Nie gram króla w koronie

rozmowa z Jerzym Trelą

- Wchodzenie w czyjąś skórę nigdy nie jest bezpieczne i bezkarne. Za ten zawód płaci się wysoką cenę. Mam jednak zasadę zostawiania roli w teatrze. Dlatego dziś zagram Leara, kostium powieszę na wieszaku i wyjdę do domu jako Jerzy Trela - mówi aktor.

Premiera spektaklu według "Króla Leara" z gościnnym udziałem Jerzego Treli, według scenariusza i w reżyserii Pawła Miśkiewicza, odbędzie się dziś w Małopolskim Ogrodzie Sztuki.

Dziękuję Panu za to, że zgodził się na spotkanie, choć doskonale wiem, że przed próbami generalnymi to nie jest dla aktora najlepszy czas na wywiady.

- To najintensywniejsze twórcze poszukiwania dla aktora, zmaganie się z postacią, wtedy wszystko się zbiera w całość. A do tego muszę nadrobić jeszcze stracony czas na chorobę, która przerwała nam próby, co mnie mocno zdenerwowało. A wie Pani dlaczego? Bo przez 50 lat pracy w teatrze, przy zagraniu kilku tysięcy spektakli z mojego powodu tylko raz odwołano przedstawienie - kiedy pękły mi wrzody i "zbierano mnie" do karetki. Teraz każda minuta jest dla mnie cenna. Ale zgodziłem się choć na chwilę spotkać z Panią...

Może dlatego, że obiecałam Panu, iż rozmowa nie będzie "fundamentalna"?

- No i dobrze, bo teraz na taką nie mam sił ani głowy.

Spróbujmy jak zwykle, trochę na wesoło, choć przy Learze to nie takie łatwe.

- Ważne, żebyśmy nie zanudzili.

Muszę Panu powiedzieć, że mimo choroby wygląda Pan bardzo dobrze.

- To się zapewne bierze z diagnozy, którą kiedyś postawił Jerzy Goliński. Ktoś powiedział: "Ten Trela to się w ogóle nie starzeje". Na co Goliński odpalił:, Jak on się ma starzeć, jak on jest stary od dziecka".

A przecież sam Pan mi kiedyś przyznał: "Dużo pracuję, nieregularnie się odżywiam i mało odpoczywam". To skąd Pan bierze siłę?

- Z bezsiły. Jest jednak we mnie coś takiego, że jak mam wszystkiego dość, to potrafię się mobilizować. Przecież wiem, że powinienem odpoczywać, odżywiać się regularnie...

Szczególnie przy Pańskich schorzeniach...

- No właśnie. Ale co, o schorzeniach będziemy rozmawiać?

Ależ skąd, o sztuce. Jakiś czas temu poszedł w miasto hyr, że Jerzy Trela gra Leara w Teatrze Słowackiego, a Pan mi mówi przez telefon, że to nie Lear, że to bardziej skomplikowane...

-Bo to jest bardziej skomplikowane. Podobno wielu aktorów marzy o zagraniu Leara. Ja nigdy nie marzyłem. Najlepszy dowód, że przez dwadzieścia lat ten Lear krążył koło mnie, miałem kilka propozycji zagrania i na żadną się nie zdecydowałem. Pomysł Pawła Miśkiewicza mnie zainteresował, bo on ma nieco inną refleksję na temat Leara. A do tego świetny zespół aktorów i wspaniałych kolegów. Tytuł "Kto wyciągnie kartę wisielca, a kto błazna" już mówi, że to nie będzie "Król Lear" wprost.

Kim zatem jest Pański bohater, kogo Pan gra?

- Nie gram króla w koronie. Gram człowieka, który zdjął koronę. Człowieka z całym bagażem dobrych i złych cech. Gramy spektakl inspirowany tragedią Szekspira, refleksję na temat Leara. Punktem wyjścia jest jego los, decyzje, wyobrażenie o świecie, o czasie, który nadchodzi i jest jeszcze przed nim. To jest punkt wyjścia do ukazania losów egzystencji świata i człowieka w osobie Leara czytanego także poprzez Becketta. Lear jest osią, wokół której rozkręca się Beckettowski świat. Ale nie tylko osią, jest też prowokatorem wystawiającym na próbę swoje otoczenie. To opowieść o nieuchronności losów człowieka. Próbujemy odpowiedzieć na bardzo trudne pytania o relacje pokoleniowe. Opowiedzieć o rozdźwięku między światami, potrzebami i perspektywami oglądu rzeczywistości młodych i starych.

Czy jest to konfrontacja młodości ze starością?

- Nie tyle konfrontacja, ile zadanie pytania: na ile człowiek skazany jest na samotność i jest niewygodny następnym pokoleniom? Problem starego władcy pozbawionego tej władzy. Problem starego człowieka, który miał kiedyś wszystko, dziś to "wszystko" zaczyna się kurczyć. Problem władcy i zarazem człowieka, który nie może pogodzić się z ograbiającą go ze wszystkiego starością.

Pan osobiście zmaga się z problemem starości?

- Każdego w pewnym wieku to dotyczy. Bardziej lub mniej. Ale nie gadajmy o geriatrii.

Pięćdziesiąt lat temu po raz pierwszy wyszedł Pan na scenę, potem zagrał Pan ponad trzysta ról. Czy wchodzenie przez pół wieku w cudze skóry, w tym anioła i diabła, jest bezkarne, bezpieczne?

- To nigdy nie jest bezkarne i bezpieczne. Za ten zawód płaci się wysoką cenę, on kosztuje wiele. Ale też to wszystko zależy od skali postaci, emocji. Pracując swoim organizmem, psychiką, systemem nerwowym, ciałem, jak mogę czuć się bezkarnie? Gram "Wielkie Kazanie Księdza Bernarda" według Leszka Kołakowskiego - kiedy schodzę ze sceny, ściągam koszulę, jest cała mokra. Ta praca to wielki wysiłek, musi kosztować Natomiast od zawsze mam zasadę zostawiania roli w teatrze. Zrzucam tamtą skórę i nigdy w niej nie wchodzę w prywatne życie. Zagram Leara, kostium powieszę na wieszaku i wyjdę do domu jako Trela. Jeśli wychodzi się w świat w kostiumie teatralnym - można skończyć u psychiatry. Bywały okresy, że grałem w sezonie w dwunastu, piętnastu tytułach - gdybym nie umiał zrzucać teatralnej skóry... Gdy grałem króla, potrafiłem zdjąć koronę i bez niej wracałem do domu.

Ma Pan stres przed premierą?

- Mam, bo ja się wszystkim stresuję.

To może lepiej stresować się co drugą sytuacją?

- Mówi Pani jak Maklakiewicz. Kiedy był jeszcze w Starym Teatrze, spotkaliśmy się na ulicy. Namawiał mnie, żebyśmy poszli na wódkę do Feniksa. Tłumaczę mu, że mam premierę, muszę się uczyć tekstu. Ale on nalegał. Poszliśmy. Wziął mój egzemplarz i zaczął kreślić. Jedno zdanie zostawił, drugie wykreślił, a na końcu powiedział mi: "Pamiętaj, że aktor nie może grać wszystkiego. To zdanie grasz, a to puszczasz".

Odnalazł Pan część osobowości Leara w sobie, spotkał się Jerzy Trela - człowiek, nie aktor, z Learem?

- Spotkaliśmy się na A-B, w Rynku.

I co z tego spotkania wyniknęło?

- Mówiąc poważnie, coraz bardziej utwierdzam się w tym, jak wielkie bogactwo stanowi doznań jest w Learze. Dlatego sądzę, że każdy dojrzały człowiek coś z niego w sobie znajdzie. Lear przywykł do tego, że świat zawsze był wobec niego, władcy, uległy. Teraz zobaczył, że on musi być uległy wobec świata. A z tym ciężko się pogodzić. Z tym, że ten świat jest ciągle inny, coraz bardziej okrutny i bezwzględny, a on, Lear, jest dla świata coraz większym balastem. Choć nie bez swojej winy. Poczucie odrzucenia przez świat jest bolesne dla każdego. Szczególnie dla człowieka starego.

Przymknął Pan przed chwilą oczy tak, jak zostało to uwiecznione na pięknym zdjęciu - plakacie do Pańskich "Wielkich Monologów". Na co Pan tam i teraz przymyka oczy?

- Na wiele rzeczy. Pewna epoka w życiu człowieka odchodzi, odchodzą ludzie, z którymi byłem blisko, z którymi byliśmy sobie nawzajem potrzebni. Przymykam oczy na coś, co powoli, ale nieuchronnie dla mnie się kończy.

Zdradzi Pan odpowiedź na pytanie: kto na premierze wyciągnie kartę wisielca, a kto błazna?

- Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć widz.

***

JERZY TRELA, wybitny aktor teatralny, telewizyjny i filmowy, profesor krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. W Latach 1984-1990 rektor tej uczelni. Przez 43 lata związany ze Starym Teatrem w Krakowie. Tu stworzył wybitne kreacje aktorskie, m.in. w spektaklach Jerzego Jarockiego i Konrada Swinarskiego. Kilka razy odznaczony za zasługi dla kultury polskiej. Zdobył wiele nagród teatralnych i filmowych. Dwukrotnie-Nagrodę im. Aleksandra Zelwerowicza: za rolę Ojca w "Ślubie" Gombrowicza w reż. Jarockiego (1991) i Samuela w "Sędziach" Wyspiańskiego, w reżyserii Grzegorzewskiego (Teatr Narodowy, Warszawa, 1999). Otrzymał też Wielką Nagrodę Festiwalu "Dwa Teatry" za wybitne kreacje aktorskie w spektaklach Teatru PR i Teatru TVP.

Jolanta Ciosek
Dziennik Polski
27 czerwca 2015
Portrety
Jerzy Trela

Książka tygodnia

Czescy ekspresjoniści
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jindřich Chalupecký

Trailer tygodnia