Nie grzeszy ten, kto grzeszy w sekrecie...

„Tartuffe" - aut. Molière - reż. Krzysztof Pluskota - Krakowski Teatr Scena STU

Wcale nie w sekrecie 16 i 17 września odbyła się premiera otwierająca 57 sezon w Teatrze Stu. Dyrektor Teatru, chcąc sprostać oczekiwaniom widzów sięgnął po dzieło z kanonu klasyki.

 

Pierwszym spektaklem, który widzowie mogli zobaczyć po wakacjach był „Tartuffe" Moliera. Dzieło to wystawiono na deskach niejednego teatru, legalnie i nielegalnie, z udziałem i bez udziału władzy. Skandaliczna XVII- wieczna sztuka do dziś jest chętnie oglądana w całej Europie i to właśnie może owa skandaliczność pozwoliła jej stać się jedną z bardziej lubianych i oglądanych komedii stuleci.

Fascynujące i przerażające zarazem jest to, że ponadczasowość pewnych ludzkich zachowań daje możliwości pełnego dialogu z repertuarem z XVII wieku. Niestety w tym wypadku nie chodzi o rozwój( chociaż z tym też mamy do czynienia), ale o hipokryzję i zaślepienie człowieka tym, czym zaślepiony chce być. Sam tytuł( w tłumaczeniu „Świętoszek" )nawiązuje do głównego motywu, który porusza kwestie powierzchowniej religijności i pustej wiary, bez pokrycia w czynach i stylu życia.

W spektaklu tekst zaadaptowany został w scenografię wykonana w przez Katarzynę Wójtowicz, która przenosi widzów do przytulnego mieszkania bohaterów. Pierwsze na co oglądający kieruje swój wzrok, gdy gasną światła to kominek, dający poczucie atmosfery rodzinnej i bezpieczeństwa, która przecież panuje w każdym „porządnym" domu... Minimalistyczny wystrój przyciąga uwagę do kilku drobiazgów umieszczonych nad żarzącym się ogniem, które mogłyby stać się symbolami spektaklu. Oczywiście chodzi tu o krzyż, który zdradza nam, że w tym domu żyją ludzie pobożni, ale tuż nad nim widać maskę z palcem na ustach, którą można później połączyć ze słowami wypowiadanymi przez głównego bohatera: wcale nie grzeszy ten, kto grzeszy w sekrecie.

Kominkowy spokój i ciszę zakłócają mieszkańcy owego domostwa, którzy w ogromnym chaosie pojawiają się na scenie. Każda z postaci została osadzona w ciele o konkretnych cechach i charakterze, co aktorzy doskonale odegrali z nutką wyolbrzymienia. Jest to spektakl, w którym nie ma postaci nijakich, niewyróżniających się. Pan domu(Maciej Wierzbicki)jak to pan domu stanowczy, chociaż naiwny, uparcie trwa przy swojej racji. Jego żona( Maria Seweryn)- kobita lekko zmęczona życiem, ale drzemie w niej siła charakteru, z której korzysta czasem od niechcenia. Marianna (Martyna Solska)- przeciwieństwo matki, rozemocjonowana, pełna wdzięku, a do tego zakochana. Jej ukochany Walery (Franciszek Karpiński) niepoprawny romantyk, wrażliwy i równie niedojrzały jak jego luba. Damis ( Karol Stanisław Bernacki)to dorosły chłopiec. który bierze sprawy w swoje ręce, co prawda czasem nie wie co z nimi robić, więc potrzebuje swojej ukochanej- służącej (Daria Polasik-Bułka), która śmiało mówi w czym jest problem, acz nie brakuje jej w tym dyplomacji ui uroku osobistego. Przyjaciel domu (Marcin Zacharzewski) -pojawiający się przecież w każdej porządnej rodzinie lekko zmanierowany głos rozsądku. Nie może zabraknąć tej, która rządzi, a więc mamusi ( Aldona Grochal) Pana domu, która jak niegdyś królowe przejmuje władzę za syna i nad synem, lekko rozhisteryzowana dama, która wie, co najlepsze. Tytułowy Tartuffe (Andrzej Deskur) to roztrzęsiony, pozornie nieporadny prosty człowiek, który czasem w swym uniżeniu nawet nie musi kłamać. W pomieszczeniu znajdują się jeszcze... widzowie- jedni pusto śmiejący się z przebiegu akcji, inni nieco z przerażeniem czują się jak we własnym domu... Scena Teatru Stu, gdzie zostaje zatarta granica między widownią, a aktorami, zmniejsza również dystans między światem przedstawionym, a realnym.

Uwagę widza, którego mogę nazwać „ja" w tym spektaklu przykuła gra Pani Darii Polasik Bułki, która przejęła w sposób silny i jednocześnie bardzo subtelny, większość scen. Postać zagrana przez aktorkę niewątpliwie z założenia ma być lubiana przez widza, gdyż reprezentuje racjonalną i myślącączęść społeczeństwa, jednak w tym spektaklu można polubić ją i za charakter napisany przez Moliera i ten, który został wykreowany przy współpracy reżysera i aktorki.

Ciekawą koncepcją było wykorzystanie „Czterech pór roku" Antoniego Vivaldiego, który urodził się kilkadziesiąt lat po śmierci Moliera. Utwór jest powszechnie rozpoznawany i w „dobrych domach" słuchany do dzisiaj. Oczywiście podczas widowiska znajdujemy się w jednym z takich „dobrych domów", więc lekka pompatyczność barokowej muzyki pozwala uwypuklić powierzchowność i absurdy, które rozgrywają się na scenie. Sam tytuł utworu nawiązuje do zmienności, która z trudem przychodzi opornemu Orgonowi. Oprócz muzyki, która nadaje dynamikę, ciekawym zabiegiem, który wykorzystano w ostatniej scenie są światła laserowe. Ich pokaz wprowadził widzów w stan niepewności i zamknął spektakl, a właściwie otworzył akcję, która została pozostawiona do rozstrzygnięcia oglądającemu.

Sztuki klasyczne, to niezwykle trudne zadanie dla całego zespołu. Widzowie częściowo znając inne interpretacje utworu przychodzą na spektakl z konkretnymi oczekiwaniami, są też tacy, którzy do czynienia z dziełem mają pierwszy raz, ale i oni oczekują, że ujrzą to, co pozwoli im zaznajomić się z kanonem, ale i przeżyć spektakl „dzisiaj".

„Tartuffe" to gatunkowo komedia, ale... śmieszy, dopóki widz nie zorientuje się, że społeczeństwo od kilkuset lat nie nauczyło się na własnych błędach i takie „przedstawienia" trwają każdego dnia na scenie życia. Teraz jednak dość moralizatorstwa, bo przecież wcale nie grzeszy ten, kto grzeszy w sekrecie...

Zuzanna Krawczyk
Dziennik Teatralny Kraków
5 października 2022

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...