Nie jest całkiem w porzo

"Zemsta" - reż. Andrzej Rozhin - Teatr im. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim

Połączenie obskurnych realiów blokowiska z językiem Fredry daje efekt zaskakujący, ale podważa trochę wiarygodność tezy, że oto zmieniły się realia, a nie zmieniły się charaktery i wzajemne relacje.

Chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że inscenizację "Zemsty" Andrzeja Rozhina w gorzowskim teatrze, uważam za udaną. Oczywiście reżyser miał już na początku poważny handicap w postaci tekstu Fredry, który nawet czytany dziś, również potrafi rozbawić i zachwycać. 

Dowcipny, wartki i żywiołowy tekst broni się już od z górą półtora wieku. Ale na gorzowskiej scenie inscenizacja broni się również grą aktorów. Reżyser Andrzej Rozhin przed premierą zapowiadał, że zależy mu na dynamice przedstawienia. - Ten napęd jest potrzebny, bo my tak żyjemy i to nas porusza również ze sceny-opowiadał. 

I tak jest rzeczywiście w tym spektaklu. Warto wyróżnić zwłaszcza Podstolinę, żywiołowo i wyraziście zagraną przez Marzenę Wieczorek. Przekonuje również Papkin w wykonaniu Przemysława Kapsy, klasyczny, fajtłapowaty, z nieco zmodyfikowanym imagem w stosunku do oryginału. A w roli rejenta Milczka, mrukliwy Cezary Żołyński (gra, bo przecież wszyscy wiedzą, że i on ma temperament), mało sympatyczny, czarny (dosłownie) charakter, prawie typ jakiegoś gorzowskiego Savonaroli. Świetny kontrapunkt dla całego tego rozbieganego i rozgadanego towarzystwa, a zwłaszcza dla Cześnika. 

Jest więc oryginalny tekst, są dobrze zagrane charaktery, trochę może tu i ówdzie podrasowane. Mamy zabawną komedię z tym samym od 150 lat przesłaniem, dla której tłem stała się scenografia Pavla Hubicki. I właśnie nad tym współczesnym sztafażem gorzowskiego blokowiska warto się zastanowić. Chodzi o polemikę z pewnym założeniem przyjętym przez reżysera. Rozhin twierdzi, że zamiast robić "kostiumową widokówkę", warto ciągle aktualny problem ubrać w nowe realia. Efekt okazał się wprawdzie całkiem niezły, ale... czy ten cały zabieg był w ogóle potrzebny? Jest w tym wszystkim pewien być może niezamierzony, acz trochę nachalny dydaktyzm. Oto mamy starą komedię i współczesnego widza. I trzeba mu wyłożyć, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Ze wprawdzie komedia , jest stara, ale jara". I że "Gorzów jest wporzo, podobnie jak Fredro wporzo jest". Można podejrzewać w takim podejściu pewien ukłon do młodego widza, którego teatr będzie starał się przekonać do pewnej refleksji. Tylko, czy nie warto zachować tych wszystkich narzędzi na inne okazje, a tą komedią po prostu się zwyczajnie cieszyć? 

Warto w tym miejscu przytoczyć słowa z orędzia na Międzynarodowy Dzień Teatru, który uświetniała gorzowska premiera. Ludwik Flaszen powtarza w nim pytania, które stawiał już w 1963 r. "W naszych czasach mówi się o kryzysie teatru. Że ta odwieczna sztuka stanęła na niebezpiecznym zakręcie, że film i telewizja ją wyręczają". Flaszen pisze też o tym, czym jest i był teatr od zarania dziejów: tanecznym obrzędem, uroczystym lub rozwiązłym ceremoniałem, sztuczkami wędrownych igrców, dworską fetą, miejscem rozkosznych zapatrywań sybarytów i kazalnicą moralizatorów, ale też zwierciadłem historii i natury, obrazem życia i szkołą obyczajów, trybuną idei i rewolucyjnym wiecem. I dodaje przy tym, że wysiłek aktorów ma docierać do widzówjako "kunszt, zabawa, prawda". 

Czy "Zemsta" pokazana przez Andrzeja Rozhina jest "obrazem życia i szkołą obyczajów"? Na pewno jest w niej i kunszt (autora i aktora), na pewno jest świetna zabawa. Czy jest prawdziwa? Połączenie obskurnych realiów blokowiska z językiem Fredry daje efekt zaskakujący, ale podważa trochę wiarygodność tezy, że oto zmieniły się realia, a nie zmieniły się charaktery i wzajemne relacje. Słysząc słowa Cześnika "Ojców moich wielki Boże! Wszak, gdy wstąpił w progi moje, włos mu z głowy spaść nie może" w scenografii Hubicki, akurat w tych realiach, zabrzmiało to nieco fałszywie. Dlaczego? Wystarczy zajrzeć do kronik policyjnych. Zmieniliśmy się, jest gorzej. Cześnik i Rejent u Fredry nie są chodzącymi cnotami, jednak są jeszcze z tego świata, który mówił innym językiem, który znał pewne granice. 

Rozhin umieścił bohaterów "Zemsty" w miejskim slumsie, na śmietnisku. Gdyby jednak cechy bohaterów przypisać "tym z góry", politykom i białym kołnierzykom, odczucie byłoby pewnie podobne. Dziś jest gorzej. 

Wydaje mi się, że jeśli już chcemy rozliczać się ze współczesnością, lepiej postawić na współczesne sztuki. A jeśli chcemy pokazać historie uniwersalne, mamy dramaty we współczesnych przekładach. 

Skoro jednak inscenizacja Rozhina wzbudziła tych parę moich refleksji, a widzowie o tym dyskutowali... to może dlatego była potrzebna właśnie taka?

Dariusz Barański
Gazeta Wyborcza Zielona Góra
3 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia