Nie ma patentu na sukces w świecie opery

Rozmowa z Arturem Rucińskim

Wracam często dla higieny głosu do ról Mozartowskich, takich jak Don Giovanni czy Hrabia Almaviva z Wesela Figara. Podczas recitali staram się prezentować także pieśni różnych kompozytorów, przede wszystkim polskich, uwielbiam także pieśni Mahlera, Schuberta, Tchaikovskiego i wielu innych. Myślę, że nigdy nie będę sięgał po role Wagnerowskie, ale kto wie może za 20 lat zmienię zdanie . Są takie role, które zaśpiewam dopiero za trzy, może pięć lat, do takich ról na pewno należy Simon Boccanegra czy Rigoletto Verdiego. Wokalnie mogę wykonać te role choćby za trzy tygodnie, ale jeżeli teraz będę śpiewał już tylko role starców i ojców, to co będę robił za te kilka i kilkanaście lat?

Z Arturem Rucińskim, jednym z najsłynniejszych polskich spiewaków, o jego ulubionych rolach, polskiej scenie operowej, tremą przed występem, życiu na walizkach i rodzinie, rozmawia Magdalena Jagiełło-Kmieciak.

Magdalena Jagiełło-Kmieciak: Po raz pierwszy zaśpiewa Pan w Szczecinie. Widział Pan już przebudowaną Operę na Zamku? Zna Pan jej możliwości akustyczne?

Artur Ruciński: Nie, nie widziałem na żywo tego teatru, natomiast wiem, że wygląda pięknie, już nie mogę się doczekać mojego występu w tym gmachu. Jeśli chodzi o akustykę, to spodziewam się tylko pozytywnych wrażeń.

Praktycznie opuścił Pan Polskę, w ubiegłym roku tylko raz wystąpił Pan w kraju? Dlaczego?

Chętnie występowałbym w Polsce częściej, niestety polskie teatry i filharmonie nie są w stanie planować swoich wydarzeń artystycznych dalej niż na rok. Mój kalendarz natomiast jest wypełniony do końca 2020 roku. Jeszcze trochę wolnego czasu mam w 2021 roku (śmiech).

Czym się różni zagraniczna scena operowa od polskiej?

Teatry, w których obecnie występuję na świecie, są o wiele zamożniejsze od polskich instytucji, także teatry operowe. Tylko Metropolitan Opera w Nowym Jorku ma większy budżet niż wszystkie teatry operowe w Polsce razem wzięte. To oczywiście sprawia, że taki teatr w trakcie jednego sezonu gra ponad 200 spektakli, podobnie jak Covent Garden w Londynie, Opera Paryska, Opera w Madrycie, Barcelonie, Berlinie czy Monachium dzięki temu, że mają o wiele większe wsparcie od sponsorów i swojego państwa, w trakcie sezonu po prostu grają o wiele więcej niż jakikolwiek teatr operowy w Polsce.

Czyli tam też pracuje się inaczej?

Pracuje się o wiele szybciej, jak wspomniałem, ze względu na liczbę granych spektakli. Poza tym nie ma większych różnic.

Jak Pan ocenia polską scenę operową, polskich artystów?

Trudno mi oceniać polską scenę operową, od wielu lat jestem gościem w kraju, a także i we własnym domu. Natomiast wiem i mogę to powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że mamy wspaniałe orkiestry, dyrygentów, reżyserów i wybitnych śpiewaków. Nigdy w historii polskiej wokalistyki nie zdarzyło się, aby w jednym sezonie na najważniejszej scenie operowej na świecie - nowojorskiej Metropolitan Opera, wystąpiło aż czterech polskich śpiewaków w rolach głównych: Beczała, Kurzak, Kwiecień, Ruciński. To wspaniałe uczucie i wiem, że w przyszłych sezonach powtórzy się ono niejednokrotnie.


Jest jakiś patent na tak szybki sukces? Talent i praca? Czy coś jeszcze?

Nie ma patentu na sukces w świecie opery. Na pewno trzeba ciężko pracować, nad sobą, nad techniką i przez całe życie zawodowe starać się rozwijać, nigdy nie można osiąść na laurach. Ten zawód jest dla ludzi inteligentnych, należy świadomie wybierać role odpowiednie do swojego głosu. Nie wolno się spieszyć, tzn. trzeba bardzo ostrożnie dobierać role z repertuaru dramatycznego. Nieodzowne też jest wsparcie doświadczonego i dobrego menadżera. No i na koniec jest też oczywiście ważny pierwiastek szczęścia. Ja np. nigdy nie szukałem menadżerów, to menadżerowie znaleźli mnie, byli na moich spektaklach koncertach i propozycje współpracy przyszły do mnie same.

Jak Pan się przygotowuje do roli?

Przede wszystkim muszę mieć stuprocentową pewność, że w danym momencie ta rola jest odpowiednia dla mojego głosu. Potem oczywiście zapoznaję się z librettem i staram się, jeżeli jest to możliwe, znaleźć jakąś literaturę na temat mojej postaci, zgłębiać jej historię. Wszystkie moje role przygotowuję sam, bez coacha, bez pianisty. Czasem słucham bardzo starych nagrań, żeby osłuchać się z orkiestrą i to wszystko. Zaczynam próby i tworzę postać.

Najtrudniejsza rola to...

Nie ma takiej roli, każda nowa rola to wyzwanie, to wielka przygoda i przyjemność, ponieważ podczas przygotowań do nowej premiery odnajduję za każdym razem coś nowego w swoim głosie, w postaci. Czuję, że jako śpiewak i artysta rozwijam się. Wykonując po raz nawet „nasty" Oniegina czy Hrabiego di Luna z Trubadura G. Verdiego, staram się nie tylko pod względem psychologicznym, ale i wokalnym podejść inaczej. Staram się znaleźć więcej odcieni, kolorów, emocji w głosie, w grze aktorskiej.

Śpiewak tej klasy, co Pan, ma jeszcze tremę przed występami?

Tak, mam tremę, ale jest to trema mobilizująca, nie paraliżująca. Zresztą uważam, że taka trema jest bardzo dobra, bo sprawia, że jesteśmy bardziej skoncentrowani. Scena jest moim drugim naturalnym środowiskiem, od dziecka miałem możliwość występowania sam, czy to z moimi rodzicami czy też z siostrą. Dlatego gdy tylko wejdę na scenę i wydobędę z siebie pierwszy dźwięk, trema po prostu znika.

Wciąż Pan idzie do przodu i do przodu. Kiedy chce się odpocząć, „odcinać kupony"?

Do odcinania kuponów jeszcze daleko, ponieważ kocham to, co robię. Jest coś ważniejszego od kariery dla mnie, a właściwie ktoś. To moja rodzina. Wiem, że będzie taki moment, kiedy będę chciał być bardziej obecny w życiu moich dzieci. Niedługo spodziewamy się z żoną przyjścia na świat naszego drugiego syna. Dopóki dzieci są małe, mogą z nami jeździć po świecie, natomiast kiedy pójdą do szkoły, muszą czuć stabilizację, mieć swoich przyjaciół i wtedy także oboje rodziców. Już w tej chwili odmawiam wielu kontraktów, ponieważ staram się trzymać i znaleźć balans między karierą a życiem prywatnym. To jest bardzo trudne, bo scena jest zazdrosna. Mnie na szczęście się to udaje i robię wszystko żeby w tej chwili zbudować jak najmocniejszą pozycję, żeby potem już śpiewać mniej i być więcej w domu.

Czy są takie role, do których czuje się Pan, jak młody człowiek, jeszcze nieprzygotowany, nie do końca gotowy?

Jeżeli chodzi o repertuar to mój głos najlepiej brzmi i ja osobiście czuję się najlepiej w rolach Verdiowskich, a także w stylu włoskiego bel canto. Wracam często dla higieny głosu do ról Mozartowskich, takich jak Don Giovanni czy Hrabia Almaviva z Wesela Figara. Podczas recitali staram się prezentować także pieśni różnych kompozytorów, przede wszystkim polskich, uwielbiam także pieśni Mahlera, Schuberta, Tchaikovskiego i wielu innych. Myślę, że nigdy nie będę sięgał po role Wagnerowskie, ale kto wie może za 20 lat zmienię zdanie (śmiech). Są takie role, które zaśpiewam dopiero za trzy, może pięć lat, do takich ról na pewno należy Simon Boccanegra czy Rigoletto Verdiego. Wokalnie mogę wykonać te role choćby za trzy tygodnie, ale jeżeli teraz będę śpiewał już tylko role starców i ojców, to co będę robił za te kilka i kilkanaście lat?

Ulubieni kompozytorzy to...?

Giuseppe Verdi, Gaetano Donizetti, Vincenzo Bellini, Giacomo Puccini, W.A. Mozart, P. Czajkowski, Gustaw Mahler, Gioacchino Rossini, Fryderyk Chopin, Karol Szymanowski i wielu, wielu innych.

Żyje Pan na walizkach, wciąż nowa scena. Cierpi na tym Pana życie prywatne? Czuje Pan czasem zmęczenie taką intensywnością?

Jak już wspomniałem wcześniej, robienie kariery na takim poziomie jak ja, ma też oczywiście swoje ciemne strony. To rozłąka z rodziną, to często samotność, bo po spektaklu nie zawsze ktoś na nas czeka w mieszkaniu czy w domu, który wynajmuję. Może się wydawać, że skoro jesteśmy otoczeni tysiącami fanów, to nie ma czasu na samotność, bo tak bywa, ale bywa też tak, że każdy idzie po spektaklu do swojego domu i wtedy chciałoby się przytulić własne dziecko, żonę, a ja jestem wtedy na innym kontynencie i nie mogę po prostu wsiąść do samolotu i za 2 godziny być w domu. To jest ta ciemna strona naszego zawodu.

Czym jest dla Pana sukces?

Moim największym sukcesem jest moja rodzina. Bez wsparcia mojej żony i rodziny nie byłbym tu, gdzie jestem.

Gdyby mógłby Pan się cofnąć w czasie, co by Pan w swoim zawodowym życiu zmienił?

Niczego bym nie zmieniał. Każda szkoła, w której byłem, każdy zawód, który wykonywałem w swoim życiu zanim zostałem śpiewakiem operowym, te wszystkie doświadczenia i umiejętności przydały mi się w obecnej pracy.

Co Pan robi w wolnym czasie?

Spędzam czas z rodziną. Już pewnie jestem nudny, ale to są dla mnie najpiękniejsze chwile. Oprócz tego kocham nasz ogród przy domu, uwielbiam wsiąść na mój traktor, skosić trawę, posadzić drzewo, jakieś kwiaty. To mnie odpręża i pozwala naładować akumulator na następny sezon. Położyć się na hamaku, wziąć dobrą książkę i posłuchać muzyki niezwiązanej z klasyką. Moja żona jest wokalistką, wykonuje muzykę rozrywkową, jazzową, a obecnie pracuje nad swoim solowym albumem, więc mogę posłuchać też muzyki w innym gatunku.

Co robi Artur Ruciński, gdy nie śpiewa, nie ćwiczy?

Myślę, że jak większość ludzi. Wstaję, biorę prysznic, jem śniadanie, piję kawę i czekam, co przyniesie dzień (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Pozdrawiam serdecznie.

___

Artur Ruciński - gra na najlepszych scenach: w Metropolian Opera, Covent Garden, La Scali. 13 maja polski artysta wystąpi w Operze na Zamku w Szczecinie ze znakomitym pianistą Markiem Ruszczyńskim. Artyści zaprezentują m.in. Pieśni biblijne op. 99 Antonína Dvořáka oraz najsłynniejsze arie operowe ze światowego repertuaru. To jedyny koncert Artura Rucińskiego w tym roku w Polsce. Warto przyjechać do Opery na Zamku!

Magdalena Jagiełło-Kmieciak
Materiał Opery
28 kwietnia 2017
Portrety
Artur Ruciński

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia