że w tym innym nie potrafię się jak na razie odnaleźć. Tutaj nauczyłam się tolerancji. Zrozumiałam, że te dwa światy się wzajemnie przenikają, a przecież na co dzień nie mówi się o tym tak otwarcie.

Jak czujesz się w klimacie "Arki"? Jak opisałabyś to miejsce?

Dzięki temu zespołowi możemy tworzyć znacznie więcej niż teatr państwowy. Stronię, oczywiście, od wszelkich porównań. Nie mają one najmniejszego sensu. Musimy poświęcić bardzo dużo czasu, aby nauczyć naszych niepełnosprawnych kolegów odgrywania przeznaczonych dla nich ról, ruchu scenicznego, dykcji. Odwdzięczają się sercem i prawdą, którą potrafią wyrazić czasem lepiej od aktorów profesjonalnych. Dążymy do zbudowania teatru, w którym aktorzy w końcu powiedzą: my nie gramy, my nie udajemy, my jesteśmy, my czujemy. W "Arce" nie ma miejsca na kłamstwo. W "Arce" dąży się do prawdy! Wyznaję zasadę: nie czujesz, nie graj! Chciałabym, żeby moje poświęcenie osobiste było zauważane nie tylko przez dyrekcję, ale także przez widzów, dla których tutaj w pewnym sensie jestem. Staram się każdą przyjmowaną rolę odnieść do mojego życia po to, żeby wykrzesać z siebie wspomnienia pomocne w kreowaniu postaci, żeby być dla publiczności wiarygodną.

Trudno zarzucić Ci brak talentu. Nie chciałabyś spróbować swoich sił na innych scenach?

Wierzę w Teatr "Arka" i w to, że będzie wielkim, docenianym przez znawców i widzów teatrem! Towarzyszą mi jednak pewne obawy. Niepokoi mnie stosunek ludzi do osób z niepełnosprawnością, brak akceptacji i pewne ich zamknięcie na rozmowę na ten ważny temat. Walczę jednak o powodzenie sceny przy Menniczej 3, walczę o poziom, bo on jest przecież często identyfikowany z moją osobą. Czasem, oczywiście, myślę o poszukiwaniu nowych wyzwań. Zwłaszcza gdy przygniata mnie nadmiar pracy i obowiązków, nie tylko związanych z teatrem, ale także z życiem osobistym. Zaczynam myśleć o tym, co osiągnęłam i co jeszcze jest przede mną. Samą siebie rozliczam z realizacji wyznaczonych wcześniej celów. Teraz bardzo intensywnie! Przecież to moje życie! Zamierzam zająć się reżyserią. Marzę, by wystawić "Pułapkę" Tadeusza Różewicza. Wraz z mężem przygotowujemy również spektakl o Rwandzie, który zostanie pokazany w czerwcu na Kameralnej Scenie Teatru „Capitol" we Wrocławiu. W kwietniu rozpoczynamy próby. Chcemy powiedzieć o czymś ważnym, o czym ludzie zapomnieli albo chcą wyprzeć ze swojej pamięci.

Renata Jasińska, osoba znana ze swojej szlachetnej działalności również poza Wrocławiem, jest nie tylko dyrektorką Teatru "Arka", ale także reżyserką większości spektakli. Jak układają się relacje między nią a zespołem artystycznym? Czy pozwala realizować swoje pasje?

To jest bardzo trudne pytanie! Dyrektorka dąży do zintegrowania zespołu, ale każdy z nas jest inny, ma swoje problemy, wizje, marzenia. W Teatrze "Arka" panuje różnorodność. Nie godzimy się jednak na demonstrowanie frustracji. Pani Renata zna mój stosunek do sztuki. Wie, że jestem przeciwna niewolnictwu. Ma świadomość, że chcę się rozwijać. Pomaga mi w tym powierzając skomplikowane role, a także przystając na mój udział w różnych projektach poza teatrem. Aktor, który uważa, że wszystko już widział, wszystko już przeżył, umiera.

Można zobaczyć Cię w każdym spektaklu wystawianym na deskach Teatru "Arka". Z której roli jesteś najbardziej zadowolona?

Z roli w "Statku szaleńców". Bardzo dobrze czułam się również w "Edycie Stein. W pośpiechu do nieba". Przy pracy nad tymi obiema rolami mogłam w sobie trochę pogrzebać i odnaleźć przestrzenie, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam. Lubię mieć możliwość poprowadzenia postaci i problemu. Wtedy widzę sens wychodzenia na scenę.

"Statek szaleńców" to najnowsze przedstawienie, w którym można Cię oglądać. Odgrywasz w nim z powodzeniem bardzo trudną główną rolę. Czym jest dla Ciebie ten spektakl?

Uważam, że zbyt często mijamy kogoś na ulicy bez zastanowienia się, kim ten ktoś jest. Kupujemy formę człowieka. Zamykamy się na emocje innych. Wolimy funkcjonować w swoim bezpiecznym świecie. "Statek szaleńców" opowiada o pięknej, pozornie szczęśliwej kobiecie, przeżywającej w gruncie rzeczy okropny dramat, z którego ludzie nie zdawali sobie sprawy. Dlaczego? Z jednej strony nie dzieliła się nim z otoczeniem, z drugiej, nikomu nie zależało, aby dotrzeć do jej wnętrza. Historia opowiedziana ze sceny powinna skłonić widza do refleksji i otworzyć go na drugiego człowieka, wpłynąć na jego emocje. "Statek szaleńców" jest formą terapii, która powinna wyzwolić zbiorową odpowiedzialność. Pozbawiliśmy spektakl typowego zakończenia, ażeby widz nie miał poczucia zamkniętego procesu, żeby nie opuścił sali w przeświadczeniu, że wszystko zrozumiał i zwolnił siebie z koniecznej analizy problemu. Chcemy, aby wyciągnął wnioski w najbardziej dogodnym dla siebie miejscu i czasie.

Jak przygotowywałaś się do tej roli?

To była bardzo trudna rola. Szukałam natchnienia. Przede wszystkim grzebałyśmy z reżyserką, Renatą Jasińską, w mojej psychice. Pomocą służyły mi dwie panie psycholożki kliniczne. Wiele z nimi rozmawiałam na temat prawdopodobnego zachowania dziewczynki, która zostałaby zgwałcona w wieku pięciu lat, ile czasu potrzebowałaby, żeby się otrządsnąć z tej traumy. To one powiedziały mi, że sprzątanie, czyli układanie swojej przestrzeni życiowej, jest chęcią uporządkowania psychiki. Czytałam reportaże, książki naukowe. Wiele zrozumiałam. Bywały momenty, że spierałyśmy się z panią Renatą, reżyserką spektaklu, w sprawie zachowań i cech, przypisywanych kobietom zgwałconym. Powoływałam się wtedy na źródła naukowe. Postępowanie mojej bohaterki nie mogło być sztuczne, przerysowane. Na szczęście bardzo się szanujemy w pracy, dlatego zawsze dochodziłyśmy do wspólnych wniosków. Każdą graną postać staram się bronić. Muszę ją "przepuścić" przez siebie.

Aktorzy z niepełnosprawnością grają w "Statku szaleńców" osoby odrzucone przez społeczeństwo. Co byś powiedziała o spektaklu, w którym reżyser starałaby się wydobyć z nich piękno, pokazać ich zwykłe sprawy, przyodziać w kolory?

Chciałabym! Każdemu z nas potrzebna jest w życiu radość! Jeśli nie będziemy pokazywali radości, będzie to oznaczało, że świat osób z niepełnosprawnością jest tylko szary, smutny i brzydki. A przecież tak nie jest!

Trudno jest ukazać piękno tych osób, kiedy w rzeczywistości pięknie się o nich nie myśli...

Czy misją teatru nie powinno być m. in. edukowanie ludzi? Darek Taraszkiewicz w naszej "Moralności pani Dulskiej" zrobił ważną rzecz. Ukazał gamę emocji osoby z niepełnosprawnością: od miłości do rozpaczy. Wydobył z niej szczery śmiech. Pokazał, że miłość jest dostępna dla wszystkich, że jest czymś normalnym. Oswoił z tym publiczność.

Teatr "Arka" ma raczej stałą publiczność, która żyje wystawianymi tutaj spektaklami. Czym zachęciłabyś do odwiedzenia tego miejsca nowych widzów?

Teatr "Arka" jest dla mnie jedynym miejscem, w którym można się spotkać! Ale tak naprawdę! To nie jest teatr dla każdego. Przy Menniczej 3 spotykają się ludzie myślący, chcący coś przeżyć, otwarci na nowe, nieznane. Na pewno nie udałoby mi się przekonać wszystkich. Z naszą publicznością staramy się nawiązać kontakt, walczymy z anonimowością widowni.

Niedawno walczyłaś o Nagrodę „Warto", przyznawaną przez „Gazetę Wyborczą", która promuje Wrocławskie Odkrycia Artystyczne. Ta nominacja wynika z docenienia Twojego teatralnego zaangażowania na rzecz Wrocławia. Nobilitujące i motywujące?

Oczywiście, że tak. Kiedy się dowiedziałam o tej nominacji, byłam bardzo szczęśliwa, bo oznaczało to, że ciężka praca została dostrzeżona, że nasz teatr został dostrzeżony, że może w końcu przyszedł czas na nas. Bardzo dziękuję za to wyróżnienie, dzięki, któremu zrozumiałam, że naprawdę warto nigdy się nie poddawać!

Agata Obłąkowska-Woubishet - aktorka, choreograf w Teatrze „Arka" we Wrocławiu

Grzegorz Ćwiertniewicz
Dziennik Teatralny Wrocław
21 marca 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia