Nie ma mowy o jakichkolwiek "brakach wokalnych"

"Słowa - recital"-Teatr Korez w Katowicach

W jednym z wywiadów Robert Talarczyk wspominał, że kończy pisanie musicalu o Ryśku Riedlu. W innym opowiadał o planach wystawienia w Korezie drugiej części "Cholonka" i pomyśle na interaktywne przedstawienie o Zdzisławie Grudniu. Zanim jednak powyższe projekty ujrzą światło dzienne, aktor i reżyser proponuje własny recital, zatytułowany po prostu "Słowa".

Tytułowa piosenka to deklaracja człowieka, popełniającego różne historie piórem, który kleci „swoje wierszyki” jedynie przy użyciu siedmiu słów. Nic dziwnego, że tekst „Komediantów” wydrukowano w programie do chorzowskiej wersji „Pomalu, a jeszcze raz”, a fragmentu piosenki można było posłuchać na stronie Korezu pod informacją o recitalu. Utwór jest bardzo zgrabnie napisanym streszczeniem sześciu dzieł Szekspira („Hamlet”, „Sen nocy letniej”, „Makbet”, „Król Lear”, „Romeo i Julia” i „Burza”), a autor po raz kolejny udowadnia, że najważniejszy dla niego jest człowiek – aktor, nadwrażliwiec, który wszystko przykrywa pewną formą, a ona go zabija. W „Twoim oknie” do głosu dochodzi romantyk, adorujący z oddali i pragnący być cieniem kobiety, którą kocha (czyżby jakiś refleks „Nie opuszczaj mnie” Brela?). Pojawia się sporo piosenek, które sam wykonawca nazywa „smutasami”. W „Milionie łez” pada deszcz i nawet anioł płacze. W dedykowanym siedzącej na widowni żonie: „Czy wiesz jak cudowna jesteś Ty”, łzy kapią do dżinu, a siedzący w barze mężczyzna spogląda smutno na drzwi i z całych sił pragnie, by zjawiła się w nich ukochana. Pijany podmiot liryczny „Witam panią” wyznaje uczucie kobiecie. W okraszonej wschodnimi akcentami muzycznymi „Nathalie” Gilberta Becaud, bohater wspomina czekoladę pitą wspólnie w Cafe Puszkin. W pochodzącym z „Undergroundu” „Czasie” Toma Waitsa, fragment o miłości kontrastuje z tym o brzytwach, puchu z martwych gołębi, śladach krwi na nadgarstkach, bieli bandaża i szpitalnej sali. Jednak „smutasy” typu „Ten jeden dzień” nie wypełniają w całości recitalu. W niedzielny wieczór usłyszeliśmy m.in. napisaną całkiem niedawno, a mogącą kojarzyć się za sprawą melodii z rosyjskimi czastuszkami „Piosenkę trupa”. Czytana powierzchownie, wydaje się jedynie zaprawioną czarnym humorem opowieścią o nieboszczyku, który leży z nożem wbitym w serce i słucha dobiegających z góry odgłosów balu. Gdy jednak przyjrzymy się uważniej, można interpretować ją metaforycznie, jako uniwersalną pochwałę indywidualizmu – skoro „z żywymi nie da się żyć”, ponieważ „marudzą aż boli głowa”, trzeba znaleźć sobie niszę, w której można się przed nimi schować. Zamykająca recital piosenka „Może jutro”, skomponowana przez Krzysztofa Maciejowskiego, wyraża podobną postawę wobec rzeczywistości – bezruch, leżenie w „gęsim pierzu”, dłubanie palcem w lewym uchu i liczenie pyłków na kołnierzu. Kolejne, po otwierających recital „Słowach”, credo i tym samym domknięcie klamry.  

Równie ważne, co piosenki, były zapowiedzi wykonawcy. Okazuje się, że recital ten jest wyrazem sprzeciwu wobec traktowania w polskiej muzyce tekstu po macoszemu (najlepszymi przykładami tego typu wykonawców – Doda i Ich Troje). Raduza to czeski odpowiednik Renaty Przemyk, a sam Talarczyk mówi o sobie jako o Czecho – Ślązaku, któremu bliżej do piwa, knedlików i knajpy niż machania szabelką. Aktor prezentuje jednocześnie liryczno – melancholijną stronę swojej natury, śpiewając smutne teksty o niespełnionej miłości, a „Piosenka trupa” z jej niekonwencjonalnym podejściem do spraw ostatecznych wydaje się idealna na okoliczność Wszystkich Świętych.  

26 kwietnia Robert Talarczyk udowodnił, że w jego przypadku nie ma mowy o jakichkolwiek „brakach wokalnych”. Kiedy trzeba, potrafi zaryczeć i zachrypieć. Z natłoku obrazów – Lenin, który „sobie słodko śpi”, kwitnące pod latarniami dziewczyny, knajpa „Pod Kielichem”, gdzie zawsze ma się „pełną michę” – zapamiętałem przede wszystkim piosenkę, zatytułowaną „Biurowi anieli”. Przy użyciu minimalnych środków – m.in. delikatne kiwanie się na boki podczas śpiewania puenty – aktor w sposób wstrząsający opowiedział o egzystencji urzędników w prochowcach, siorbiących kawę z fusami i zrzucających się na prezent dla szefa. I jeszcze ten grymas fizycznego niemal bólu, gdy wspomina o chowaniu do kieszeni skrzydeł, „by nikt nie widział cudaków”…  

Osobny akapit należy poświęcić akompaniującym aktorowi muzykom – Ewie Zug, Markowi Andryskowi i Krzysztofowi Maciejowskiemu. Pianistkę pamiętam z zaprezentowanego w jaworznickim MCKiS bielskiego „Do łez!” i fenomenalnie zagranego na finał „W moich ramionach”. Tym razem udzielała się również wokalnie – w zaśpiewanym w duecie z autorem recitalu „Sarajewie” oraz w zakończeniu „Może jutro”. Marek Andrysek otrzymał zasłużone brawa za akordeonową improwizację na temat melodii „W moich ramionach” właśnie. Niezwykle skupiony skrzypek Krzysztof Maciejowski jest również obdarzony świetnym głosem – mogliśmy go usłyszeć m.in. w pochodzącej ze „Szwejka”, opowieści o odchodzących bohaterach.  

W niedzielny wieczór na widowni Teatru Korez zasiedli przede wszystkim przyjaciele i znajomi Roberta Talarczyka (wśród widzów wypatrzyłem m.in. Bernarda Krawczyka i Waldemara Patlewicza), a więc i atmosfera była rodzinna. W zapowiedzi „Sarajewa” aktor uprzedził, że teraz zaśpiewa z nim Ewa Zug, a mówi tak długo, by mogła się przygotować psychicznie, na co pianistka odpowiedziała ze śmiechem: „Do tego nie można się przygotować psychicznie”. W trakcie finałowej piosenki z „Ballad kochanków i morderców” – przed refrenem – Talarczyk podsuwał mikrofon akordeoniście, a gdy temu, w trakcie śpiewanego na bis „Teatr jest lustrem”, spadły na podłogę kartki z zapisem nutowym, aktor się „zgotował” i potrzebował chwili, by z powrotem wprawić się w adekwatny do tekstu piosenki nastrój. Recital był rejestrowany, mam więc nadzieję, że atmosferę tego wieczoru uda się zachować na płycie.

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
29 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...